Jak Konfrontacje wydobyły Opole z zaściankowości

40. Opolskie Konfrontacje Teatralne "Klasyka Polska"

W czasach największej świetności festiwalu po bilety na Opolskie Konfrontacje Teatralne widzowie wstawali w środku nocy. A jeśli ich zabrakło, to oglądali najlepsze inscenizacje klasyki polskiej z podłogi, a nawet proscenium. Dziś Konfrontacje z 40-letnią metryką to już nie ta impreza. Skromna, boleśnie niedofinansowana, pozbawiona dawnego żaru - pisze Iwona Kłopocka-Marcjasz w Nowej Trybunie Opolskiej.

W miesięczniku "Opole" dawno, dawno temu ukazał się rysunek Andrzeja Mleczki przedstawiający grającą na flecie kobiecą postać w powłóczystej szacie, za którą podążał zachwycony tłum. Podpis głosił: "Melpomena wyprowadza z teatru opolską publiczność na rok". Była to zarazem najkrótsza recenzja Opolskich Konfrontacji Teatralnych i wymowna aluzja do dnia powszedniego opolskiego teatru.

Kiedy w styczniu 1975 roku otwarto ogromny i supernowoczesny gmach teatru, kiedy zagościł w nim nowy duch za sprawą importowanego z Krakowa dyrektora Bogdana Hussakowskiego ze wspaniałą ekipą reżyserów, scenografów i kompozytorów, do kompletu brakowało w tym miejscu jeszcze tylko cyklicznej ogólnopolskiej imprezy, która stałaby się wizytówką miasta i regionu. Tym bardziej że władzom marzyło się, by Opole - skoro już ma teatr za 153 mln zł - nie tylko polską piosenką i cementem stało.

Na pomysł festiwalu teatralnego wpadł Marek Jodłowski, znany dziennikarz, poeta i krytyk teatralny, który tą myślą podzielił się z redakcyjnymi kolegami. Spojrzenie na festiwalową listę od razu wskazało lukę do zapełnienia. Dotąd nie było festiwalu monograficznego poświęconego klasyce polskiej. A klasyka - wiadomo - przez wyjątkowość narodowych arcydzieł niejako a priori festiwalowi nadawała znaczenie szczególne, niepodważalne.

I Opolskie Konfrontacje Teatralne trwały od 10 do 20 maja 1975 roku. Zaraz po ich zakończeniu postanowiono termin przesunąć na przełom marca i kwietnia, by odtąd nie tylko nie wchodziły w paradę innym imprezom (które podbierałyby nam najciekawsze prezentacje), a wręcz otwierały festiwalowy kalendarz. Dziś, w roku jubileuszu, organizatorzy z dumą mówią o wyjątkowo bogatym repertuarze - bo oglądamy 8 przedstawień, w tym 7 konkursowych. Tymczasem 40 lat temu przygotowywane w pośpiechu, by nie powiedzieć na łapu-capu, Konfrontacje miały na afiszu 15 tytułów. I choć nie wszystkie na festiwal zasługiwały, to ściągnęły do Opola teatry i artystów, których mieszkańcy miasta mogli dotąd oglądać najwyżej na szklanym ekranie. Wystarczyło wybrać się na "Sprawę Dantona" w reżyserii Andrzeja Wajdy z Teatru Powszechnego i "Beniowskiego" w reżyserii Adama Hanuszkiewicza z Teatru Narodowego, by zobaczyć na żywo czołówkę aktorstwa tamtych czasów. Miłość opolan do teatru rozkwitła więc z ekspresją gejzeru. Na II OKT w 1976 same zakłady pracy zamówiły 16 tysięcy (!) biletów, podczas gdy kasa dysponowała zaledwie 14 tysiącami (w ostatnich latach jest ich ok. 3 tysięcy).

Gwiazdy - scen warszawskich i krakowskiego Starego Teatru- szczególnie uwielbianego w Opolu, zwłaszcza przez młodzież - były silnym magnesem przyciągającym publiczność. Ale nie jedynym. Konfrontacje, jak pisała lokalna prasa, stały się sposobem na wyjście miasta i jego mieszkańców z teatralnego prowincjonalizmu. Aby to osiągnąć, opolanie okazali się zdolni do najwyższych poświęceń. "Najwytrwalsi w jednym jedynym dniu przedsprzedaży pojawili się na placu Lenina (tak się wtedy nazywał plac Teatralny) już o trzeciej nad ranem, optymiści popołudniowi zastali, oczywiście, puste kasy. Tylko ustawienie się w kolejce w środku nocy gwarantowało dostanie biletów na najbardziej oblegane przedstawienia gwiazdorskie" - pisała "Trybuna Opolska" w 1984 roku. To był socjologiczny fenomen. Na co dzień dużą widownię ledwie w połowie udawało się zapełnić, a przez kilka wiosennych dni w roku tłumy szturmowały teatr drzwiami i oknami. I odchodziły z kwitkiem, choć gotowe były oglądać przedstawienia na stojąco. Ryszard Matuszewski, wspaniały szef Biura Obsługi Widzów, opowiadał, że niejednokrotnie po zakończeniu festiwalu bilety zamawiano już na następny rok -w ciemno.

W ostatnich latach najszybciej sprzedają się komedie, najchętniej te z Warszawy (w tym roku szybko rozeszła się Zapolska i Fredro), ale bywają przedstawienia, gdzie widownia świeci pustymi miejscami. Kiedyś na wszystkich spektaklach był nadkomplet, a widzowie - wbrew wszystkim zasadom bhp i ppoż. - wypełniali każdy skrawek podłogi, z którego było widać scenę. Nieraz siedziało się w potwornym ścisku, z podkurczonymi nogami, bez możliwości zmiany pozycji. Decydowali się na to głównie licealiści i studenci. W latach 70. wejściówki były po 10 zł i za 100 zł można było obejrzeć całe Konfrontacje. Po przedstawieniach młodzież gnała na spotkania z twórcami, których nieraz długo nie chciała wypuścić, a próby wyłamania się artystów z tego zwyczaju wywoływały oburzenie, jak wówczas, gdy czekających zlekceważyli aktorzy jeleniogórscy. Tłumaczenia dyrektorki teatru, że artyści "poczuli się bardzo zmęczeni, musieli wziąć kąpiel, a poza tym czekała na nich telewizja" wybuczano i wytupano.

Tłumne uczestnictwo młodzieży nadawało festiwalowi szczególną atmosferę. Samo wejście na widownię po trzecim dzwonku, gdy "biletowi" zajęli już swoje miejsca, przypominało dziki wyścig, po którym pechowcom zdarzało się zostać w niekompletnym ubraniu. Na każde przedstawienie na Dużej Scenie (wówczas ok. 670 miejsc) wpuszczano 300 nastolatków "wszechobecnych, i w lukach między fotelami, i na schodach, i nawet na scenie, jeśli tej scenograf szczelnie nie wypełnił dekoracjami"

Nieraz na widowni zasiadało prawie tysiąc osób, w tym 300 licealistów i studentów, którzy kupowali wejściówki po 10 zł - pisała "TO". I nie było w tym opisie cienia przesady. Sama na szczecińskim "Panu Tadeuszu" siedziałam w takim miejscu, że co rusz obrywałam szablą od wchodzącego na scenę aktora. Strach pomyśleć, jak wyglądałaby ewakuacja tej masy ludzi np. w przypadku pożaru. Ogień - tfu, tfu - szczęśliwie omija opolską scenę (mamy raczej pecha do wody), ale pewien pożar w 1987 roku stał się zagrożeniem dla Konfrontacji. Na miesiąc przed festiwalem ogień zniszczył część hotelu "Opole", jedynego reprezentacyjnego w mieście, którego pokoje zawsze udostępniano festiwalowym artystom. Jeden z publicystów w płomiennych słowach zaapelował do wojewody i prezydenta o budowę nowego hotelu. "Jeżeli nic się nie zmieni, festiwal Klasyka Polska znajdzie się w ślepym zaułku. A Opole stanie się zakątkiem - nie tyle cichym, ile właśnie ślepym. Wówczas, być może któryś z Centralnych Chirurgów dojdzie do wniosku, że Opole to ślepa kiszka i dokona operacji, w wyniku której przestaniemy być jednym z organów polskiej kultury" - unosił się.

Emfaza publicysty całkiem uzasadniona, bo faktycznie na krótki czas Opole stawało się centrum teatralnego życia kraju. Festiwalowe migawki regularnie pojawiały się w wieczornym wydaniu Dziennika Telewizyjnego (wtedy był tylko jeden i zasłużyć na dziennik to było coś). W 1985 po raz pierwszy na OKT zorganizowano studio festiwalowe, z którego codziennie wieczorem nadawano kilkunastominutowe relacje i rozmowy z twórcami.

Miasto - kiedyś obwieszone teatralnymi afiszami, banerami i flagami niczym choinka - naprawdę żyło Konfrontacjami. O to by "wyszły poza obręb budynku teatralnego, do klubów, na uczelnie" zatroszczono się już od drugiej edycji. Obok głównego nurtu konkursu teatralnego rozwinęły się imprezy towarzyszące - wystawy, sesje teatrologiczne, fora dyskusyjne (do gadania na żywo, a nie w sieci), pokazy filmowe. Np. na IV OKT samych wystaw - malarstwa, karykatury, plakatów, grafiki, fotografii - otwarto w Opolu... dziewięć. Ponadto zorganizowano dwudniową sesję teatrologiczną z udziałem naukowej czołówki z Warszawy, Krakowa i Wrocławia.

Dziś Konfrontacje z 40-letnią metryką to już nie ta impreza. Skromna, boleśnie niedofinansowana, pozbawiona dawnego żaru, omijana przez recenzentów. Jej siła tkwi jednak w sile narodowej klasyki, kreatywności twórców mierzących się z wieszczami i oczekiwaniu publiczności, by usłyszeć piękne słowo, nieprzemijające prawdy i dać się olśnić.

Grand Prix OKT to największe marzenie biorących udział w konkursie teatrów. Pierwszą główną nagrodę otrzymał w 1975 roku Andrzej Wajda za "Sprawę Dantona". Gospodarzom festiwalu udała się ta sztuka trzykrotnie. Grand Prix zdobyły: w 1997 "Dziady albo młodzi czarodzieje" Adama Sroki, w 2002 "Matka Joanna od Aniołów" Marka Fiedora, a w 2011 "A ja, Hanna" Tomasza Hynka.

Iwona Kłopocka-Marcjasz
Nowa Trybuna Opolska
18 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia