Ja i ty i on(a)

"Jakobi i Leidental" - reż. Joanna Zdrada - Teatr Śląski w Katowicach

W sobotę, 5 listopada miała miejsce pierwsza w tym sezonie premiera Teatru Śląskiego. Spektakl "Jakobi i Leidental" na podstawie sztuki izraelskiego dramaturga Hanocha Levina wyreżyserowała Joanna Zdrada - młoda reżyserka, absolwentka studiów reżyserskich w Bratysławie. Spektakl ten, mimo iż dziesiąty w dorobku Zdrady, jest jej pierwszym realizowanym w Polsce

Talent i ogromny potencjał sceniczny Hanocha Levina odkrył w Polsce przede wszystkim Krzysztof Warlikowski reżyserując w 2005 roku „Kruma” (będącego koprodukcją teatrów: TR Warszawa i Starego Teatru w Krakowie) w przekładzie (i z udziałem) Jacka Poniedziałka. Tym samym twórcy spektaklu przyczynili się do popularyzacji twórczości Levina w kraju. Kilka lat później, w 2009 roku, nakładem wydawnictw: ADiT i Austeria wydany został zbiór kilkunastu wybranych dramatów Levina pt. „Ja i Ty i następna wojna”.

Twórczość Hanocha Levina jest bardzo nośna i wdzięczna, bo w prosty sposób opowiada o życiu i śmierci, docierając do naskórka bolesnej rzeczywistości. Prosta, czasem żartobliwa forma i lekkość przekazu wiążą się u niego z egzystencjalnymi treściami, które przejawiają się w sytuacjach codziennych.  Od kilku sezonów trwa więc w Polsce moda na Levina. Oprócz Warlikowskiego, twórczością tego, nieżyjącego już niestety izraelskiego autora, reżysera i aktora (zmarł w 1999 roku) zainteresowali się m.in. Iwona Kempa (w Teatrze Horzycy w Toruniu)), Ana Nowicka (w krakowskim Teatrze Barakah wyreżyserowała „Szyca”) czy Artur Tyszkiewicz („Sprzedawcy gumek” w Teatrze IMKA w Warszawie). Moda na Levina nie mija również w tym sezonie. We wrześniu tego roku miały swoją premierę: „Udręka życia” w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie i „Kaskada” w Teatrze im. Jaracza w Łodzi. „Jakobiego i Leidentala”, oprócz Teatru Śląskiego, wystawią w tym sezonie również dwie inne sceny: w Krakowie (Teatr Ludowy) i Szczecinie (Teatr Mały). Dobrze zatem, że i na Górnym Śląsku możemy pochwalić się jedną z realizacji sztuk Levina.

„Jakobi i Leidental” to w warstwie narracyjnej banalna historyjka o przyjaźni – a właściwie o końcu przyjaźni a początku rywalizacji dwójki bohaterów: Itamara Jakobiego i Dawida Leidentala. Ten pierwszy pewnego dnia rezygnuje definitywnie z grywania w domino z Dawidem w leniwie płynące wieczory i oświadcza mu, że ma zamiar nareszcie zacząć żyć, czyli się ożenić. Wkrótce na swej drodze napotyka Rut Szahasz, kobietę o bardzo okrągłych kształtach, o (podobno) muzycznym talencie i zamiłowaniu do sztuki. Niezadowolony z bycia samotnym Leidental nieustannie tropi parę, pragnąc przypodobać się Rut. Ta rozpoczyna „grę na dwa fronty”, chcąc być „wartą więcej niż jest w rzeczywistości”. Kiedy Jaokobi i Rut biorą ślub, Leidental zostaje ich sługą (ofiaruje siebie w prezencie ślubnym). Okazało jednak, że małżeństwo nie było dobrym rozwiązaniem dla Jakobiego, zwłaszcza, że Rut okazała się nie być niestety uduchowioną istotą (w jej domu nie ma żadnego pianina!), a kobietą mocno stąpającą po ziemi, która pragnie rodzić kolejne dzieci i żyć w dostatku. Jej podejście do życia oddaje scena z nocnym podziwianiem zawartości lodówki – niczym wybitnego dzieła sztuki. Rozstanie jest nieuchronne, ale czy wszystko wraca do stanu sprzed ślubu? Bohaterowie, z nowym bagażem niepowodzeń, coraz bardziej zdają się być zawiedzeni swoim życiem i, co gorsza, nie wiedzą co z nim dalej zrobić.

„Jakobi i Leidental” porusza kilka ponadczasowych dylematów, z którymi człowiek mierzy się przez całe swoje życie. Jednym z nich jest rozdźwięk między prawdziwym życiem, a oderwaną odeń sztuką. Typową tego ilustracją jest zachowanie Rut po ślubie, kiedy zrzuca „płaszcz obłudy” i staje się „biologiczną maszyną”, pragnącą głównie płodzić niemowlęta. 

Levin burzy również wyobrażenie o tym, że najgorsza jest samotność. - Owszem twierdzi – jest okropna, nie ma co dyskutować, ale znacznie gorsza od niej jest samotność we dwoje, której Jakobi po zaślubieniu Rut nie może znieść. Wszak wziął za żonę kobietę „zupełnego różnego rodzaju” i teraz nie potrafi znaleźć wspólnego z nią języka, żadnego porozumienia, żadnej wspólnej płaszczyzny.

Mimo wielu farsowych tonów i dowcipnych sytuacji podkreślających w pewnym stopniu komediowy charakter spektaklu jest on w gruncie rzeczy bardzo smutny i niezwykle refleksyjny. Ostatecznie przecież opowiada o bardzo samotnych, nieszczęśliwych ludziach. Ostatnie sceny nieomal krzyczą, że chodzi tu nie o śmiech i zabawę, ale o głęboką refleksję nad życiem, które należy potraktować jako podróż zmierzającą do bezwzględnie nieuchronnego i przerażającego ową nieuchronnością końca. Pokonana przez... samych siebie trójka bohaterów siedzi w samotności w łunie światła. Każdy z nich ma świadomość bycia kimś innym wobec innych, niż jest naprawdę wobec siebie. Mocno, dotkliwie i głęboko zapadają w pamięć słowa Jakobiego, który ma nadzieję na to, że może wezmą go do szpitala, stwierdzą beznadziejny stan i wreszcie będzie mógł sobie umrzeć… To straszne, że można doprowadzić się do takiego stanu. Chyba jednak wielu wokół nas boryka się z podobnymi problemami: bezsensu życia, braku celów, samotności czasami tak wielkiej, że aż nie do zniesienia, które konsekwentnie, niekoniecznie wprost, ale beznamiętnie i nieuchronnie prowadzą do znienawidzenia siebie i swojego życia.

Siła tej sztuki tkwi przede wszystkim w słowie: świetne dialogi, celne riposty, sugestywnie wykreowane sytuacje quasifilozoficzne (na przykład scena z wolno upływającym czasem Leidentala, jego dywagacje o samotności) powodują, że widz namiętnie chłonie to, co płynie ze sceny. Zwłaszcza, że mądremu słowu towarzyszy barwna i wyważona, stosowna i wnikliwa, a także uważna i precyzyjna realizacja sceniczna poprowadzona „ręką” Joanny Zdrady. Jej spektakl jest bardzo teatralny. Sztuczny specjalnie. Bohaterowie ucharakteryzowani są na cyrkowych klaunów. Krzyczące kolorem, kiczowate kostiumy dopełniają ostre makijaże na pobielonych twarzach. Teatralność podkreślana jest na każdym kroku za pomocą przerysowanej mimiki, nazbyt szerokiego gestu, nadmiernie głośnego krzyku, czy sytuacji zbyt wesolej. Czasem zdarzy się nawet, że aktor puści nam oko, łamiąc zasadę czwartej ściany, jakby chciał nam powiedzieć: ja tu tylko gram.

Koniec spektaklu jest podkreśleniem tych słów – aktorzy zaczynają rozbierać się ze swoich kostiumów, sygnalizując tym samym, że właśnie skończyli grać przedstawienie. Reżyserka starała się wyciągnąć jak najwięcej komediowych tonów z tej – smutnej w rzeczywistości – sztuki. Idąc tym tropem, wypreparowała z tekstu i wykreowała na scenie wiele groteskowych sytuacji (scena na balkonie, scena seksu, scena z jedzeniem ciastka) wywołujących na widowni salwy śmiechu. Myślę jednak, że udało jej się zachować odpowiednie proporcje – oprócz gagów i śmiesznych sytuacji dominuje powaga wywołująca odmienne niż śmiech reakcje.

Roman Pawłowski w jednej ze swych recenzji nazwał twórczość Janocha Levina „teatrem ślubów i pogrzebów”. Słowa te najrzetelniej opisują właściwości jego sztuk, także tej w Teatrze Śląskim. Był ślub, pogrzebów co prawda nie było, ale motyw memento mori przewijał się przez cały spektakl, nie tylko w słowach, ale również w warstwie scenograficznej. W podzielonej na dwie części przestrzeni Sceny Kameralnej na restaurację i mieszkanie Rut można odnaleźć, leżące na półeczkach figurki trupich czaszek. Czaszki odziane w skrzydełka, będące figlarnym nawiązaniem do uroczych aniołków z płócien Rafaela pojawiają się także na kiczowatej, świecącej, katarynce, którą co jakiś czas przyciąga na scenę włóczęga, a która służy podkładami muzycznymi jak i jest pewnego rodzaju demiurgiem, przygotowującym przestrzeń dla kolejnych scen.

Warstwa muzyczna pomaga warstwie wizualnej budować intrygujący, nierealny klimat spektaklu. Każdy z aktorów wykonuje po kilka pieśni, często przy akompaniamencie wspomnianej katarynki. Utwory te, proste i wdzięczne, łatwo zapadają w ucho. Brawa należą się kompozytorowi Krzysztofowi Koniecznemu za ich aranżacje.

Nie sposób wreszcie nie napisać o aktorach – Grażynie Bułce, Andrzeju Warcabie i Arturze Święsie, którzy kolejno wcielali się w: Rut, Leidentala i Jakobiego. Aktorzy umiejętnie odnaleźli się w swoich nowych rolach, choć bywały momenty, że ocierali się niebezpiecznie o farsowe tony, zwłaszcza w pierwszej części spektaklu, zdecydowanie lżejszej niż druga. Bardzo dobrze wypadł obok swoich kolegów, znanych z wielu komediowych wcieleń, Artur Święs, nieczęsto obsadzany w spektaklach „podszytych humorem”. Trzeba również zaznaczyć, że cała trójka wykazała się nie lada energią, dzięki czemu cały spektakl zachował szybkie tempo do samego końca.

Myślę, że dzięki tej prapremierze Teatr Śląski rozpoczął nowy sezon w naprawdę dobrym stylu. Oby tak dalej!

Marta Odziomek
Dziennik Teatralny Katowice
9 listopada 2011

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia