Ja, Minetti

"Minetti. Portret artysty z czasów starości" Thomasa Bernharda - Andrzej Domalik - Teatr Polonia w Warszawie - premiera 7 czerwca 2021

Rolą starego aktora rozliczającego ze swoim życiem Jan Peszek staje w szranki z wielkimi poprzednikami w swym fachu, ale opiera się pokusie efektownego naszpikowanego technicznymi koloraturami popisu. Im gra mniej, tym bardziej jest wstrząsający. Sensem wspaniałej kreacji Peszka jest trwanie, zastyganie, powolne obumieranie.

„Minetti. Portret artysty z czasów starości" w pierwszym zetknięciu wydaje się kolejnym w twórczości Thomasa Bernharda obrazem człowieka dominującego nad otoczeniem albo wręcz go terroryzującego, czy to aktora, czy myśliciela. Takimi byli filozofowie Moritz Meister z „Na szczytach panuje cisza" oraz tytułowy bohater „Immanuela Kanta", ale też Konrad z „Kalkwerku", szef cyrkowej trupy Caribaldi z „Siły przyzwyczajenia", a przede wszystkim Theatermacher, czyli Bruscon z „Komedianta". Od razu przychodzi też do głowy tekst innego niemieckojęzycznego dramatopisarza – „Ja Feuerbach" Tankreda Dorsta – pomiędzy nimi podobieństw jest najwięcej i są najbardziej bezpośrednie. Tyle że przy narzucających się wielu cechach wspólnych „Minetti" znacząco różni się od wszystkich wymienionych utworów.

Bruscon na przykład w największym może stopniu – przynajmniej jeśli idzie o literaturę dramatyczną – wypełnił archetyp artysty tyrana, trzymającego pod butem i uzależniającego od siebie całe otoczenie. Namalował autor „Mrozu" pozbawiony śladu czułostkowości wizerunek potwora, giganta na swoim podwórku. Człowieka teatru, który swe bezgraniczne oddanie scenie niesie jak krzyż i bezdyskusyjnie żąda tego samego od innych. A przy tym zapatrzonego w siebie kabotyna, poświęcającego dla własnych celów wszystko i wszystkich. „Komediant" to jedno z Bernhardowskich arcydzieł, rzecz o potężnym kalibrze, a podkreślił go jeszcze rolą w spektaklu Erwina Axera w warszawskim Teatrze Współczesnym Tadeusz Łomnickim. Po nim w Polsce wcielało się w Bruscona jeszcze co najmniej kilku dobrych aktorów, a nawet jedna aktora. Nie tylko dla mnie jednak, choć minęło ponad trzydzieści lat, Theatermacher Bernharda ma twarz i sylwetkę Tadeusza Łomnickiego. I nie przypuszczam, by w dającej się przewidzieć przyszłości miało się to zmienić.

„Minettiego" pod nieco innym tytułem i w innym przekładzie widziałem chyba ponad dwadzieścia lat temu na nieistniejącej już kameralnej scenie warszawskiego Teatru Polskiego przy Foksal. Chyba, bo choć tytułową rolę grał Ignacy Gogolewski, nic z tamtego przedstawienia nie zapamiętałem.

Nie ma co również udawać – to nie jest drugi „Komediant" ani kolejny „Immanuel Kant". „Minetti" jak na niepokornego austriackiego giganta wydaje się tekstem mniej rozwichrzonym, bardziej bezpiecznym, łatwiej wpisującym się w formułę tradycyjnego teatru. Gdyby ktoś położył koło siebie te trzy utwory, wyszłoby niechybnie, że „Minetti" waży najmniej, ale to nie oznacza, że to jest Bernhard pośledniego gatunku. Sztukę napisał z myślą o Bernhardzie Minettim, jednym z największych aktorów poprzedniego stulecia, swym przyjacielu, którego darzył wyjątkową atencją. Jej dowodem jest nazwisko Minetti w tytule, co zdarzyło się u pisarza po raz pierwszy. Potem napisał choćby „Rodzeństwo", w oryginale „Ritter, Dene, Voss" znów z nazwiskami prapremierowych wykonawców.

Nie znaczy to oczywiście, że „Minetti" jest o Bernhardzie Minettim. W tytułowej postaci zaklął pisarz aktorski los naznaczony wiecznym niespełnieniem. Tytułowego bohatera spotykamy w hotelowym hallu w sylwestrowy wieczór. Dokoła trwa zabawa, przez scenę przebiegają tabuny rozwrzeszczanych przebierańców – barbarzyńców, a on czeka na dyrektora teatru, by porozmawiać z nim o powrocie do swej popisowej roli Leara. Kiedyś była jego wizytówką, wcielał się w nią w specjalnej masce, zaprojektowanego specjalnie dla niego przez legendarnego Ensora, ale potem na trzydzieści lat utknął w Dinkelsbühl, a Dinkelsbühl to zapadła dziura i tam już Leara nie grał. Teraz więc czeka na dyrektora z Flensburga, choć ten nie przybywa. Zakłada maskę Ensora, zaklina świat, gniewnie marszczy czoło. I – jak inni ludzie Bernharda – mówi, mówi i mówi. Słowa są jak oddech, co utrzymuje przy życiu.

Minetti jest jak Feuerbach z dramatu Dorsta, nawet punkt wyjścia obu sztuk jest bliźniaczo podobny. Feuerbacha również genialnie grał Łomnicki i z jego rolą zauważalnie, choć dyskretnie na scenie warszawskiej Polonii dialoguje Jan Peszek. Niemal cytatami są niektóre intonacje wielkiego aktora, przeciągane samogłoski i sylaby. Nie ma w tym jednak czczej próżności, a jedynie świadomość własnej siły. Peszek znalazł nareszcie dzieło na swoją miarę, kreacją Minettiego przypomniał o swych największych dokonaniach sprzed lat w „Śmierci Iwana Iljicza" Jerzego Grzegorzewskiego, „Księżniczce Turandot" Rudolfa Zioły, „Braciach Karamazow" Krystiana Lupy w krakowskim Starym Teatrze. Ostatnimi czasy artysta pracował dużo, szukał przede wszystkimi z młodymi, ale z wyboru lub konieczności hołdował przede wszystkim technice. Jako Minetti udowadniając swe mistrzostwo z techniki jakby się ogołocił, wyrzekł się aktorskiego popisu ani na chwilę nie zachłysnął własnym kunsztem. Rolą w spektaklu wyreżyserowanym niemal niewidoczną ręką przez Andrzeja Domalika (darowałbym sobie tylko aż tak grubą kreską kreślone sceny z przebierańcami) dotknął istoty już nie aktora, a człowieka. Połączył to, co niewidoczne.

I dotknął tego, co u Bernharda najważniejsze. Minetti to nie jest jeszcze jeden z galerii jego teatralnych potworów, ale człowiek złamany, godzien współczucia, nam bliski. Peszek ma w sobie poczucie siły, ale i trudne do nazwania ciepło. Może i skala Minettiego nie jest porównywalna z wymiarem Bruscona, ale za to można oderwać go od jego profesji. Jan Peszek daje na scenie Polonii powolne studium trwania, ledwie dostrzegalnego obumierania. Zastygania. Aż przysypie go śnieg.

Jacek Wakar
Dziennik Teatralny
12 czerwca 2021
Portrety
Andrzej Domalik

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia