Intrygujący everyman

"Franciszek, sen everymana" - reż. Jolanta Denejko - Wrocławski Teatr Lalek

"Franciszek, sen everymana", najnowsza z premier Wrocławskiego Teatru Lalek zaprezentowana na Dużej Scenie, nie jest - wbrew oczekiwaniom niektórych widzów - ani tradycyjną biografią świętego, ani też sceniczną prezentacją "Kwiatków Świętego Franciszka". Jolanta Denejko skomponowała swój spektakl na podobieństwo moralitetu, ukazując w alegorycznej, onirycznej formie świat nam współczesny, dalece odmienny od tego, jakiego pragnął "Biedaczyna z Asyżu". Debiutanckie przedstawienie absolwentki Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST ujmuje swoją przenikliwością, prostotą i skromnością formy; ukazuje najistotniejsze zasady duchowości i nauki franciszkańskiej poprzez doświadczenie braku.

Przejrzysty w formie spektakl Jolanty Denejko został skomponowany z dwóch części, stanowiących jednocześnie niezależne całości. Pierwsza z nich ma charakter performansu i rozpoczyna się od wystąpienia księdza (Tomasz Maśląkowski), który zwraca się do publiczności z wykładem na temat Franciszka z Asyżu. Światła na widowni pozostają wciąż zapalone, wobec czego aktor traktuje publiczność jak swoich słuchaczy. Jego przemówienie od samego początku wywołuje jednak w tych słuchaczach śmiech i skonfundowanie – ksiądz bowiem, starając się wyjawić „Istotę świętego bytu świętego Franciszka i jego zjawienie się na świecie” zapętla się w pseudointelektualnych i całkowicie niezrozumiałych frazach, jak gdyby pomijając całkowicie postać świętego; czyni mętne dygresje na temat ciemnych czasów średniowiecza, wplątując w treść wykładu akcenty podejrzanej egzegezy. Barwności i uroku dodaje tej „natchnionej” prezentacji pokaz wyświetlanych z rzutnika zdjęć, które zdają się być celowo zamazane a przez to nieczytelne i niejednokrotnie absurdalne. Są to miejsca duchowych narodzin Franciszka, miejsca jego modlitwy, pomniki i obrazy mu poświęcone oraz – rzekomo zachowane do czasów współczesnych – elementy jego odzienia, a jednocześnie symbole posłuszeństwa i czystości takie jak but, czy habit. Wykład przerywają dobiegające z teatralnego foyer krzyki. Na salę wbiega trójka rozwrzeszczanych młodzieńców-blokersów (Grzegorz Mazoń, Radosław Kasiukiewicz, Marek Koziarczy) w celach rabunkowych. Pokrzykując na publiczność aktorzy próbują wyłudzić od niej zegarki i telefony komórkowe, potem zaś dopadają księdza i obsypują go wyzwiskami. Scena ta jest zagrana w werystyczny i odważny sposób, przepychanki między kolegami pokazane są zaś z prowokacyjną dosadnością. Z szamotaniny i wrzasków możemy zorientować się, że chłopcy są głodni i potrzebują pieniędzy na jedzenie. Dochodzi do tego, że jeden z młodzieńców (Grzegorz Mazoń) prosi rozpaczliwie księdza o pomoc. Na koniec święty Franciszek (Sławomir Przepiórka) podaje bochenek chleba dla chłopca, po czym znika. Na pomoc jest niestety za późno. Główny bohater spektaklu i ksiądz zostają pobici. Kurtyna rozsuwa się.

Ukazanie przestrzeni sceny za kurtyną ważne jest nie tyle dla przebiegu toczących się działań, ile dla  kompozycji spektaklu. Choć reżyser „Franciszka…”, Jolanta Denejko traktuje drugą część przedstawienia jako naturalną kontynuację skończonego przed chwilą performansu jest ona swojego rodzaju opowieścią w opowieści, całkiem niezależną od fragmentu zagranego na proscenium.

Szkatułkowa konstrukcja dodaje spektaklowi wdzięku, prowadzona zaś narracja nabiera cech dydaktyki moralitetowej. Obserwujemy bowiem lalkę małego chłopca, doświadczającego poniżenia i upodlenia w rodzinnym domu, próbującego zmierzyć się ze swoimi lękami, odrzuceniem i brakiem akceptacji. Zabieg polega na tym, że lalka dojrzewającego chłopca (tak jak on ubrana w bluzę sportową, luźne spodnie i czapkę z daszkiem)  animowana przez św. Franciszka, otwarcie prowokuje odwołanie się do tytułu sztuki. Mateusz Pakuła - autor tekstu, ukazuje świętego w czasach współczesnych, oddalonych niemal osiemset lat od jego śmierci i konfrontuje go z losem Everymana, który w tej rzeczywistości nie może się odnaleźć. Franciszek pełni to rolę nauczyciela, a także przyjaciela i powiernika najskrytszych sekretów zagubionego chłopca. Spontanicznie rodzi się wrażenie identyfikacji Franciszka i ożywianej przez niego lalki chłopca. Duchowe rozterki młodego człowieka bliskie są tym, jakie przeżywał dorastający Giovanni Bernardone, późniejszy założyciel zakonu franciszkanów, misjonarz i mistyk średniowieczny.

Moment przejścia do drugiej części spektaklu oznacza również zmianę konwencji. Od tej pory „Franciszek…” jest przedstawieniem lalkowym zanurzonym w całkiem odrębnej estetyce. Na projekt scenograficzny autorstwa Barbary Hanickiej składa się dużych rozmiarów ekran będący tłem dla toczącej się gry oraz karuzela, na końcach której rozmieszczone zostały dwa podesty. Na jednym z nich ustawiono stolik z dwoma krzesłami, na nich zaś usadzono parę lalek uosabiających rodziców głównego bohatera. Po przeciwległej stronie umocowano natomiast parkową ławkę zajmowaną także przez dwie lalki – kobietę w czarnej sukni oraz łysego mężczyznę nazywającego się Herodotem i objadającego się popcornem. Wprawiona w ruch karuzela ukazuje naprzemiennie każdą z platform, nadając grze coraz szybsze tempo. Z czasem animowane przez aktorów lalki wzajemnie się przekrzykują. Mieszają się z sobą pretensje rodziców chłopca z cyniczno-złowrogimi uwagami postaci zajmujących ławeczkę. Lalki te wypowiadają zresztą najciekawsze partie tekstu i poszerzają przestrzeń interpretacji spektaklu. Kobieta w czarnej sukni, stara i wychudzona lalka (uosobienie Śmierci), z odrażająca aparycją zdaje się mieć świadomość dziejącej się na jej oczach gry i jak gdyby odautorskim głosem recytuje fragment odwołujący się do „Listu do ludożerców” Tadeusza Różewicza. Pojawiający się w tym utworze motyw zajętego miejsca w przedziale kolejowym, w spektaklu zrealizowany jest w sposób niemal dosłowny. U splotu dwóch odnóg karuzeli siedzi bowiem rząd ciasno usadzonych lalek, które w trakcie gry zostają z mechanizmu zdjęte po to, by stać się publicznością dla toczonej akcji.  

Kręcący się przed oczyma dojrzewającego chłopca świat przemienia się w nocny koszmar, z którego nie ma ucieczki. Poczucie zakleszczenia i obezwładnienia wzmaga jeszcze projekcja zdjęcia w tyle sceny, przedstawiającego jeden ze współczesnych „magazynów” - jak pisał w swoim wierszu Różewicz - wysoki, szary, betonowy blokowiec.

Od chwili przerwania księżego wykładu zaczynamy odczuwać wyraźny podział na My i Oni. My, teatralni widzowie dostatni, syci, dobrze ubrani dla których osiągalnym szczęściem - czasami nawet nieuświadomionym – jest możliwość korzystania z większości materialnych i duchowych dóbr tego świata. Oni, w dresach, z nożami w dłoniach, biedni, źli i bezwzględni ale i opuszczeni, czasami głodni, dla których nawet przeżycie następnego dnia może stanowić wyzwanie.

Spektakl zawiera w sobie dramatyczne wołanie o zrozumienie dla przyczyn zła wynikającego nie z woli bycia złym, lecz z niezależnych od jego sprawców warunków, w którym przyszło im wyrastać i wchodzić w dorosłe życie. Zawiera wołanie o reakcję i o pomoc dla całych środowisk, którymi jesteśmy otoczeni,  które funkcjonują wśród nas i poza nami. Wskazuje także na niewłaściwy kierunek w jakim przy całej swojej wspaniałości brnie nasza cywilizacja. Pogłębiające się dysproporcje pomiędzy bogactwem jednych, a niedostatkiem  i biedą drugich nieuchronnie zmierzają do frustracji, a potem do degrengolady materialnej i moralnej.

Twórcy próbują uświadomić nam jak wiele niebezpieczeństw zaczyna się pojawiać, kiedy w swoim dążeniu do poprawy naszego bytu zapominamy o tych, którzy z najróżniejszych powodów nie są w stanie nadążyć za nieuniknionymi zmianami.

To, co autor i reżyserka nam proponują to nie opowieść o św. Franciszku, ale o jego myśleniu o człowieku. Chcą, żeby – tak jak On – każdy z nas patrzył na otaczający świat widząc nie tylko własne potrzeby. Chcą, żebyśmy dostrzegali również potrzeby naszych bliźnich, którzy mieli mniej szczęścia od nas rodząc się w miejscach mniej sprzyjających życiu w dostatku i moralnej rozwagi. Poprzez św. Franciszka wskazują na potrzebę fascynacji dobrocią i konieczność pomocy wszystkim, którzy owej dobroci potrzebują.

Jeżeli zatem na skutek pospektaklowej refleksji nasze myślenie o bliźnich stanie się choć odrobinę podobne do myślenia św. Franciszka, to i jego twórcy, i widzowie spektakl „Franciszek, sen everymana” we Wrocławskim Teatrze Lalek mogą uznać za dziwny, intrygujący, interesujący i pożyteczny zarazem.

Joanna Gdowska, Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
9 listopada 2009

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia