Jak Jasio pojedynkował się z Sienkiewiczem

Trylogia, Stary Teatr w Krakowie

To mogło być tak. Kiedy Jasiu miał dwa lata, rodzice kupili mu konia. Jasiu od razu chciał galopować, ale drewniane bieguny nie pozwoliły ruszyć się z miejsca.

Pozostało mu tylko kiwanie się do tyłu i do przodu oraz wymachiwanie szabelką w takt wykrzykiwanych słów "patataj". 

Później Jasiu poszedł do szkoły. Niedobra nauczycielka kazała mu przeczytać "Ogniem i mieczem", nie zważając na ilość stron, jakie zapisał imć pan Sienkiewicz. Jasia nawet zainteresowały przygody Skrzetuskiego i Bohuna, ale nie zdążył z lekturą na czas i niedobra nauczycielka wlepiła mu dwóję. Nie bez powodu więc ambitny Jaś znienawidził autora "Trylogii". Z takimi traumami nie da się walczyć. 

Kiedy więc mały Jaś dorósł i został Janem Klatą, postanowił rozprawić się z autorem swoich niepowodzeń szkolnych i niespełnionymi dziecięcymi marzeniami. A okazja nadarzyła się całkiem dobra, bo Stary Teatr wszedł właśnie w fazę "Re_wizji" poświęconych sarmatyzmowi. 

Jan Klata postanowił więc stanąć do pojedynku ze swoim dręczycielem. Pierwsze pchnięcie było celne. Rzekłabym, w samo serce. Otóż Klata udowodnił, że Sienkiewicz najnudniejszym pisarzem był. Spektakl podzielił na trzy części, odpowiadające trzem tomom, które w zasadzie od siebie się nie różniły, poza głównymi bohaterami. 

Reżyser na kanwie powieści kazał im odgrywać dowcipasy, choćby takie jak ten na temat konia, który może być wierzchowcem, ale również męskim organem. Wszystko to w konwencji skeczy, które miałyby szansę zaistnieć na przeglądzie grup kabaretowych PAKA. 

Cios Klaty w Sienkiewiczowską nudę był o tyle celniejszy, iż większość scen reżyser utrzymywał 

w tym samym rytmie, a scenograf Justyna Łagowska oświetlała je w jeden i ten sam sposób. 

Kiedy pisarz już porządnie krwawił, twórcy przedstawienia okazali widzom odrobinę litości i włączyli głośną muzykę z dyskotekowymi stroboskopami, każąc równocześnie aktorom skakać po łóżkach. Publiczność w tym czasie miała wyobrazić sobie, że bohaterowie pędzą na rumakach przez step szeroki. 

A propos łóżek. To pchnięcie było szczególnie perfidne i miało na celu udowodnienie, że bohaterowie imć pana Sienkiewicza są kompletnymi świrami. Otóż na scenie rozstawiono szpitalne łóżka. 

Na nich położyli się aktorzy, którzy od czasu do czasu budzili się, by odegrać jakąś scenę. Niczym pacjenci domu wariatów, tak jak niegdysiejsi Sarmaci, pogrążeni byli w bezwolności i letargu. Problem tylko w tym, że ów szpital znajdował się w kościele. 

A stąd już tylko krok do dość ryzykownego wniosku, że świątynia to miejsce dla psychicznie chorych. Ciekawe, czy reżyser przewidział taką możliwość interpretacji? A daje ona jeszcze większe pole do popisu, kiedy widzimy Azję, strzelającego w tył głowy uśmiechającym się bohaterom spektaklu, co nie może nie skojarzyć się z Katyniem. 

Siła oddziaływania stereotypów jest tak duża, że kiedy Wołodyjowski odsuwał klapę i schodził pod scenę, wydawało mi się, że widzę powstańców warszawskich wchodzących do kanałów. 

Zresztą moment rozstania Pana Michała z Baśką był jedynym godnym uwagi w całym przedstawieniu. Bardzo intymne wyznanie Anny Dymnej i Andrzeja Kozaka podziałało jak balsam po długiej męce jaką była "Trylogia". Owszem, swawolny Jasiu pokonał w niej imć pana Sienkiewicza, 

a nawet powalił na łopatki mit sarmacki i rozdrapał narodowe rany. 

Tylko wciąż nie wiem, po co to zrobił. Bo koncept z traumą z dzieciństwa wydaje mi się tak samo głupi jak całe to przedstawienie.

Magda Huzarska
Polska Gazeta Krakowska
24 lutego 2009

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia