Jak szybko mija czas, gdy dobrze się bawimy

"Boże mój!" - reż. Andrzej Seweryn - Krakowski Teatr Scena STU

Na sztukę „Boże mój" Anat Gov, w przekładzie Agnieszki Olek, wyreżyserowaną przez Andrzeja Seweryna, wybrałam się z pełnym przekonaniem, że spełni moje oczekiwania. Nie tylko dlatego, że Scena STU jak dotąd nigdy mnie nie zawiodła, ale przede wszystkim ze względu na krótkie streszczenie spektaklu, które pojawiło się w jego zapowiedzi na stronie Teatru.

Wspomniane streszczenie wyraźnie sugeruje, że spektakl będzie dialogiem człowieka ze Stwórcą, a zarysowane okoliczności tego dyskursu wskazują, że będzie on specyficzny. Nie jestem znawcą ani literatury, ani kultury żydowskiej, niemniej jednak, przy okazji różnych lektur, miałam okazję zetknąć się kilkakrotnie z dialogiem człowieka (Żyda) z Bogiem i szczerze podziwiać sposób prowadzenia tej rozmowy, a jednocześnie sposób traktowania Stwórcy w kulturze judaistycznej łączący w sobie szacunek z domaganiem się odpowiedzi na stawiane pytania, obroną własnych racji, próbami zrozumienia czy pojęcia tego, co w gruncie rzeczy jest poza zasięgiem możliwości ludzkiej myśli. A biorąc pod uwagę, że dyskurs prowadzą osoby, miedzy którymi podobieństwo jest jednak mocno dyskusyjne, podobnie jak rzeczywiste zrozumienie i porozumienie między nimi, na ogół okraszony jest też dawką zdrowego i subtelnego humoru dobrze działającego na czytelnika, słuchacza czy widza.
I rzeczywiście. Anat Gov stworzyła dramat, który jest doskonałą realizacją tej konwencji. Cały spektakl balansuje na granicy tragedii i komedii, przechylając się raz w jedną, raz w drugą stronę. Autorka ustami swych bohaterów dowcipnie i bezpośrednio zadaje pytania, nurtujące ludzi od stuleci. O uczucia Boga podczas aktu tworzenia, o przyczynę pojawienia się na Ziemi rodzaju ludzkiego, o brutalność czy bezduszność, która według ludzi pojawia się w stosunku Boga do nich po wygnaniu z raju, o samo wygnanie i... o boskie frustracje.

Andrzej Seweryn zadbał o to, by jego sceniczna wizja dramatu izraelskiej pisarki skupiła uwagę widzów na aktorach. Inscenizacja jest bardzo oszczędna. Niewielka scena to pokój w prywatnym mieszkaniu Elli (Maria Seweryn), psychoterapeutki specjalizującej się w pomaganiu dzieciom mającym trudności z nauką. W tym pokoju znajduje się niewielki stolik i dwa fotele w spokojnej beżowej tonacji. Ściana z drzwiami do mieszkania jest biała, po obu stronach wejścia wiszą na niej dwa monochromatyczne obrazy. Jeden przedstawia tłum szaro-czarnych postaci, drugi popiersie mężczyzny w prochowcu i w kapeluszu z podpisem 'Bóg Ojciec'. Pod pierwszym umieszczone są wieszaki, na których zawiesić można płaszcz, pod drugim stoi obraz kwiatów, w pastelowych odcieniach czerwieni, namalowanych przez autystycznego syna Elli. Jest to jeden z dwóch ożywiających wnętrze elementów. Drugim jest intensywnie żółty strój chłopca (Jakub Suwiński), będący na tyle silnym akcentem kolorystycznym na tle spokojnej scenografii, że przyciąga uwagę widza, ale jednocześnie wpasowany jest też w barwy salonu, w którym dzieje się akcja widowiska. Na jednym z balkonów umieszczonych na tyłach sceny znajduje się drugi pokój, w którym podczas wizyty tajemniczego pana B. przebywa autystyczny syn Elli z Miriam. Tak oszczędna i spokojna kolorystycznie, a przy tym niemal doskonale symetryczna scenografia dobrze zestrojona z kostiumami aktorów (scenografia i kostiumy Małgorzata Iwaniuk, Aleksandra Starzyńska), nie rozprasza widzów. Ich uwaga skupiona jest na trzech, a przez większą część widowiska na dwóch postaciach i ich rozmowach. Szybko okazuje się, że balansowanie na granicy dwóch opozycyjnych odmian dramatu sankcjonowane jest nie tylko przez kulturę, ale też przez główny problem, wyłaniający się z relacji całej trójki. Jest nim cierpienie wywołane głęboko skrywaną, ciągle przeżywaną od nowa traumą, próby jego rozpoznania i oswojenia.

W toku akcji dramatu powoli odsłaniają się osobowość, żal i determinacja obu dialogujących postaci, a widz odkrywa nie tylko to, że mimo sporej dawki humoru na jego oczach odkrywany jest dramat, toczący się od wielu lat, determinujący sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości przez adwersarzy, ale też to, że każde z nich na swój sposób, jedno na miarę ludzką, drugie boską, szuka rozwiązania i pomocy.

Anat Gov udała się rzecz trudna. Pokazała, w sposób lekki, przyjemny dla odbiorcy, bez trywializowania, ale i bez patetyczności, że teza, iż człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, ma też drugie dno. Bo skoro człowiek jest istotą tak niedoskonałą, czego cały dialog z panem B. jest dowodem, to jak może być doskonały jego pierwowzór. Otóż nie może i nie jest. Stwórca, który zjawia się u Elli, jest w gruncie rzeczy bytem złamanym i zdesperowanym, pragnącym śmierci. Ma przy tym świadomość tego, co w toku analizy i wnioskowania z przerażeniem uświadamia sobie, a przy okazji widzom Ella. Mianowicie, że śmierć istoty żyjącej wyłącznie w umysłach ludzi jest tożsama z tym, że muszą zginąć wszyscy, którzy w nią wierzą. Konieczność definitywnego zniszczenia rodzaju ludzkiego, potomstwa 'przyjaciela' (tak pan B. określa Adama), budzi jego wewnętrzny opór. Dlatego właśnie zjawia się w mieszkaniu Elli po uprzednim telefonie. Bo jak mówi: „Może uda ci się mnie przekonać" do zmiany podjętej decyzji. I jest do tego 'może' bardzo przekonany mimo trzeźwej argumentacji kobiety, że to całkowity absurd, bo jak Biblia długa taki cud się nigdy mnie zdarzył, by z powodu ludzkich przekonań Bóg zmienił swoje zdanie i raz powziętą decyzję, więc jakie jest prawdopodobieństwo, że akurat jej, niemal ateistce, uda się tę zmianę osiągnąć. No właśnie, niemal, bo i to okazuje się złudzeniem, co bezlitośnie uświadamia jej adwersarz. Bo przecież nie można tak szczerze nienawidzić kogoś, kto nie istnieje i nie chcieć spotkać w ciemnej ulicy kogoś, w kogo się nie wierzy.

Ten izraelski dramat przeniesiony przez Andrzeja Seweryna na deski teatru jest odmienną wersją odpowiedzi na pytanie postawione też przez Dukaja w „Innych pieśniach". Tam rzecz dotyczy tego, czy możliwa jest miłość miedzy człowiekiem i bogiem. Dodajmy miłość w czysto ludzkim rozumieniu. U Dukaja odpowiedź jest negatywna i wyrażona wprost. U Gov jest znacznie bardziej złożona i niejednoznaczna, ale też poszukująca, niewykluczająca i próbująca jeśli nie zrozumienia adwersarza, to z pewnością udzielenia pomocy, wsparcia, wskazania drogi, na której można znaleźć ukojenie i sens egzystencji. Ella nie przekonuje Boga, że jego plan zniszczenia ludzkości jest zły. Ona opowiada o tym, jak po pierwszym buncie i odrzuceniu autystycznego syna zaczyna dostrzegać, oprócz żalu, zmęczenia, troski i wielu innych emocji także fakt, że to dziecko jest dla niej darem, dzięki któremu otrzymała coś, czego żadne inne dziecko nie byłoby w stanie jej dać. Muzykę graną tylko dla niej, świat zbudowany tylko na relacji łączącej ich dwoje, porozumienie, które cieszy i jest przynajmniej czasem skuteczne. I wiarę, silną i dającą siłę do przeżywania każdego kolejnego dnia, do dostrzegania piękna i szczęścia w każdym uśmiechu syna i w każdym dźwięku tworzonej przez niego muzyki. Wiarę w to, że kiedyś nastąpi cud, że usłyszy z jego ust 'mama' mimo, że jak mówi Bóg, wszyscy wokół twierdzą, że to niemożliwe i że to się nigdy nie stanie. A ona jednak, mimo wszystko albo właśnie dlatego, wierzy.

W scenicznej realizacji dramatu balansowanie między śmiechem a powagą jest bardzo subtelne i poniekąd paradoksalnie odczuwane i dające się obserwować dzięki reakcjom widowni. Bo to przez nią – jak ożywczy dreszcz – przechodzi fala zdrowego śmiechu na początku sztuki, gdy pada jedno z pierwszych pytań, o matkę pana B. Ale Bóg przecież matki nie ma, więc Ella komentuje z trzeźwością rasowej psycholożki: „To na kogo zrzucimy winę za to jaki jesteś?". Podobną reakcję kilkakrotnie wywołuje tytułowa fraza wypowiadana przez Ellę nieświadomie, niemal automatycznie i budząca natychmiastową reakcję adwersarza. „Boże mój" to wezwanie wywołujące pytanie: „Tak?" i zaproszenie do rozmowy. To nastawienie na słuchacza wpisane w boską kondycję. Gdy pada ono na scenie po raz trzeci czy czwarty – śmiechu widowni już nie słychać. Bo gdy okazuje się, że dwa i pół tysiąca lat wcześniej Stwórca zamknął się w sobie przerażony nie oskarżeniami i działaniami ludzi w jego imieniu, ale własną myślą, że jest zły, wywołaną sprawdzaniem, czy Hiob rzeczywiście go kocha i przekonaniem, że nigdy mu do końca nie wybaczył zesłanych na jego dom nieszczęść, do widzów dociera, że reakcja Boga jest bardzo ludzka i bardzo dramatyczna, że mimo różnic w pojmowaniu czasu („Dwa i pół tysiąca lat temu wszystko się zaczęło, a Ty dopiero teraz przychodzisz na terapię?", „Wiesz, że według badań naukowych miedzy Twoim piątym dniem stworzenia a szóstym, gdy pojawił się człowiek minęło jakieś piętnaście miliardów lat?", „No patrz, jak szybko mija czas, gdy dobrze się bawimy") dramat Boga tak ludzki w swej istocie jest w gruncie rzeczy znacznie większy, bo on nie ma na kogo zrzucić winy, bo nie może się ani nią podzielić, ani o niej podyskutować, poszukać z kimś rozwiązania problemu, ani się poskarżyć. Jako istota najwyższa, wszechmocna, nieśmiertelna jest absolutnie sam. Dlatego Ella proponuje mu przytulenie. Ten jeden jedyny raz. Bo ten najprostszy, ale też chyba najbardziej serdeczny gest wyraża wsparcie, daje oparcie i przekonanie, że człowiek nie jest sam, że obok jest ktoś gotowy wysłuchać, poradzić, wesprzeć, a tym samym dać siłę do dalszej walki, sporów, porad etc. I Bóg odzyskuje moc. Odzyskuje wiarę we własne możliwości, słuszność decyzji, wolę działania. Dokonuje niewielkiego cudu uwalniając z obrazu autystycznego chłopca kielich kwiatu lewitujący w pomieszczeniu, gdzie toczyła się rozmowa, a gdy odchodzi padają gromy z nieba, na deskach sceny widać kręgi sugerujące spadające krople deszczu (żółte, idealnie wpisane w kolorystykę wyposażenia wnętrza), a chłopiec, który przez kilkanaście lat swego autystycznego życia nie wypowiedział ani słowa, dwukrotnie powtarza sylabę budującą wymarzone przez terapeutkę słowo: „ma – ma".

Spektakl jest świetny i potwierdziły to owacje na stojąco po jego zakończeniu. I przyznać trzeba, że to nie tylko zasługa dramatu Anat Gov i reżyserii Andrzeja Seweryna, ale także bardzo dobrej kreacji postaci dogłębnie i precyzyjnie przez aktorów przemyślanych. Duet Maria Seweryn (Ella) i Krzysztof Pluskota (pan B./Bóg) doskonale wczuł się w przypisane im role. Aktorzy byli tak naturalni w swoich kreacjach i tak precyzyjnie dawkowali śmiech i dramatyzm swoich postaci, że wspominany już przeze mnie balans między śmiechem a głęboką refleksją i dramatyzmem w żadnym momencie się nie zachwiał, zachowując specyficzną płynną równowagę, tym samym zmuszając niejako widzów do postawienia sobie fundamentalnych pytań o sens istnienia, rolę człowieka w życiu innych i jego działania na rzecz świata, o wiarę, boskość, człowieczeństwo, ale też władzę, siłę, odpowiedzialność, miłość. W ujęciu autorki i reżysera przypisanie Absolutowi cech ludzkich nie tylko go uczłowiecza, zbliża do dzieła, które stworzył, ale też człowiekowi pozwala przyjąć i przynajmniej spróbować zrozumieć zarówno swój ból i cierpienie, jak również rozterki, pragnienia, niepewność i cierpienie odczuwane przez jaźń nie mającą możliwości konfrontacji z kimś równym sobie.

Specjalne wyrazy uznania należą się też Jakubowi Suwińskiemu za przekonującą kreację postaci autystycznego nastolatka, zwracającego uwagę na siebie w tych momentach sztuki, w których było to istotne dla dobrego odbioru widowiska. Młody aktor przekonująco grał całym sobą, uzyskując zamierzony przez reżysera efekt. Kierował uwagę widzów w odpowiednie rejony uświadamiając odbiorcom targające panem B. silne, ale głęboko skrywane i świetnie maskowane emocje, co biorąc pod uwagę fakt, że w całej sztuce chłopiec wypowiada zaledwie jedną dwukrotnie powtórzoną sylabę, wzbudziło moje uznanie.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
6 maja 2019
Portrety
Andrzej Seweryn

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia