Jak historia prywatna stała się historią powszechną

"Rewolucja balonowa" - reż: Sławomir Batyra

Sztuka, w tym teatr, na różne sposoby może próbować mierzyć się z historią. Z jednej strony może pieczołowicie katalogować fakty i szczegółowo rekonstruować przebieg istotnych wydarzeń. Z drugiej - dać się ponieść meandrom pamięci, która arbitralnie oznacza przeszłe zdarzenia jako ważne lub pozbawione znaczenia. Jeśli przy tym skupi się na pamięci indywidualnej, naturalne staje się oddanie sceny do dyspozycji jednemu aktorowi. Czy też, jak w przypadku Rewolucji balonowej - jednej aktorce

Być może mówienie o pamięci jednostkowej, prywatnej, nie jest w przypadku tego spektaklu usprawiedliwione. W końcu tak autorka (Julia Holewińska), aktorka (Katarzyna Maria Zielińska), jak i reżyser (Sławomir Batyra), są reprezentantami tego samego pokolenia – pokolenia obecnych trzydziestolatków, trwale ukształtowanych przez polską transformację ustrojową przełomu lat 80. i 90. Przywołując na scenie tamten czas, nie skupiają się więc wyłącznie na przeżyciach bohaterki, Wiktorii, ale starają się zaprezentować doświadczenie generacyjne, łączące wszystkich ich rówieśników. Podejmują tym samym ambitną próbę połączenia płaszczyzny osobistej z uniwersalną, polityczno-społeczną. Próbę, należy to jasno powiedzieć, niezbyt udaną.

Monolog Wiktorii skrzy się od, niejednokrotnie bardzo zabawnych, dowcipów i anegdot, w których przywołane i sparodiowane zostają znane wszystkim wydarzenia – wyjazdy „na handel”, pierwsze wakacje u wujka w Norwegii czy rodzinne oglądanie Dynastii – oraz postacie – Lech Wałęsa, Wojciech Pijanowski i inni. Połączenie zdystansowanej perspektywy trzydziestolatki, zjadliwie komentującej paradoksy tego szalonego okresu, z emocjonalnym zaangażowaniem obserwującej to wszystko na bieżąco dziesięcioletniej dziewczynki, nierozumiejącej zachodzących wokół niej zmian, jest znakomitym źródłem humoru.

Połączenie to pełni również inną, istotniejszą rolę – ocena dwudziestu lat wolnej Polski dramatycznie różni się od beztroskiej dziecięcej afirmacji Nutelli i Coca-Coli, wprowadzając do spektaklu elementy poważne, składające się na diagnozę skutków przemian i obecnej sytuacji tych, którzy u progu lat 90. byli rzekomo skazani na sukces. Mówiąc coraz więcej o własnych niepowodzeniach, trudnościach z samotnym wychowywaniem dziecka (którego ojciec ulotnił się dawno temu), zawodowych porażkach swojego brata i rozpadzie związku rodziców, którzy ponad miłość przedłożyli kolorowe magazyny i samochody, Wiktoria daje dobitne świadectwo, że III RP nie wygląda tak, jak zapowiadały gadające głowy na ekranie telewizora. Ten zwrot w tonacji spektaklu mógł stanowić doskonałą bazę do pokazania zniuansowanego oblicza transformacji, sukcesów i porażek ludzi dorastających w warunkach dzikiego kapitalizmu, ludzi, którzy sam moment przełomu wspominają z rozrzewnieniem, ale dla których to, co nastąpiło potem, oznaczało niejednokrotnie konieczność rezygnacji z marzeń i wtopienie w szarą rzeczywistość walki o dobrobyt.

Tym większa szkoda, że diagnoza stawiana przez twórców ogranicza się jedynie do emocjonalnych wykrzyknień o „inwazji dobrobytu, przerywającej i gwałcącej urok dzieciństwa”. Spektakl niebezpiecznie skręca w stronę niezbyt wyrafinowanego ataku na kapitalizm, w którym poza pieniądzem i dobrobytem nie ma żadnych wartości. Nie sposób zaprzeczyć, że w ramach transformacji ustrojowej nie wszystko udało się tak, jak to sobie zamierzyli jej architekci, a konfrontacja młodego człowieka z dorosłym życiem potrafi być bolesna niezależnie od ustroju, jednak problem z Rewolucją balonową jest taki, że wszystko to już od dawna wiemy, a twórcy nie potrafią wydobyć z gęstwiny problemów i smutków bohaterki jakiejkolwiek odważnej i niebanalnej diagnozy. Nie chodzi tu nawet o to, że ogniskując dużą część wspomnień Wiktorii na gumie do żucia, Kole fortuny i piosenkach Papa Dance, spłycają poważne społeczne zagadnienia. Tak przecież działa pamięć, i jest to raczej zaleta, niż wada spektaklu, że zwraca uwagę na kwestie z punktu widzenia polityki i gospodarki marginalne, ale w prywatnym świecie bohaterki pierwszoplanowe. Mankament tkwi więc nie w takim a nie innym wyborze punktów odniesienia, ale w ich niedostatecznie ciekawym wykorzystaniu.

Choć Katarzyna Maria Zielińska stara się jak może, szepcząc, krzycząc, płacząc, śpiewając, tańcząc, a nawet odgrywając role Magdy Masny i Lecha Wałęsy, materiał, z którym przyszło jej pracować, nie intryguje na tyle, by uznać Rewolucję balonową za spektakl udany. Mimo tego, że w wymagającej formule monodramu młoda aktorka radzi sobie sprawnie (choć, sądząc po wcale nierzadkich pomyłkach w wypowiadaniu tekstu, przydałoby się kilka dodatkowych prób), wykorzystując rozmaite możliwości tak swojego głosu, ciała, jak i oszczędnej scenografii i dobrze odnajdując się na tle wyświetlającego m. in. krótkie migawki z epoki ekranu, nie jest w stanie nadać nieciekawemu w konkluzjach tekstowi interesującego wydźwięku.

Sama, momentami wręcz nieokiełznana, energia Zielińskiej nie może bowiem skompensować niedostatków na innych polach, a tych Rewolucja balonowa ma niestety trochę zbyt wiele.

Robert Mróz
Teatrakcje
24 grudnia 2011

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia