Jaka piękna zagłada

"Jajo węża" - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Jeden z filmów Ingmara Bergmana nosi tytuł ,,Z życia marionetek". Ta intytulacja mogłaby się odnieść właściwie do każdej produkcji tego reżysera. Kino Szweda ma w sobie coś z Artaudowskiego ,,teatru okrucieństwa". Bohaterowie ,,Persony", ,,Fanny i Alexandra" czy ,,Scen z życia małżeńskiego" zostają ukazani jako jednostki zależne od jakiegoś fatum. Dochodzi u Bergmana do zderzenia indywiduum z czynnikami zewnętrznymi: biologią, historią, społeczeństwem. Tworzy się w ten sposób przeciwieństwo, które staje się zasadą naszego człowieczeństwa.

Spektakl Bogajewskiej wyrasta z tego dysonansu. Reżyserka łączy konwencję bergmanowskiego pesymizmu z jarmarcznością. Stanowi to nawiązanie do średniowiecznych fars, gdzie fasada śmiechu miała pomóc ludziom w radzeniu sobie z lękiem przed śmiercią. Oczom widzów ukazuje się trupa wędrownych błaznów, ciągnąca za sobą wóz z umieszczoną na nim sceną pudełkową. Charakterystyczna cyrkowa muzyka towarzyszy korowodowi już od samego wejścia. Potem pojawia się jedynie jako intermedium dla poszczególnych odsłon.

Akcja tego spektaklu nie dzieje się w Niemczech ubiegłego wieku. Abel Rosenberg (Michał Staszczak) jest zupełnie zdezorientowany tym, co dzieje się dookoła niego. Jako jedyny, nie ma on klaunowskiego makijażu. Jego czarny strój kontrastuje z feerią barw kostiumów błaznów. Grupie prześmiewców przewodzi tajemnicza Szefowa (Milena Lisiecka). Rzuca ona w stronę mężczyzny słowa: ,,możemy zagrać ci twoje życie". Od tego momentu dopiero zaczyna się akcja Bergmanowskiego scenariusza. Bogajewska odwołuje się do formuły ,,teatru w teatrze". Wspomniane średniowieczne tradycje nie są tu bez znaczenia. Tylko że współczesnemu widzowi nie będzie dane ukryć się za blankami beztroskiego śmiechu.

Błazen pełni w tym spektaklu wszystkie przypisane mu kulturowe role. Cechują go zarówno pomysłowość Arlekina, szaleństwo Jokera, jak i trzeźwość Stańczyka. Każdy z aktorów oprócz protagonisty nosi biały makijaż. Powoduje to częściowe zlanie się tożsamości całej grupy w jedną osobowość. Nie ma tak naprawdę znaczenia, kto będzie grał Księdza czy Maksa. Spod masek przebijają indywidualne cechy i umiejętności, ale jest z tym, jak z tytułowym jajem węża. Spektakl może mówić o szwach, jakie tworzą teatr. O nierealności sztuki scenicznej, która jednak jest przecież jedyną sztuką ,,żywą", nigdy nieukończoną. Aktorzy zachowują się jak małpy, skaczą i się wygłupiają. Dzieje się tak choćby w scenie czytania wiadomości z gazety. Poruszają się jak nakręcane lalki, gdy mechanizują swoje gesty w poszczególnych antraktach. Czy farbki na twarzach grających nie przypominają facjaty Śmierci z ,,Siódmej pieczęci"? Psychoza czasów Niemiec Weimarskich znajduje swoje odbicie w nakręcającej się spirali groteski i oniryzmu.

Kontekst polityczny tekstu nie pozostaje bez znaczenia. W pewnych momentach wysuwa się nawet na pierwszy plan. Przyjęta formuła widowiska nie ma na celu (na szczęście) odsłonięcia tylko reguł, jakimi rządzi się teatr. Pozwala ona też na laboratoryjną wręcz analizę mechanizmów, według których działa polityka. Jest to zapewne odniesienie do okrutnych metod, jakimi posługuje się filmowy doktor Vergerus Niemcy lat 20. zostają przedstawione jako świat na krawędzi upadku. Ludzie żyją w cieniu kryzysu, nędzy i powszechnej degrengolady. Analogie do naszych czasów zdają się być wyraźnie widoczne. Koncepcja rozwoju i równości wszystkich przegrywa z twardą rzeczywistością. Jako skutek tego rodzą się różne ekstremizmy, które mają naprawić sytuację. W ,,Jaju węża" takim punktem odniesienia staje się pucz hitlerowski w Monachium.

Ale to nie krytyka Hitlera czy innych zbrodniarzy jest tutaj głównym celem. Bogajewska powtarza za Bergmanem: żaden fanatyk nie dochodzi legalnie do władzy, jeśli nie pozwoli mu na to społeczeństwo. ,,Jajo" uderza przede wszystkim w wady tzw. ,,wolności". Demokracja zawiodła Niemców. Abel, podobnie jak inni, pogrąża się coraz bardziej. Gardzi sam sobą jako Żydem. Błazny dookoła niego nękają go. Komisarz Bauer (Andrzej Wichrowski) występuje jako obrońca sprawiedliwości. Jest jednak świadom, że to pojęcie zostało zrelatywizowane. Jego zachowanie w stosunku do Rosenberga cechuje arogancja. Frau Holle (Izabela Noszczyk) jest przykutą do krzesła staruszką. Potrafi jednak pokazać iście wampirze zęby i wysysać z ludzi emocje i pieniądze. Żyd zostaje zmuszony do oglądania trupów, niczym dzisiejszy widz do krwawych obrazów pokazywanych w szkiełku telewizora. Kryzys wiary zostaje przedstawiony podobnie jak w ,,Gościach wieczerzy Pańskiej". Ksiądz pozostaje głuchy na wołania Manueli (Katarzyna Cynke).

Abel poddaje się biernie prądowi Historii. Wyśmiewany i poniżany szuka pocieszenia w rozpuście. Orgia kończy się jednak aktem agresji ze strony Rosenberga. Mężczyzna niczym K. dobrowolnie poddaje się karze, którą jest pomalowanie twarzy. Abel staje się takim samym bezwolnym błaznem jak inni. Szefowa porusza kolegami z zespołu jak marionetkami. Aktorzy powtarzają jej gesty. Nawet gdy chcą zrobić coś samodzielnie, zostają utemperowani przez protagonistkę. Bogajewska pyta o naszą niezależność. Przestrzega przed wolnością, która oznacza tylko samowolkę. Przypomina, że równość zbyt łatwo przeradza się w unifikację. Władze Republiki Weimarskiej, które uosabia Bauer, pozwalają Ablowi dalej żyć. Jest przecież kolorowo - na scenie pojawiają się wielokolorowe wstążeczki i baloniki. Społeczeństwo zostaje wtrącone w letarg samozadowolenia i egoizmu. Hitler ponosi klęskę w Monachium, ale przecież my znamy epilog tych wydarzeń. W tym kontekście ,,Jajo węża" jest groźnym memento. Eksperymenty Vergerusa (Mariusz Jakus) nie zostaną przecież zapomniane. Nawet dziś, gdy w ramach in vitro usuwa się ,,wadliwe" zarodki, pojawia się problem ,,hodowli" człowieka idealnego.

Przy okazji uwidacznia się kolejna warstwa interpretacyjna spektaklu. Manuela przeżywa odwrotny do Abla proces. Gdy on staje się błaznem, jej maska stopniowo ściera się. Czyżby jedyną drogą do wolności było cierpienie? I to zarówno fizyczne, jak i to wynikające z braku międzyludzkiej komunikacji. Pozostając przy kontekście egzystencjalnym, możemy przyjąć, że Szefowa jest po prostu Bogiem. Topos świata-teatru zadaje pytania o naszą wolną wolę.

Rola Michała Staszczaka nacechowana jest dysonansami. Aktor pokazuje histerię swojej postaci przez operowanie na przemian krzykiem i wyciszeniem. Sprawdza się to w scenach z Manuelą, a także przy sekwencjach zbiorowych. Wtedy właśnie nagłe chwile ekspresji akcentują szaleństwo Abla. Na dłuższą metę skutkuje to monotonią. Katarzyna Cynke prowadzi wspomnianą Manuelę znacznie subtelniej. Aktorka stopniuje nastroje swojej postaci. Najpierw jest spokojna, pełna godności, potem zaczyna nabierać barw tragicznych. Troska przechodzi w nadopiekuńczość, zaś miłość w paniczną tęsknotę. Trudno powiedzieć coś o pozostałych aktorach. Nie składam tego jednak na karb braku umiejętności. Przyjęta konwencja z założenia miała pozbawić poszczególne postaci cech indywidualnych. Dlatego też łódzcy aktorzy radzą sobie o wiele lepiej w graniu zespołowym, na co ma wpływ choreografia autorstwa Jacka Wazelina.

Nie obyło się bez kilku potknięć. Na scenie pojawia się zaledwie parę dekoracji i rekwizytów. Rytm spektaklu przypomina sinusoidę. Dynamika scen zbiorowych stoi w kontraście ze statycznością części partii dialogowych. Dlatego też niektóre sekwencje zlewają się w jedną całość. Także światła nie ogarniają do końca przedstawionej przestrzeni. Gdy Justyna Łagowska dąży do wyciemnienia, zbyt duża część sceny pozostaje wyraźnie widoczna. Z jednej strony szuka się tu kameralności. Z drugiej samo przedsięwzięcie nie pozwala na taką intymność. Użyte środki nie dają okazji do narracji spokojnej i wyciszonej. Ten kontrast wpływa ujemnie na odbiór spektaklu.

Łódzkie ,,Jajo węża" pozwala na różne interpretacje. Publicystyka łączy się w nim z filozofią, polityką, jak i teorią teatru. Spektakl Bogajewskiej stanowi przede wszystkim ostrzeżenie. Wolność nie jest ograniczana wyłącznie przez lufy karabinów. Znacznie skuteczniej działa karmienie iluzjami, niczym w piosence duetu Meyer/Rotter (,,Ilusionen"). Warto zmierzyć się z tą sugestywną reżyserską wizją. Kultura kocha wizje końca świata. Von Trier w ,,Melancholii" przedstawił obraz zderzenia Ziemi z inną planetą. Tarkowski w ,,Ofiarowaniu" sięgnął po motyw nuklearnej apokalipsy. Bogajewskiej nie interesuje tego rodzaju katastrofizm. U niej świat może zginąć wśród pustego, zużytego śmiechu maszyn przybierających tylko maski ludzi.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
21 grudnia 2012

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...