Jakoś się otrząsnąłem

Rozmowa z Maciejem Stuhrem

Widać teatr Warlikowskiego uderza w moje czułe struny. I te tłumione na co dzień łzy się uruchamiają. Ale gdy zdarza się coś pięknego albo dziwnego, nie chcę tego analizować. Niech wisi nad tym mgiełka tajemnicy, tak wolę - mówi Maciej Stuhr, aktor Nowego Teatru w Warszawie. Czas już być facetem, a nie chłopcem - mówi Maciej Stuhr. Właśnie przekroczył czterdziestkę. I bardzo go ciekawi, co czeka za zakrętem. Bo mimo że dostał parę bolesnych razów, uważa, że życie jest dla niego łaskawe. Wyobraźnia wyrywa mu się teraz w nowe strony. Może sam napisze książkę? Może jeszcze raz zostanie tatą?

Sezon na Stuhra otwarty. Do kin wchodzą "Listy do M. 2". Chwilę później znakomity film Janusza Majewskiego "Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy", a potem "Planeta singli" - Maciej w obu gra role główne. Na Słowacji w międzyczasie wcielił się w kultowego tam Czerwonego kapitana, bohatera z bestsellerowych kryminałów. A Canal+ kręci serial "Belfer", w którym Stuhr gra rolę tytułową. Praca lekiem na całe zło? Ostatni czas prywatnie nie był dla aktora dobry. Rozwód na oczach całej Polski, po tym jak żona związała się z innym mężczyzną. Do tego tłumaczenie się z niefortunnych wypowiedzi przy okazji filmu "Pokłosie". Ale kiedy czytam książkę "Stuhrmówka" (wywiad rzeka przeprowadzony przez Beatę Nowicką), mam wrażenie, że zdążył już po tych przeżyciach okrzepnąć. A nawet, jak sam mówi, pozwala sobie na "tymczasowe nazywanie swoich stanów szczęściem". W książce jest sto procent Stuhra w Stuhrze: błyskotliwość, ale i skromność. Krakowski sznyt i warlikowska odwaga. Dystans do siebie i urocze językowe figle.

Joanna Nojszewska: Dzień dobry, panie Szaćku Mturze.

Maciej Stuhr: (uśmiech) Wiem, do czego pani pije.

TS: Muszę przyznać, że anegdota o tym, jak na planie "Testosteronu" zabawiali się panowie, zamieniając pierwsze litery imion i nazwisk, jest w książce moją ulubioną. Zaciek Makościelny, Szorys Byc, Komek Tarolak, Ganusz Jajos... Pan chybi lubi takie igraszki.

MS: Bardzo. Ale ten rodzaj zabawy ma dwa końce. Z jednej strony traktuję to jak dar. Sposób, żeby się pocieszyć, nawet gdy nie ma z czego, i żeby samemu sobie się nie nudzić. Ale czasem takie wykrzywianie rzeczywistości bywa ciężarem. Trudno się uwolnić. Słyszę, jak piosenkarz śpiewa: "pokaż, na co cię stać", i zaraz myślę: a co to za pan Nacot, który pokazuje "stać"?

TS: Mówiąc bardziej serio, pana książka jest dla mnie przede wszystkim opowieścią o pierwszych razach.

MS: Może to i dobry trop. To, co mnie spotyka po raz setny, raczej mnie nie rozwija. Dlatego staram się odnajdywać w życiu "pierwsze razy". Twarz mi się wtedy uśmiecha. Kręcę teraz serial. Przez lata na planie byłem jednym z najmłodszych w ekipie. A tu nie dość, że jestem jednym z najstarszych, to jeszcze ponad połowa ekipy jest dwa razy ode mnie młodsza, bo gram nauczyciela. Pierwszy raz w życiu mam filmową córkę, która jest dorosła. Lubię łapać takie chwile i zastanawiać się, jak ta sytuacja wpływa na moje życie. Myślę: świetnie, jeszcze nie zgorzkniałem. Mam wyzwanie: jak się sprawdzę?

TS: Chciałabym te pierwsze razy z dzieciństwa, o których mowa w książce, skonfrontować z pana podejściem do życia teraz.

MS: Ciekawe, spróbujmy.

TS: "Idę z pokoju do kuchni w naszym peerelowskim mieszkanku i jest piętnasta trzydzieści. Pomyślałem wtedy, jak szybko mija czas".

MS: Mogłem mieć z pięć lat. Nie wiem, dlaczego tak mocno zapamiętałem tak w sumie nieznaczący moment. Ale prawdopodobnie wtedy narodziła się moja pierwsza refleksja o przemijaniu (uśmiech).

TS: 35 lat później to przemijanie stresuje pana mocno czy tylko trochę?

MS: Ostatnio złapałem się na tym, że uważam płytę "Cafe Sułtan" Grzegorza Turnaua za jedną z jego najnowszych. A ona ma już 11 lat! Z drugiej strony, jeśli zacząłem słuchać Turnaua w '94 roku, to z tej perspektywy "Sułtan" to nówka sztuka. W takich chwilach czuję, że czas leci. Ale poważnie: na pewno nie martwi mnie mój wiek. Nawet się z tego cieszę, że nie jestem młodzieniaszkiem i nie gram już chłoptasiów, tylko poważnych facetów. Moje patrzenie jest wciąż do przodu. I mam takie przypuszczenie - być może nietrafne (uśmiech) - że jako 40-latek jestem fajniejszym człowiekiem, niż byłem kilka lat temu.

TS: Dlaczego?

MS: Bo w porę wychwyciłem to, co ważne, na czym chcę się skupić, czego unikać i jak żyć bardziej w zgodzie ze sobą.

TS: A co jest ważne?

MS: Rozmawiamy u schyłku 2015 roku, który w pracy był dla mnie jednym z trudniejszych. To, ile wziąłem na sztangę, przeszło granice przyzwoitości i zajęło 99 procent mojego czasu. Musiałem nawet na chwilę rozstać się ze sportem. Nic chcę się skarżyć, bo pracę aktora trudno porównać z pracą górnika. Ale na planie spędza się nie 8, ale 12 godzin, a niedawno zdarzyło nam się 19. Kiedy te dni się kumulują, zaczynam żyć w alternatywnym świecie. I już wiem, że nie chcę się zaharowywać. Rezerwuję w kalendarzu czas, żeby się życiem pocieszyć.

TS: A propos pracy: w książce opowiada pan, że pierwsze pieniądze zarobił, oddając do skupu butelki po herbavicie.

MS: Ciemnobrązowa butelka z przaśną etykietą. Kaucja sześć złotych. A po wódce - dziesięć. Bardziej więc opłacało mi się, kiedy rodzice mieli gości. Ten herbavit zrobił w mojej rodzinie jakąś furorę. Do dziś amerykańska ciocia, siostra mamy, kiedy przyjeżdża do Polski, pyta: Maciuś, napiłbyś się herbavitu? To aluzja do mojego tekstu z czasów, kiedy miałem sześć lat. Towarzyska okazja, wszyscy prawdopodobnie piją alkohol, a ja jak zwykle siedzę w kuchni na koszu na śmieci i nagle ni stąd, ni zowąd wygłaszam zdanie: "napiłbym się herbavitu". Widzi pani, kiedy dziś to opowiadam, nie ma takiej siły. Czasem nas coś rozśmieszy i przechodzi do legendy, ale jak człowiek do tego wraca w warstwie faktograficznej, to tam nic nie ma. Coś się ulotniło. Swoją drogą to też ciekawy mechanizm...

TS: Napiłby się pan dziś herbavitu?

MS: Jako dziecko wolałem colę. Jeździłem z dziadkami do Zakopanego i tam dziadek zabierał nas do hotelu Giewont na obiad. Kiedyś spytałem, czy mógłbym do tego obiadu dostać co-ca-coli. A pan kelner z wyższością odparł: cola to jest w Warszawie, tu jest pepsi!

TS: Ładne! Wracając do skupu butelek. Czy syn znanego aktora naprawdę musiał w ten sposób ciułać grosiki?

MS: Rodzice ani nie byli krezusami, ani nie chcieli nas rozpuszczać. Nawet kieszonkowe musiało być formą małego zarobkowania. Kiedy jeździliśmy do Włoch, miałem dyżury przy praniu bielizny. Pamiętam swój tekst przy którejś tam parze skarpetek: "no, już uprałem 500 lirów".

TS: Pytanie o herbavit, które wywołało tyle anegdot - niektórych nawet nie ma w książce, doceniam - miało być wstępem do tego, jak pan podchodzi do pieniędzy. Kiedy jako aktor poczuł pan, że finansowo osiągnął "wysokość przelotową"?

MS: Pamiętam dzień, kiedy jako dziecko wszystkie te drobniaki ze skupu wymieniłem na banknot. Pięćdziesiąt złotych ze Świerczewskim. Trzymając go, myślałem, że jestem Rockefellerem. Już nigdy potem nie miałem takiego uczucia wobec żadnej zarobionej kwoty. Nawet gdy podpisałem duży kontrakt reklamowy, mówiłem sobie: nie daj się zwariować. Poza tym w filmie kwestie zarobkowe były u mnie na drugim planie, bo przez cale lata miałem furtkę pod tytułem "konferansjerka". A ona przynosiła bardzo godziwe pieniądze. Mogę więc bez większego fałszu powiedzieć, że nie przyjmowałem ról ze względu na zarobki. Raczej starałem się trzymać kryterium: nie gram w filmie, którego sam bym nie chciał oglądać. A role wybieram też pod kątem towarzyskim - kogo spotkam na planie. Jednak najważniejszy zawsze okazuje się czynnik "ego".

TS: Czyli?

MS: Sprytny reżyser, jeśli chce podejść aktora, mówi: "Słuchaj, bez ciebie tego filmu nie nakręcę. Jeśli odmówisz, leżę". Nic tak nie działa!

TS: Łapie się pan na to?

MS: Jak u większości aktorów moje ego lubi się nadąć. Myślę wtedy: biedny ten reżyser, co on teraz beze mnie zrobi? (uśmiech)

TS: Jak takie ego znosi zawodowe rozczarowania? Przecież o mało nie umarł pan z rozpaczy, kiedy napisaną dla pana rolę w "Niebieskim" Kieślowski powierzył innemu chłopczykowi...

MS: Od tamtej pory wypracowałem mechanizm niepodniecania się. Już tyle razy "coś nie wyszło", że dziś, gdy ktoś dzwoni i mówi: "panie Maćku, robię film, Harrison Ford i pan to już właściwie pewne", staram się nie przyjmować tego do wiadomości. Dopóki moja noga nie stanie na planie, udaję sam przed sobą, że takiego filmu po prostu nie ma. Zresztą bywa, że ktoś gra to, co ja miałem grać, i też fajnie wychodzi, bo ta osoba bardziej pasuje. Luz.

TS: A gdy pan jedzie starać się o rolę do Ameryki, a tam cała lista pana dokonań robi mniejsze wrażenie, niż to, że... dubbingował pan Kurczaka Małego w filmie "Kurczak Mały", to co pan sobie myśli?

MS: Lekcja z amerykańskiego castingu jest taka, że nigdy nie wiadomo, który krok zawodowy przyniesie korzyści i jakiego typu. Kiedy byłem dwudziestoparoletnim szczylem, Andrzej Wajda zaproponował mi rolę w przedstawieniu "Jak wam się podoba". Wtedy jeszcze niewiele grałem, więc byłem zdumiony: gdzie mógł mnie widzieć? A on mówi: (tu MS spektakularnie zmienia głos na "wajdowy"): "Byłem na benefisie Salonu Niezależnych, wpisałem pana do mojego zeszytu". Co, gdzie, jak? Dopiero potem skojarzyłem, że gdy wracaliśmy z kabaretem Po Żarcie z juwenaliów w Białymstoku, wpadliśmy do Trójki na Myśliwiecką na program Salonu. Zaśpiewałem jedną piosenkę i pognaliśmy do Krakowa. A tu się okazało, że na sali był Wajda i jego kajecik.

TS: Pytanie w nawiasie: jak się "robi Wajdę" tak jak pan przed chwilą?

MS: Przez nos trzeba mówić, proszę pani.

TS: Wracając do listy pierwszych razów. Najwcześniejsza ekstaza artystyczna nastąpiła przy słuchaniu XL i XLI symfonii Mozarta. "Jako dziecko puszczałem płytę i dosłownie płakałem z poczucia piękna". Czy i dziś zdarzają się panu takie zachwyty?

MS: A zdarzają. Najczęściej na filmach. Ostatnio "W głowie się nie mieści". Tak mądrej, śmiesznej, wzruszającej i oryginalnej bajki dawno nie widziałem. Miałem dużo myśli rozczulających, ale też i gorzkich. Przeżyłem ten film, mimo że to niby dla dzieciaków.

TS: A muzycznie też pan się wzrusza?

MS: Mieliśmy właśnie polską premierę "Francuzów" w Nowym Teatrze - kolejna moja przygoda z Krzysztofem Warlikowskim. W drugim akcie, w którym prawie nie biorę udziału, wiolonczelista Michał Pepol gra koncert na wiolonczelę i taśmę autorstwa Pawła Mykietyna. W tle jest wizualizacja wideo. Czasem wychodzę z garderoby, staję z tyłu za widownią, słucham i patrzę. Takie to piękne.

TS: A propos Warlikowskiego. U niego pierwszy raz pan płakał na premierze. W ogóle ten płacz się przewija w książce. I jakoś mi do pana nie pasuje.

MS: Sam się zdziwiłem, czytając tekst przed drukiem. Wychodzę na strasznego beksę, a przecież uważam się za faceta, który prawie nie płacze. W ogóle rzadko okazuję uczucia.

TS: Rodzina mówi: jaskiniowiec.

MS: Nie bez powodu. Ja jestem taki raczej "tłamsiciel". Ale żeby znać proporcje: zagraliśmy kilkaset przedstawień, a łzy mi poleciały może siedem razy.

TS: Analizował pan to jakoś?

MS: Widać teatr Warlikowskiego uderza w moje czułe struny. I te tłumione na co dzień łzy się uruchamiają. Ale gdy zdarza się coś pięknego albo dziwnego, nie chcę tego analizować. Niech wisi nad tym mgiełka tajemnicy, tak wolę.

TS: Historia, że popłakał się pan po premierze "Aniołów..." jest jeszcze dla mnie zrozumiała. Ale Jacek Poniedziałek mówi w książce, że po tym, jak z powodu sytuacji osobistej wylały się na pana "hektolitry gnojowy", płakał pan "spazmatycznie jak osierocone dziecko". To chyba dla mężczyzny mało chwalebne. Nie miał pan ochoty tego ocenzurować?

MS: Mnie się to właśnie spodobało. Bo gdy zaczęły spływać opinie (w książce jest kilkanaście wypowiedzi bliskich Macieja - red.), przestraszyłem się trochę.

TS: Że same laudacje?

MS: Tak. Że jest za słodko. Takie fragmenty jak u Jacka są dla mnie szczególnie istotne. Zwłaszcza że on to mówi ze swojej perspektywy.

TS: I dodaje: "Niepojęte, ile talentów mieści się w tym małym ciałku". Dziękuję! Żeby wzmocnić pana męski wizerunek, sięgnę do pierwszych fascynacji erotycznych. Plastycznie wypada anegdota, jak 12-letni Maciej "zajeżdża" kasetę VHS, w kółko odtwarzając fragment z filmu "Pierścień i róża". Katarzyna Figura biegnie tam przez ogród w przezroczystej koszulce. Dziś pan jest tak samo wrażliwy na kobiece wdzięki?

MS: Ja zawsze miałem tak, że jeśli okazywałem się atrakcyjny dla płci przeciwnej, to po pierwsze, dowiadywałem się o tym długo po fakcie, kiedy już nic nie dawało się zrobić. A po drugie, to często były momenty, kiedy nie czułem się specjalnie atrakcyjny. Jakoś gdy byłem opalony, tryskający humorem i taki, co to szast-prast podjeżdża samochodem w nowych dżinsach, dostawałem mniej dowodów zainteresowania, niż kiedy byłem "przytyty" albo wymęczony, blady, myślami gdzie indziej.

TS: Właśnie podał pan definicję podrywania na "biednego misia"...

MS: Aż strach wyciągać wnioski (uśmiech). Kiedy spotykam kobietę, która mi się podoba, raczej zakładam, że jestem dla niej nieatrakcyjny i muszę ją jakoś zdobywać. Cały cymes polega na kombinowaniu, jak zaskarbić jej względy. Jeśli się uda, jest radość, i to dużo większa, niż gdyby ona sama przyszła i się prosiła.

TS: Czyli klasyczny model.

MS: Proszę pani, to gra wymyślona przez ludzkość miliony lat temu i warto się jej trzymać. Kobiety są nieustannym powodem moich wzruszeń. Ale dziś jestem fanem monogamii. I widzę w tym sens. To przyszło naturalnie, nie wskutek jakichś postanowień i nakładania sobie kagańca. Co nie oznacza, że nie potrafię się zachwycić mijaną na ulicy piękną kobietą.

TS: To teraz pierwsza przyjaźń. W pana przypadku trwa do dziś, Michałowi Gorczycy poświęca pan sporo miejsca w książce. Czy zważywszy na pana legendarną milczkowatość w domu, on jest tą osobą, która wie o panu najwięcej?

MS: Myślę, że nawet jeśli nie ma informacji ode mnie, to może mieć najtrafniejsze przypuszczenia. Najlepiej potrafi zinterpretować wszystko, co mówię i robię. Na przykład moja dziewczyna niektóre moje działania odczytuje przeciwko sobie. Że miałem złe intencje. A ja mówię: jeśli mi nie wierzysz, dzwoń do Michała, on ci powie, co chciałem (śmiech). Michał to jedna z najważniejszych osób w życiu. Poznaliśmy się w ognisku muzycznym jako pięciolatki, potem wylądowaliśmy w jednej klasie w szkole muzycznej. Miliardy przegadanych godzin. Harcerstwo, potem kabaret, do którego go zaprosiłem.

TS: Męska przyjaźń - najkrótsza definicja?

MS: Rzeczy, które się cisną na usta z racji stereotypów - zaufanie czy to że mogę na niego liczyć - są na drugim planie. Nie dlatego się przyjaźnimy. Najważniejsze jest porozumienie. Podobne podejście do życia, ludzi, relacji. Poczucie humoru. Możliwość komunikacji bez użycia słów: spojrzę i wiem, co on myśli. I vice versa. Dwa tygodnie temu zostałem chrzestnym jego syna. Moja emigracja do Warszawy sprawiła, że przyjaźń nie ma codziennego wymiaru. Ale nawet jeśli nie widzimy się miesiącami i rzadko do siebie telefonujemy, to kiedy już się spotkamy, gadamy do świtu, jakby nic się nie zmieniło.

TS: Jakoś tak mi się łączy w tym momencie: alkohol. Pierwszy wypił pan dopiero po maturze. Ale już w pracy nie był pan taki grzeczny. W książce są sowizdrzalskie opisy, jak to grając w "Rewizorze", ze strachu przed Januszem Gajosem "walnął" pan Johnniego Walkera. Albo przed sceną balu w "Przedwiośniu" Jan Nowicki, zresztą pana ojciec chrzestny, nalał panu solidny kubek koniaku. I "grało się, och, jak się grało!". Co sprawia, że aktorzy wspomagają się w pracy alkoholem i jeszcze przebijają się anegdotami na ten temat?

MS: W wielu zawodach się pije. Nie szukam łatwych usprawiedliwień, ale nasza praca wiąże się z dużym stresem. Cały czas wystawiamy się na ocenę. Każde ujęcie w filmie, każdy spektakl są jak stresujący egzamin. Oczywiście można wziąć środek nasenny albo ćwiczyć jogę. Ale można strzelić banię i mieć sprawę załatwioną w dziesięć minut. Co jest oczywiście szaloną pułapką. Jest jeszcze drugi powód: w tym zawodzie im bardziej jesteśmy luźni, tym lepiej gramy. Jak się zepniemy i zestresujemy, wypadamy gorzej. To skłania, żeby walnąć sobie kieliszek. Bo wtedy jest szansa, że scena lepiej pójdzie.

TS: Straszne.

MS: Straszne. Ale alkohol jest w zawodzie aktora obecny i byłoby okropną obłudą zaprzeczanie temu. A to kozackie licytowane się, kto więcej, moim zdaniem nie dotyczy tylko aktorów. To bardziej kwestia testosteronu.

TS: Pan mówi: "jestem uczulony na typowy, męski, spocony, brudny testosteron".

MS: Nie przepadam za męską rywalizacją, stroszeniem piórek i udawaniem walk kogucich. Nigdy nie umiałem czerpać z tego satysfakcji. Wolałem czuć się moralnym zwycięzcą. Nie odpowiadać na agresywną zaczepkę kolejną agresywną zaczepką.

TS: Nie bijał się pan?

MS: Nie. Rzucanie kur...ami, plucie przez ramię i niemycie się przez tydzień... Szukanie męskości w takich atrybutach wydawało mi się żałosne.

TS: Mama mówi o panu: zawsze był cudownie grzeczny. Jako niemowlak spał całe noce. "Rano przychodziłam do jego pokoju, a on zasikany po pachy cichutko się bawił". Wyznaje też: "żałuję, że nie potrafiłam go nauczyć głośnego mówienia, co jemu się podoba i co on by chciał". Mówi, że to jej wina, że ma nawet do siebie pretensje. Poruszające. Co pan na to?

MS: Jedną z nierozerwalnych cech człowieka typu mama jest to, że się zamartwia i ma poczucie winy, że wszystko można było zrobić lepiej. Ale przecież nie było tak najgorzej. Ja zresztą wolę się zastanawiać, co możemy zmienić w przyszłości, a nie biadolić, co zrobiliśmy źle. Zawsze można wszystko zrobić lepiej. Ale ja jestem za dobrze wychowany na to, żeby się zastanawiać, czy można było mnie lepiej wychować (uśmiech).

TS: Rozmawialiśmy dla TS cztery lata temu, też przed świętami. Wtedy opowiadał mi pan, że macie z córką tradycję "bigosową". W początkach grudnia rozpoczynacie rytuał. Dzień pierwszy - cztery godziny krojenia. Potem tydzień gotowania i mrożenia. Czy mimo zmian w życiu osobistym ta tradycja...

MS: ...kultywuje się! Mam ogromne nadzieje zrobić bigos w nowej kuchni, ale nie wiem, czy ekipa remontowa się wyrobi. Właśnie zaraz jadę na budowę sprawdzić. Bigos będzie jak zawsze, według przepisu Macieja Kuronia, chociaż pewnie coś tam z Matysią dodamy pod koniec, żeby go podkręcić po naszemu. Żeby tylko mrozik chwycił! Bo bez mroziku, proszę pani, nie ma dobrego bigosu. On musi na balkonie swoje odstać (uśmiech).

TS: Bigos zapowiada się dobrze, a jak wypada pana bilans 40-latka?

MS: Satysfakcjonujący. Czuję się dojrzałym mężczyzną, który trzyma te sznurki, które chciałby trzymać. I chociaż czasem mi się coś wysmyknie, próbuję łapać. Nie zostawiam tego, co upadło. Czuję, że się jakoś w życiu otrząsnąłem. Zaczynam nawet pozwalać sobie na tymczasowe nazywanie swoich stanów szczęściem.

Joanna Nojszewska
Twój Styl
26 listopada 2015
Portrety
Maciej Stuhr

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia