Jak sztuka uczy nas umierać?

"Dziś są moje urodziny" - reż. Tadeusz Kantor - Teatr Cricot 2 - 1991

My, sublokatorzy pokoju wyobraźni Tadeusza Kantora, my, których zaprosiłeś na swoje 75 urodziny, my, Biedna Dziewczyna, Twój autoportret, Cień, Sprzątaczka-wycieraczka podająca się za Historyka Sztuki, Matka, Ojciec wraz z jego nieodłączną jaźnią, Ksiądz, Maria Jarema, Jonasz Stern, Wsiewołod Meyerhold, Infantka Velazquez'a czyli obiekt zakazanej wyobraźni, Dr Klein-Jehowa, Roznosiciel gazet, Nosiwoda-żyd z Wielopola, Ambalaże z ich bogatym wnętrzem, Grabarze, Pomniki przeszłości, Postacie z historii (...), będąc pod wpływem sił o wiele mocniejszych niż nasze własne przybywamy, by spełnić wyznaczoną nam rolę. A oto czego nas nauczyłeś, wierni Twojemu geniuszowi, chcemy przekazywać światu... /Zespół teatru CRICOT 2

Przede wszystkim widz powinien pamiętać, że spektakl Dziś są moje urodziny jest ostatnim - niedokończonym zresztą - projektem Tadeusza Kantora. Dlatego też można go odbierać jako swoisty testament Artysty, to bezcenna pamiątka, którą przyszło nam otrzymać od Legendy Teatru.

Rejestracja spektaklu zaczyna się od ujęcia, na którym widać krzesło. Bynajmniej nie zwykłe. To na nim właśnie, w pierwotnym zamyśle, miał siedzieć Twórca i z niego dyrygować spektakl tak, jak czynił to w poprzednich przedstawieniach. Teraz widz może poczuć się poniekąd jak Kantor (oczywiście ze świadomością swojej małości w obliczu geniuszu Artysty) - obserwuje scenę, postaci i w milczeniu staje się częścią Planu. Czego symbolem jest owo krzesło? Jak mi się zdaje, to akcentowanie niemożności wypełnienia pustki, to uobecnianie Nieobecności (o, paradoksie!).

Przestrzeń sceniczna zdaje się być pracownią malarską - sztuka plastyczna była przecież bardzo bliska Kantorowi. Rzecz spektaklu dzieje się między trzema ramami i czwartą ścianą - publicznością (warto zwrócić uwagę na moment, kiedy na nagraniu ukazuje się widownia).

Można powiedzieć, że Dziś są moje urodziny to wspomnienie (czy raczej szereg wspomnień) Kantora i o Kantorze, o jego pracy - pojawiają się motywy, bohaterowie poprzednich spektakli Cricot 2. To także zakończenie etapu Teatru Śmierci - jakże symboliczne i wymowne. To artystyczny testament - czy Kantor antycypował nieuniknioną Ostateczność? - o tym świadczyć mogą dwie postaci: sobowtór, czyli Autoportret oraz Cień. Autoportret (w tej roli Andrzej Wełmiński) jest bez wątpienia do Kantora podobny - pewne gesty, ruchy są wykonywane perfekcyjnie (na przykład zasłanianie ust dłonią czy energiczne machanie rękoma). Wydaje mi się jednak, że przez to Nieobecność Twórcy jest jeszcze bardziej odczuwalna.

Przywołani zostają drodzy nieobecni - Wuj Stasio, Ojciec oraz Matka, zarazem wymiar samego Kantora staje się nie do końca jasny - jak określić jego stan Obecności, czy należy on do tych nieistniejących już, czy może tak długo, jak trwać będzie spektakl, Artysta będzie obecny? Są też postaci teraźniejsze, ukazują się na scenie, a jednak zdają się abstrakcyjni, to na przykład Infantka - kobieta z obrazu Diego Velazqueza, Sprzątaczka-wycieraczka podająca się za krytyka czy Biedna dziewczyna. Kantor nawiązuje także do ofiar i świadków wojennego bestialstwa - pojawia się między innymi uzdrawiający doktor Klein-Jehowy, Roznosiciel gazet, który informuje o rozpoczęciu Wielkiej Wojny, oraz Nosiwoda z Wielopola, tworzy się także charakterystyczny dla kantorowskiej scenicznej plastyczności krąg (nieco apokaliptyczny w moim odczuciu - poniekąd jak i cały spektakl) szpitalnych pacjentów-inwalidów. Nie braknie także groteskowego elementu tych podróży osobowości - do pracowni wdzierają się Ludzie Władzy, którzy bez wątpienia są uosobieniem terroru i bezwzględności - atakują sam Autoportret i cieszą się z bestialskiego triumfu. Przywołani zostają także przyjaciele Artysty, na przykład Maria Jarema. Na scenie tworzy się szczególny przekrój doświadczeń Kantora - nie bez powodu postaci same siebie nazywają sublokatorami pokoju wyobraźni Tadeusza Kantora. Koniec spektaklu to korowód Domowników i Rodziny, który podąża za deską stołu niesioną między innymi przez Grabarza oraz Autoportret, a zarazem do złudzenia przypominającą trumnę - Ktoś umiera.

Czy można mieć wrażenie, że uczestniczymy w pogrzebie Kantora? Moim zdaniem bez wątpienia. Jednak nie jest to zwykły pogrzeb - to oczywiste. To pogrzeb artystyczny, teatralny, nieco przerażający, a zarazem ekstatyczny. Pogrzeb-spektakl, jednorazowy rytuał - na miarę geniuszu i niemożliwości Tadeusza Kantora.
Pisząc tę recenzję, mam w pamięci swoją nie tak dawną wizytę w krakowskiej Cricotece. Jednym z obiektów jest właśnie rama i stojące za nią krzesło Artysty, na którym nie było mu dane rozpocząć premiery w 1990 roku. Metafizycznym jest móc patrzeć na uobecnienie Nieobecności.

Owo spojrzenie trwa i trwa, jak gdyby nigdy nie miało się skończyć - człowiek zresztą nie chce końca. A jednak pozostaje bezbronny.

Aleksandra Górecka
Dziennik Teatralny Warszawa
17 sierpnia 2020
Portrety
Tadeusz Kantor

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia