Jak sroczka kaszkę ważyła

"Woyzeck" - reż. Mariusz Grzegorzek - Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

„Woyzeck" w adaptacji Mariusza Grzegorzka niepokoi, porusza. Spektakl atakuje widza oraz wymaga interakcji. Mamy wybór (tak jak bohaterowie sztuki): otworzyć się i wejść w grę zainicjowaną przez Grzegorzka lub jedynie podglądać „świat", wychylając się zza maski i domykając skrzętnie swoje ciemne zakamarki.

W przeciwieństwie do ciemnej tematyki sztuki, „biała" scenografia zaprojektowana przez reżysera, ukazuje oczom widzów kilkumetrowe ściany z prześcieradeł, obrusów, starych tkanin. W ich perspektywie aktorzy wydają się mali i zagubieni. Jest to zabieg mający na celu podkreślenie dramatyzmu postaci. Pierwsza scena, w której zza kotary wychodzi obłąkany Karolek (Grzegorz Grabowski) z dwoma butelkami na sznurku, zapowiada klimat wydarzeń mających się za chwilę rozegrać. W jego postaci zogniskowane jest całe szaleństwo, absurd, paranoja, osamotnienie i bezradność, i ta właśnie postać staje się swego rodzaju przewodnikiem po dramacie Grzegorzka. Jego powtarzana wielokrotnie wyliczanka o tym jak sroczka kaszkę ważyła pod koniec sztuki napawa poczuciem niepokoju i grozy, staje się wręcz nieznośna dla odbiorcy.

Historia prostego żołnierza Woyzecka skazanego na śmierć była pretekstem do ukazania dramatu człowieka coraz głębiej pogrążającego się w mroku – nie wiadomo tylko czy przez własne wybory,  presję społeczną, czy też interakcję z drugim – bliskim, człowiekiem. W roli tytułowej świetny Wiktor Loga-Skarczewski, plastyczny, przekonujący, samą mimiką potrafiący wyrazić tysiąc najróżniejszych odcieni bólu. Obserwując jego życie wydaje się, że wydarzenia rozgrywają się za niego. Ale Woyzeck wcale nie jest tylko nieszczęśliwą ofiarą eksperymentów szalonego Doktora (swoją drogą najmocniejsza chyba scena w spektaklu), kata-Kapitana czy niewiernej kochanki.

Grzegorzek podkreśla, że jego postacie to ludzie opuszczeni przez Boga, bezradni, bezbronni i przepełnieni lękiem. To przecież paniczne poszukiwanie szczęścia, bliskości, barwnych momentów popycha Marię do kolejnych zdrad. To poczucie niezrozumienia, niemożność wytłumaczenia sobie pewnych mechanizmów rządzących światem czyni z Woyzecka człowieka słabego, „nagiego", w końcu obłąkanego rządzą zemsty. Dostrzegamy w nim ogromną słabość do Marii: nie chce w niej widzieć „kurwy", kocha ją miłością szaleńczą. Dlatego też to właśnie klęska osobista po upodleniu przez Doktora i Kapitana przepełnia czarę goryczy i doprowadza do morderstwa, a potem samobójstwa. Znamienne są słowa obrony Woyzecka „Jestem tylko człowiekiem" – pozostawione już do indywidualnej interpretacji widza.

W całej tej przepełnionej szaleństwem i skrajnościami inscenizacji wyróżnia się scena śmierci kochanków – spokojna, skupiona, powolna. Symbolizuje ona pełną zgodę na śmierć bohaterów jako jedyną drogę wyzwolenia z paranoi i beznadziei.

Ważnymi „bohaterami" „Woyzecka" są muzyka i światło, podkreślające nastrój grozy, niepokoju oraz absurdu. Wyraziste obrazy, ciemność, jasność, błyski, ostre dźwięki drażnią zmysły, zwielokrotniają emocje, dręczą widza. Mariusz Grzegorzek łączy tu teatr z pogranicza naturalizmu, romantyzmu i ekspresjonizmu. Charakterystyczne dla „Woyzecka" są też skrajnie zestawiane sceny, np. Dorota Pomykała w roli Małgorzaty najpierw śpiewa lekką, rzewną piosenkę, a tuż potem opowiada historię osamotnionego ostatniego dziecka, dla którego słońce, księżyc i gwiazdy okazują się tylko atrapami. Spektakl boli. Boli postać Woyzecka. Ból metafizyczny siada publiczności na kolanach i wraz z upływającym czasem zaczyna coraz bardziej ciążyć, a kaszka sroczki mdli niemiłosiernie, zatruwa zmysły. O świetnie przekazanej sztuce i przeżywanej przez samych jej twórców świadczy postawa oklaskiwanych już aktorów – poważne twarze, wciąż pełne skupienia, jakby przedstawienie jeszcze nie dobiegło końca.

Monika Sobieraj-Mikulska
Dziennik Teatralny Kraków
5 maja 2014

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia