Jak oni śpiewają... Mickiewicza

"Grażyna" - reż. Radosław Rychcik - Teatr im. Ludwika Solskiego w Tarnowie

Powieść poetycka Adama Mickiewicza "Grażyna" doczekała się prapremierowej inscenizacji w Teatrze im. L. Solskiego w Tarnowie. Na miejską scenę przeniósł ją utalentowany reżyser młodego pokolenia - Radosław Rychcik, laureat tegorocznego Paszportu Polityki. Zapowiadany przez media i oczekiwany przez tarnowskich widzów spektakl okazał się przede wszystkim atrakcyjnym muzycznym widowiskiem, które trafia w gusty szerokiej publiczności.

"Grażyna" to wczesne dzieło Mickiewicza, osadzone w modnych w dobie romantyzmu średniowiecznych realiach - jej akcja przenosi nas na Litwę w wiek XIV, naznaczony wieloletnim konfliktem mieszkańców tego kraju z zakonem krzyżackim. Opowiada historię wymyśloną przez poetę, opartą jednak na historycznych przesłankach i sprytnie wtopioną w ówczesne dzieje. Choć więc fakty przytoczone w "Grażynie" nie miały miejsca, jej fabuła nosi wszelkie znamiona prawdopodobieństwa. Starsze pokolenie zapewne przypomina ją sobie zresztą z czasów szkolnych, bowiem poemat wieszcza zajmował jeszcze do niedawna żelazną pozycję na liście lektur. Młodszym widzom wypada jednak po krotce naświetlić zdarzenia i ideę utworu.

Książę litewski Litawor, kierowany własną ambicją, przedkłada względy osobiste ponad sprawy publiczne i postanawia wyruszyć zbrojnie przeciw księciu Witoldowi, aby upomnieć się o należne majątki i przywileje. Przy czym knując bratobójczą wojnę, szuka wsparcia u odwiecznego wroga Litwy - zakonu krzyżackiego. Gdy Rymwid, stary doradca i przyjaciel, nie jest w stanie odwieść go od zgubnych dla ojczyzny zamiarów, wtajemnicza w jego plany Grażynę, jego żonę. Gdy jednak i jej nie udaje się wpłynąć na decyzję Litawora, powodowana patriotyzmem przejmuje sprawy we własne ręce - odsyła posłów krzyżackich z kwitkiem, a rankiem przebrana w mężowską zbroję prowadzi litewskie zastępy przeciwko Krzyżakom. Ranna w boju, umiera. Litawor, zorientowawszy się po przebudzeniu w sytuacji, rusza na pomoc żonie i swojemu rycerstwu. Jego męstwo przechyla szalę zwycięstwa na stronę Litwinów. Jednak ten triumf go nie cieszy - ostatecznie powodowany wyrzutami sumienia popełnia samobójstwo na pogrzebowym stosie Grażyny.

Ta opowieść napisana w okresie zaborów miała szczególną wymowę. Prezentowała jednoznaczne stanowisko wykluczające możliwości konszachtów i paktów z wrogiem ojczyzny, choćby podyktowane one były względami politycznymi. Idealizowała postawę poświęcenia, bohaterstwa i ofiarności, nawet za cenę życia, wobec interesów narodowych, przedkładanych ponad prywatne potrzeby. Tyle Mickiewicz. A co Rychcik?

"Grażyna" nie miała dotąd wersji teatralnej. Jako romantyczna powieść poetycka z wyraźnymi jeszcze wątkami klasycznymi zawiera wprawdzie elementy i liryczne, i dramatyczne, jednak przede wszystkim jest utworem epickim, więc niescenicznym. Żeby z tekstu stworzyć teatralny spektakl i nie zrezygnować z oryginalnego jedenastozgłoskowego wiersza, trzeba mieć pomysł na scenariusz i teatralną wizję poematu. Reżyser miał i jedno, i drugie. W dużej mierze poszedł tropem sprawdzonym w dwóch poprzednich swoich inscenizacjach utworów romantycznych - "Dziadów" na deskach Teatru Nowego w Poznaniu i "Balladyny" w Teatrze W. Siemaszkowej w Rzeszowie. Dodajmy, że w Tarnowie pracowała z nim ta sama ekipa, która współtworzyła wymienione spektakle z "romantycznej trylogii" - scenografka Anna Maria Kaczmarska oraz kompozytorzy Michał Lis i Piotr Lis.

Tak więc w tarnowskim przedstawieniu "Grażyny" zadziałał podobnie: zmienił czas i realia zdarzeń, wprowadził motywy zaczerpnięte z kultury masowej, zabawił się konwencjami, zaprosił na scenę amatorów i chór. Ciekawe natomiast, że w stronę innej wymowy utworu skierował uwagę

publiczności, czyniąc z tytułowej bohaterki raczej symbol swoistego narodowego feminizmu niż rozumiany szerzej przykład postawy patriotycznej. A to za sprawą nieco przydługiego wstępu inicjującego spektakl - fragmentu książki prof. Marii Janion "Kobiety i duch inności". Wydaje się, że w ten sposób twórca chciał dodać szerszego kontekstu historyczno-literackiego żonie Litawora, postaci ledwie naszkicowanej przez Mickiewicza i to dość prostymi kreskami.

Po edukacyjno-feministycznym prologu przenosimy się na boisko do koszykówki. Przy dźwiękach radiowych komunikatów, płynnie przechodzących od informacji wojennych po relacje z meczów piłkarskich, trenuje drużyna niemiecka, a na ławie rezerwowych zasiadają wszyscy uczestnicy przyszłych dramatycznych wydarzeń. Scenografia jednoznacznie określa miejsce akcji - jesteśmy w hali sportowej z dwoma koszami, ławami i sektorem widowni. Górną jego część zajmuje chór, który spełnia przede wszystkim rolę narratora, dzieląc ją z głównym opowiadaczem w spektaklu. Lewa część sceny wydzielona jest na prywatne pokoje współczesnego Litawora, który w garniturze ze szklaneczką trunku w ręce przypomina zatroskanego biznesmena - może menedżera sportowego?

Akcję inicjuje pierwsza pieśń chóru, a zawiązuje przybycie posłów niemieckich posługujących się wprawnie językiem Goethego, bowiem w ich postaci wcielili się gościnnie aktorzy o niemieckich korzeniach - Martin Bogdan i Radomir Ro-spondek. Zatrzymani na boisku przez strażników nie przekraczają progu rezydencji, w której toczą się najważniejsze rozmowy Litawora z doradcą Rymwidem czy żoną Grażyną, prowadzące do finału - meczu-bitwy na kosze między Krzyżakami/Niemcami a Litwinami/Polakami.

Do tekstu poematu włączył reżyser fragmenty przypisów historycznych Mickiewicza, charakteryzujących zakon krzyżacki, wyśpiewane ze sceny przez Giermka - cheerleaderkę.

Oprócz bohaterów zdarzeń po scenie uwija się narrator (notabene kapitalna rola), raz poważny i zaangażowany w zdarzenia, raz żartobliwy lub zdystansowany, nawiązuje kontakt z publicznością, opowiada, wyjaśnia, komentuje. Co pewien czas jego rolę przejmuje chór, którego obecność w przedstawieniu prowadzi wprawdzie do skojarzeń z tragedią starożytną, lecz wypełnia on zgoła odmienne zadanie niż ten z teatru greckiego, więc nazwanie go elementem antycznym w spektaklu byłoby raczej nadużyciem.

Zanim dojdzie do konfrontacji dwóch drużyn na boisku, inscenizator "puszcza do widzów oko" - z prezentacji zawodników wynika, że po stronie krzyżackiej zagrają m.in. byłe gwiazdy niemieckiego futbolu: Franz Beckenbauer i Gerd Muller, zaś po polskiej patron Tarnowskiego Teatru, Ludwik Solski. W ich osoby wcielają się statyści, którzy wraz z aktorami współtworzą przeciwne drużyny. Sam mecz przebiega żwawo i przypomina normalną sportową rywalizację, toteż nawet upadek śmiertelnie rannej Grażyny nie wypada zbyt przejmująco. Oczywiście pojawienie się czarnego rycerza, mimo nieporadnej gry rodzimego teamu, przechyla szalę zwycięstwa na stronę polską.

Radosław Rychcik nie pokusił się o pokazanie sceny pogrzebu tytułowej bohaterki i samobójczej śmierci Litawora, pozwala wybrzmieć w tej sprawie chórowi. W epilogu Stary Giermek w tonie poważnym odsłania nieznane widzowi kulisy zdarzeń, a całość wieńczy taneczny korowód do dźwięków Poloneza Ogińskiego.

Jak w tym wszystkim znaleźli się tarnowscy aktorzy? Różnie. Świetną rolę zagrał wspomniany Aleksander Fiałek, który jak wodzirej na balu wszystkie zdarzenia ma pod kontrolą, tu nadstawi ucha, tu dopowie, tam rzecz wyjaśni, a przy tym nawiązuje nić porozumienia z widzami. Trzeba wyróżnić Bogusławę Podstolską-Kras, która przejmująco podała trzynastozgłoskowy wiersz "Epilogu wydawcy". Charakterystyczne postaci strażników stworzyli Jerzy Pal i Tomasz Piasecki. Wcielający się w Litawora Tomasz Wiśniewski niezły, ale bez fajerwerków. Nieco blado wypadła Grażyna Dominiki Markuszewskiej, z tym że aktorka zrobiła, co mogła, z tą niepogłębioną literacko postacią. Niewiele też do zagrania miała Karolina Gibki jako Giermek - cheerleaderka, choć wyśpiewana przez nią charakterystyka Krzyżaków zasługuje na uznanie. Najsłabiej na scenie zaprezentował się Karol Śmiałek, który nadawał tekstowi zawrotną prędkość ze szkodą dla jego rozumienia. Natomiast niekwestionowaną zbiorową gwiazdą spektaklu byli wokaliści tworzący tarnowski chór Gos.pl pod kierownictwem Anny Podkościelnej-Cyz.

Można się oczywiście zastanawiać, jaki sens ma wpychanie w ramy współczesnej pop-kultury klasyki literackiej. Ale po co? Teatr, czy jak kto woli, sztuka teatralna, bazuje na różnych tekstach, a jej twórcy nie są zobligowani do jakiejś szczególnej czci wobec określonych dzieł literackich. Utwór niesie ideę, ale na scenie liczy się spójna koncepcja widowiska, wizja i pomysł reżyserski na jego prezentację. Tego akurat w "Grażynie" Radosława Rychcika nie zabrakło. Jest też współgrająca z reżyserskim zamysłem scenografia i fantastyczna muzyka braci Lisów, która rozbrzmiewa nie tylko w pieśniach chóru, ale na sposób filmowy towarzyszy w tle dialogom i monologom aktorskim.

Widowisko nie jest bez wad - przede wszystkim oryginalnością nie rzuca na kolana, bo reżyser poszedł przetartym szlakiem po własnych śladach. W jego trylogii romantycznej wypada najsłabiej, ale i literackiemu oryginałowi daleko do "Dziadów" czy "Balladyny", Niemniej spektakl ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Klasyka literacka w muzyczno - ludycznym przebraniu okazuje się znakomitą rozrywką, która ucieszy każdego.

Beata Stelmach-Kutrzuba
Temi
6 czerwca 2015

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia