Intuicja, metafizyka i taniec

Rozmowa z Agnieszką Michalik

To nie jest teatr, w którym się pracuje "na etacie", gra własną rolę, a po spektaklu wraca do domu. Bycie tu to pewien rodzaj poświęcenia, pasji. Przychodzi się nie tylko, żeby grać, ale też na dyżury, by stać w drzwiach i witać gości, by parzyć herbatę dla widzów. Uczestniczymy w radach artystycznych. Jesteśmy odpowiedzialni za swoje kostiumy, za rekwizyty, malujemy się sami. Tworzymy ten teatr od początku do końca.

Z Agnieszką Michalik, najmłodszą, ale już docenioną aktorką Teatru im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem, rozmawia Beata Zalot.

Beata Zalot: - Proszę na początku powiedzieć kilka słów o sobie.

Agnieszka Michalik: - Pochodzę z Nowego Sącza, studiowałam na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Przed studiami głównie tańczyłam, można powiedzieć, podporządkowane temu było całe moje życie. Zawsze jednak wiedziałam, że nie chcę uprawiać tańca komercyjnego, dlatego zdecydowałam się na studia aktorskie, a tam zakochałam się w teatrze. Interesuję się też literaturą, muzyką, jestem pasjonatką sztuki wszelakiej, uwielbiam chodzić po muzeach. Mam 25 lat.

A jak trafiła pani do Teatru Witkacego?

- O zakopiańskim teatrze słyszałam dużo, na historii teatru podczas studiów uczyłam się, że to teatr awangardowy, innowacyjny, owiany nutą tajemnicy, teatr - laboratorium. Do tego stopnia w to uwierzyłam, że będąc kilkakrotnie podczas studiów w Zakopanem, nie odważyłam się tu przyjść, wydawało mi się, że jeszcze nie jestem na to gotowa. Fragmenty spektakli widziałam w internecie, ale nigdy na żywo.

Jak to się więc stało, że postanowiła pani starać się o pracę właśnie tutaj?

- Myślę, że to moja intuicja i Witkacy mnie tu przywiedli. W liceum rozpoczęła się moja fascynacja Witkacym, który stał się dla mnie wielką inspiracją. Dla mnie to artysta ciągle nieodkryty, taki, którego nie da się rozgryźć do końca. Pod koniec czwartego roku studiów zaczęłam się zastanawiać, gdzie chciałabym pracować. Pomyślałam o Teatrze Witkacego i tam postanowiłam zostawić CV. W kwietniu 2017 r., miesiąc przed obroną magisterki, rozpoczęłam w Zakopanem próby do pierwszej premiery. Myślę, że miałam dużo szczęścia, bo wiem jak wiele osób chciałoby pracować u nas w teatrze. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Wierzę, że tak miało być. Chociaż oczywiście przed przyjazdem na pierwsze spotkanie z zespołem byłam pełna obaw.

I?

- Zostałam przez zespół bardzo ciepło przyjęta, czułam się "zaopiekowana". Zobaczyłam, że to są normalni ludzie, od początku traktowali mnie po partnerska Pokazywali mi też Zakopane, ciągle mnie gdzieś zabierali. Szybko poczułam, że jestem jedną z nich. Przez pierwsze dwa miesiące mieszkałam w pokoju gościnnym w budynku teatru, praktycznie nie wychodziłam z teatru.

Mieszkała pani więc z duchami, o których w Zakopanem krążą legendy.

- Taaak (śmiech). Ale była wokół mnie dobra energia, więc się nie bałam.

Zadebiutowała pani na deskach Teatru Witkacego mocną rolą Muśki w "Domu Widzących Ducha", rolą wyrazistą i zapamiętywalną.

- To nie była łatwa rola, największym wyzwaniem była dla mnie scena gwałtu. Ten spektakl to taki teatr w teatrze. Nie ma kulis, jesteśmy cały czas na scenie, na "patelni". To dla aktora trudne zadanie, nie można ani na moment wyjść z roli.

Potem była rola Di w "Raz-dwa-raz", za którą otrzymała pani prestiżową nagrodę Nardellego za najlepszy debiut aktorski w sezonie 2017/2018.

- To właśnie jest cudowne w Teatrze Witkacego, że od początku daje się aktorowi szanse, człowiek od razu rzucony jest na głęboką wodę. Dzięki temu czuję, że się tu rozwijam, uczę bez przerwy. Rola Di wymagała u mnie błyskawicznych przejść z jednego w drugi stan emocji. To było wyzwanie, ale i szansa pokazania swoich możliwości aktorskich, wokalnych i ruchowych. Nagroda Nardellego przyznawana przez krytyków za najlepszy debiut w sezonie była dla mnie ogromnym wyróżnieniem i utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto ciężko pracować i dążyć do realizacji swoich marzeń.

Jest już pani w Zakopanem, w Teatrze Witkacego prawie 2 lata. Zapuściła pani już tu korzenie?

- Bardzo dobrze się tu czuję, świetnie dogaduję się z zespołem, czuję, że się rozwijam. A to nie jest teatr, w którym każdy aktor się odnajdzie. Nie chodzi tylko o to, że Zakopane jest daleko od dużych kulturalnych centrów. To nie jest teatr, w którym się pracuje "na etacie", gra własną rolę, a po spektaklu wraca do domu. Bycie tu to pewien rodzaj poświęcenia, pasji. Przychodzi się nie tylko, żeby grać, ale też na dyżury, by stać w drzwiach i witać gości, by parzyć herbatę dla widzów. Uczestniczymy w radach artystycznych. Jesteśmy odpowiedzialni za swoje kostiumy, za rekwizyty, malujemy się sami. Tworzymy ten teatr od początku do końca. To fascynujące.

A do "despotycznego" dyrektora pani się już przyzwyczaiła?

- Pan Andrzej Dziuk to człowiek bardzo wymagający, ale ja również taka jestem (szczególnie wobec siebie), więc być może dlatego tak bardzo go cenię i rozumiem. Przede wszystkim to człowiek bardzo mądry, artysta totalny, wie, czego chce, mnie bardzo inspiruje. Bardzo lubię z nim rozmawiać. Może rzeczywiście jest trochę despotyczny, ale lubię poddawać się temu despotyzmowi (śmiech). Nie traktuje mnie z góry, potrafi słuchać innych, korzystać z pomysłów młodych, jest otwarty na nowości.

O Teatrze Witkacego mówi się, że to miejsce wręcz "sakralne", przylgnęła też do niego etykietka "teatru schroniska". Dla pani czym jest to miejsce?

- Repertuar teatru jest różnorodny, każdy spektakl porusza istotne tematy, niesie przesłanie i skłania do refleksji. Faktycznie będąc w Witkacym można wyczuć pierwiastek metafizyczny, poczuć się "uświęconym", przenieść się w jakąś inną rzeczywistość.

Z drugiej strony nie ma tu jakiegoś "dress code", ludzie czasem przychodzą na spektakle prosto z gór, w górskich butach. Mogą napić się herbaty, porozmawiać z nami po spektaklu, poczuć się jak w domu, bez zbędnego patosu. Widzowie czują tę specyficzną atmosferę, a ja czuję, że jestem w ważnym miejscu.

A co z tańcem, który do niedawna był największą pani pasją?

- Cały czas tańczę, także w spektaklach. Teatr Witkacego otwarty jest na ruch, wszyscy aktorzy są bardzo sprawni. Mogę się tu spełniać także w tańcu. Ale poza teatrem prowadzę w Zakopanem też zajęcia tańca. Regularnie uczę tańca w COS-ie, w Klubie Sportowym Frajda, jestem nauczycielem w Państwowej Ogólnokształcącej Szkole Artystycznej. Prowadzę również wiele warsztatów.

Czy ma pani przy tym wszystkim czas na korzystanie z przywileju bycia tak blisko Tatr?

- Jak mam nawet chwilę, uciekam na Bachledzki Wierch - to moje ulubione miejsce na spacer, w dodatku blisko mieszkania. W wyższe partie Tatr też chodzę, gdy tylko mogę. Wciąż mam dużo szlaków do przebycia, ciągle odkrywam te góry.

Już dziś zaczynają się XXXIV urodziny Teatru Witkacego, zobaczymy panią w kolejnych dwóch nowych rolach.

- Zapraszam gorąco na urodziny, to świetna okazja do spotkania z nami, do zobaczenia, co robimy. Będzie premiera spektaklu "Spiski", w którym gram rolę Feli Nędzówny, a także tancerki. Podczas urodzin w ramach Sceny Propozycji Aktorskich będzie można też zobaczyć spektakl przygotowany przez Jacka Ziębę-Jasińskiego, w którym także występuję. To spektakl eksperymentalny, powiedziałabym dla koneserów.

Tak więc do zobaczenia na urodzinach. Dziękuję za rozmowę.

Agnieszkę Michalik, mach Urodzin Teatru Witkacego Agnieszkę Michalik w spektaklu "Spiski", gdzie zagra Felę Nędzównę.

___

Agnieszka Michalik - W 2017 roku ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego w Krakowie, Wydział Teatru Tańca w Bytomiu. Jej spektakle dyplomowe to dyplom aktorski „Wiele hałasu o nic" w reżyserii Briana Michaelsa, gdzie zagrała rolę Beatrycze, oraz dyplom taneczny „Out cry" w reżyserii i choreografii Edana Gorlickiego.
W Teatrze Witkacego pracuje od kwietnia 2017 roku.

Beata Zalot
Tygodnik Podhalański
28 lutego 2019

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia