Jakubik też potrzebuje miłości

Rozmowa z Arkadiuszem Jakubikiem

- Mam przekonanie poparte doświadczeniem, że nigdy nie wiesz, jaka rzecz kiedy zaskoczy. Dlatego trudno jest odmawiać. Nienawidzę pustki polegającej na czekaniu na telefon z propozycją roli... To najbardziej upiorne w tym zawodzie. Ciekawych ról jest jak na lekarstwo - mówi Arkadiusz Jakubik, aktor, reżyser, wokalista.

Jego ulubione słowo? Przepraszam. W tej rozmowie ono nie pada. Arkadiusz Jakubik stawił się na umówione spotkanie, choć obawy były. Zajęty kolejnym świetnym projektem, pomiędzy teatrem, kinem a telewizją. To na pewno jego czas. Może wybierać w propozycjach. Rozbrajający, szczery i co najważniejsze - posiada luksus bycia sobą.

Jak zaczniemy?

- Słowami ze spektaklu "Ja", który gram w teatrze Imka? "Jak zacząć? Niby wiadomo, przyglądamy się, patrzymy w oczy, no przecież tak, a nie inaczej. A tu trzeba śmiało całą tę swoją nieśmiałość wypiąć za przeproszeniem, bo to jest rock'n'roll, a nie jakieś tam vegan party". Koniec cytatu.

Łatwiej jest zaczynać czy kończyć?

- Dobrze skończyć to, co się zaczęło.

No ale co przychodzi ci łatwiej, lepiej - inicjowanie czy ostre cięcia?

- Ciekawe... Każdy nowy pomysł obracam jak złotą monetę, dotykam z każdej strony, oglądam. Teraz bardzo długo się zastanawiam, nim wejdę w nowy projekt. A to nie jest takie oczywiste, bo asertywność występuje u mnie w ilościach śladowych. Ale jak już wejdę w coś, to na sto procent. Ostre cięcia? Zdecydowanie brak mi takiej umiejętności.

Zacytowałeś fragment spektaklu, ja bym chciała zacytować piosenkę z repertuaru Dr Misio, zespołu, którego jesteś frontmanem. ,,Kiedy byliśmy młodzi, czas stał w miejscu". Tak czujesz?

- Tak. Przyszedł taki moment w moim życiu, kiedy zdałem sobie sprawę, że czasu twórczej aktywności pozostało mi już niewiele. Trzeba z niego mądrze korzystać, nie ma już miejsca na pierdoły. Kiedyś czas stał w miejscu, a teraz zapieprza z trzecią prędkością kosmiczną.

Ale ty rozciągasz ten czas do granic możliwości. Grasz w filmach, w teatrze, w telewizji, koncertujesz...

- Tak. Ostatnio zostałem królem telewizji śniadaniowych i TVP Kultura w związku z premierą filmu "Drogówka" Wojtka Smarzowskiego. Chodzę i opowiadam o tym filmie.

Pytają, ile jest Jakubika w Petryckim? Bo, Arku, wreszcie ktoś to w tobie zobaczył, zagrałeś macho.

- Petrycki to latino lover. Do roli Petryckiego przygotowywałem się w domu. To jest wersja oficjalna... I tej wersji będziemy się trzymać... Wracając do pytania o czas i ilość rzeczy, które mam na głowie, to wyłania się z tego totalny chaos, w którym próbuję się znaleźć. Mam przekonanie poparte doświadczeniem, że nigdy nie wiesz, jaka rzecz kiedy zaskoczy. Dlatego trudno jest odmawiać. Nienawidzę pustki polegającej na czekaniu na telefon z propozycją roli... To najbardziej upiorne w tym zawodzie. Ciekawych ról jest jak na lekarstwo. Ja miałem to szczęście, że zaangażowano mnie do "Jesteś Bogiem" Leszka Dawida czy "Drogówki" Smarzowskiego. Zagrałem w dwóch najważniejszych filmach ostatniego roku. Ale czas nie jest z gumy, mam tego świadomość. To wszystko ma swoją cenę. Ja już zapłaciłem - totalnie odpuściłem większość kontaktów towarzyskich. Mam wyrzuty sumienia, że straciłem kontakt z wieloma fantastycznymi osobami.

Czas wolny to czas dla rodziny?

- Zdecydowanie. Ja jestem dość prostej konstrukcji. Jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało, dla mnie najważniejszy jest port i baza. Moim portem jest dom w Jastrzębiu i rodzina. Im poświęcam każdą wolną chwilę. Mam dwóch synów. Uprawiamy sporty, zabieram ich do kina, spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Znowu ta kwestia czasu - jeden z nich ma 12 lat, drugi 15 - wiem, że jeszcze moment i za chwilę mi uciekną. I będę żałował, że nie przebywałem z nimi częściej, że coś mi umknęło. Podobnie jest z moją żoną Agnieszką, także aktorką.

Gracie wspólnie w spektaklu "Oscar i Ruth" Ingmara Villqista.

- Za moment będzie rekord świata, gramy to już 12 lat. Nasze małżeństwo trwa od 16 lat, ale razem jesteśmy od 20. Zresztą ze ślubem to była idiotyczna sprawa. Wynajmowaliśmy przecudowną kawalerkę na ulicy Koźlej, przy rynku Nowego Miasta. Właściciel dał nam wymówienie, bo postanowił sprzedać mieszkanie. A myśmy z Agnieszką uwielbiali to miejsce, nie wyobrażaliśmy sobie, że można mieszkać gdziekolwiek indziej. Dlatego, działając trochę pod presją, postanowiliśmy wziąć kredyt i kupić to mieszkanie. Żeby wziąć kredyt, trzeba było podpisać ten cholerny akt małżeński. Byliśmy przeciwko. Z tyłu głowy był strach, że taki cyrograf spowoduje wewnętrzne lenistwo. Że skończy się cudowny okres bycia ze sobą, zabiegania o siebie. Że po ślubie popełnimy błędy naszych przyjaciół, którzy rozwodzą się po kilku latach. Jesteśmy jedną z niewielu par, która ma za sobą taki staż.

To powiedz, proszę, jak się walczy z wewnętrznym lenistwem?

- Ja mam teorię pieca. Polega ona na tym, że wszyscy, którzy są w związku od lat kilkunastu, muszą codziennie zabiegać o to, by ogień nie wygasł, żeby się tliło, raz większym, raz mniejszym płomieniem. Najważniejsze są drobiazgi, nie przy wielkim święcie, ale każdego dnia. Chodzi o małe rzeczy, proste, o sygnał wysyłany drugiej osobie, że cały czas się o niej pamięta i myśli. To jest mój przepis.

"Oscar i Ruth" jest o was, mówią ci, którzy byli na spektaklu.

- My tam gramy siebie. Kobieta potrzebuje, żeby ją facet uwodził. Codziennie, na różne sposoby. W tym spektaklu tak jest. Bohater uwodzi żonę w różnych stylach i gatunkach filmowo-teatralnych. Czasami jestem macho, czasami roztrzepanym artystą, innym razem latino loverem albo małym dzidziusiem.

Co mężczyzna dostaje w zamian?

- Swoją łódź podwodną. Każdy facet ma jakiegoś hopla, konikiem mojego bohatera jest łódź podwodna. W domu z żoną odgrywa scenę ataku okrętu podwodnego na niemiecki pancernik. I to jest dla niego rzecz najważniejsza. Ale to symbol, bo każdy ma jakieś swoje wariactwo. Gramy teraz ten spektakl w Teatrze Powszechnym, ale za jakiś czas ludzie mogą przestać chcieć nas oglądać. Wymyśliłem, że wtedy zaczniemy go wystawiać w Jastrzębiu, w klubie kibica, nad naszym garażem, gdzie na razie zapraszam znajomych i oglądamy razem mecze. Gralibyśmy sztukę zawsze w styczniu, w moje urodziny i imieniny Agnieszki. Zapraszalibyśmy przyjaciół, pod warunkiem że zobaczą nas - choćby któryś raz z kolei - w tym spektaklu. Nie wyobrażam sobie naszego związku bez tego przedstawienia.

Daje oczyszczenie?

- Tak. My nie możemy zagrać tego pokłóceni. Choćby były najgorsze ciche dni. Musi być oczyszczona przestrzeń i to jest dobre. Ja aktorem bywam dosyć rzadko. Biorę udział w projektach, które są dla mnie ważne, bo załatwiają jakąś moją prywatną sprawę, z którą mam problem. Jeśli zawód aktora ma w sobie jakieś posłannictwo czy misję, to moją prywatną, wewnętrzną. To działa podświadomie. Dopiero w trakcie pracy odkrywam, że na warsztat bierzemy jakąś swoją traumę do końca nierozwiązaną.

I to okazuje się terapią?

- Daleko mi do aktorstwa rzemieślniczego. Jest mnóstwo aktorów, którzy dzięki doświadczeniu mają wypracowane i gotowe rozwiązania - w odpowiednich momentach po prostu otwierają konkretną szufladę z konkretnymi emocjami. I na pstryk są smutni, płaczą, mogą zagrać wszystko. A mnie najbardziej interesuje to, by zdjąć z siebie cały ten sztafaż sztuczek, tego, za czym każdy aktor się chowa. Dla mnie ważne jest, by widz zobaczył człowieka. Nagiego, bezbronnego, który próbuje dać sobie radę z jakimś problemem. I to jest istotna różnica pomiędzy byciem a graniem. W spektaklu "Ja" jestem bezbronny. W ciągu godziny rozbieram się - nie fizycznie, ale emocjonalnie. Aż jestem obnażony i nie wstydzę się tego.

A zaczynałeś od operetki, gdzie króluje konwencja.

- Pewnie trzeba było tego dotknąć, żeby mieć pewność, że nie chce się tego w życiu robić. Byłem na etacie w operetce w Warszawie. Do dziś mam legitymację pracowniczą solisty operetkowego. Ogolony wtedy na łyso, kupiłem sobie w Sankt Petersburgu koszulkę rosyjskiego marynarza mórz północnych. Dyrekcja nie chciała mi tej legitymacji wyrobić, twierdzili, że mój wizerunek uwłacza ich wyobrażeniom o soliście operetkowym. Ja się uparłem i udało się.

Jak wspominasz pracę w operetce?

- Jak podróż w czasie. Za każdym razem, gdy przekraczałem próg tej instytucji, przenosiłem się do XIX wieku, wokół lampy gazowe, kandelabry... Inna charakterystyczna rzecz - nie ma takiego drugiego środowiska, przynajmniej ja nie znam, w którym kastowość odgrywałaby taką rolę. Wyobraź sobie bufet operetkowy: jest kolejka po kawę, są członkowie baletu, chóru, orkiestry i nagle wchodzi... solista. I wszyscy milkną. Po bufecie idzie szmer. Niezauważalnie wszyscy robią miejsce na początku kolejki soliście. On nikogo nie zauważa, tylko sunie na jej sam początek. Solista bierze kawę, odwraca się tyłem do bufetu, rozgląda się po sali, wybiera stolik, nie jest ważne czy zajęty, czy wolny, a najczęściej wybiera zajęty. Ci, co siedzą, zapraszają, robią miejsce i uciekają do innego stolika. Solista siada, z nikim nie zamienia słowa, sączy kawę i czeka.

Na co czeka?

- Na drugiego solistę. Albo solistkę. I dopiero wtedy pada pierwsze zdanie z jego ust. Tak to wspominam. Kiedy trafiłem do tego świata, byłem bardzo młody, ale nienawidziłem tego, że nagle stałem się jego częścią. Pobyt w Operetce Warszawskiej wybił mi z głowy pomysł, by być etatowym aktorem. Jestem z tego powodu szczęśliwy. Wręcz dumny jestem.

Od "Zemsty nietoperza" w operetce do kina Smarzowskiego prowadziła droga kręta czy raczej prosta? Tak miało być?

- Ta droga była beznadziejnie nieprzewidywalna. Ale jestem w dobrym miejscu. Może tak to miało wyglądać, musiało wyglądać? Każdy aktor na swojej drodze chciałby spotkać takiego reżysera jak Smarzowski. Mam gębę aktora Smarzowskiego.

To dobra łatka?

- Przyjemnie jest w takiej szufladzie, wygodnie i komfortowo. Nie chce się za bardzo z niej wychodzić. Czasami zadaję sobie pytanie, co by było, gdybym go nie spotkał. Całe moje życie wyglądałoby inaczej. I to wydaje mi się niesłychane, że jeden moment może tyle znaczyć, może determinować wszystko, co się dzieje później. Jedna chwila i tyle konsekwencji.

Wojtek Smarzowski mógłby angażować cię z jakiegoś klucza. A jego propozycje wykraczają poza twoje emploi.

- To prawda, wystarczyłoby, że zacząłbym grać u niego pewien typ psychologiczny. Reżyser musi mieć odwagę, żeby dać Jakubikowi rolę policyjnego casanowy. Mam lustro w domu, wiem, jak wyglądam. Typem uwodziciela nie jestem.

Jak się czułeś w takiej roli?

- Trudno to zdefiniować. Każdą postać trzeba znaleźć w sobie. I teraz nie wiem, czy będę odpowiadał jako Jakubik czy jako Petrycki... Bo ten Jakubik często chowa się za Petryckim. A ten Petrycki bardzo często wchodzi do głowy Jakubika. Na pewno Jakubik jako Petrycki mógł sobie na więcej pozwolić.

To może niech najpierw Jakubik odpowie.

- Jakubik miał straszny problem, żeby wejść w skórę Petryckiego. Kiedy dostał scenariusz i zobaczył ilość stosunków, jakie będzie musiał odbyć na planie, to się przeraził. Tutaj po raz pierwszy stanąłem przed strachem, niezręcznością i zdefiniowałem to poczucie, że ja, Arkadiusz Jakubik, mam problem, by rozebrać się przed kamerą.

A to nie jest tak, że rozbiera się postać grana przez Jakubika?

- No właśnie nie. Twarz i dupę ma się tylko jedną. I to nie jest dupa Petryckiego, tylko dupa Jakubika. Musiałem mocno popracować nad swoją głową, by Jakubika trochę zmiażdżyć. Na czas grania tej postaci musiałem przewartościować pewne poglądy, na przykład uznać, że bzykanie na boku jest fantastyczną sprawą i tym, co mnie najbardziej w życiu kręci. Kino Smarzowskiego jest tak realistyczne, że tam się wszystko dzieje, jakby było naprawdę. W tym tkwi całe sedno. Przenosisz się do tego świata. Jak jest scena w burdelu, to jesteś w burdelu, bzykasz dziesiątki prostytutek, naprawdę jedziesz na tirówki pod Warszawę, to jest jeden do jednego. Robi to twoja głowa i to wystarcza, byś miał poczucie, że to się dzieje w rzeczywistości.

Niby taki bon vivant twojego bohatera, a wzbudza ogromną sympatię. Nie tylko mężczyzn, przede wszystkim kobiet.

- Chcę, aby widz polubił granych przeze mnie bohaterów, ale polubił ich pomimo wszystko. To nie są krystaliczne postaci, ale mogą budzić sympatię. To wyzwanie, żeby wykreować niejednoznaczną postać - bo nie ma jednoznacznych postaw w życiu - i żeby widz poczuł z tym jakiś związek. Pracując nad Petryckim, myślałem sobie, że psy będą na nim wieszać, szczególnie płeć piękna, za to, jak traktuje kobiety, za zdrady wobec żony. Tymczasem panie na widowni lubią Petryckiego, co odkryłem nie bez zdziwienia. Wydaje mi się, że zadziałało to, że on ma wspaniałą rodzinę, dzieci, przecudowną żonę, którą kocha kilka razy dziennie. Ku zadowoleniu obojga. A z resztą Petrycki niewiele może zrobić. Idzie do pracy, zje kebab i chuć go roznosi. I musi. Szuka ofiary, szuka kobiety. Tutaj też się trochę Jakubik nauczył od Petryckiego.

Czego?

- Petrycki coś Jakubikowi zabrał, ale też dał coś ważnego. Znalazł magiczny kluczyk do tajemnicy, do wnętrza kobiety. On rozumie, jakie są potrzeby kobiet. Nie chodzi o akt seksualny - on je kocha miłością szczerą, prawdziwą i jedyną. Z każdą z nich jest gotów ułożyć sobie życie, mieć rodzinę, dzieci, a to, że ta miłość trwa 15 minut, to już zupełnie inna sprawa. Ale nikt jak on w danym momencie nie wyczuwa kobiety, tego, czego ona potrzebuje - głębokiego spojrzenia, pocałunku, dotyku. To wie Petrycki, sam akt seksualny jest naturalną konsekwencją takiego spotkania.

Rzadko w polskim kinie zdarza się, by bohater swoimi działaniami sankcjonował pewnie dość odważny pogląd - to mężczyźni potrzebują miłości, mężczyźni chcą być kochani, kobiety chcą być pożądane. I on im to daje, spełnia tę fantazję, dlatego mimo wszystko jest lubiany.

- A to fajne jest, co powiedziałaś. Rozgryzłaś Petryckiego, ja się pod tym podpisuję. Kobiety potrzebują być uwodzone, emablowane, choć często mają poczucie, że im nie wypada wymagać takich rzeczy. A faceci potrzebują miłości. Taki jest Petrycki. Jakubik też potrzebuje miłości. To jest chyba cecha, którą Jakubik dał Petryckiemu. Śmieszne, jak te dwie postaci się wzajemnie uzupełniają i wpływają na siebie.

Mówiłeś, że wspólny z żoną seans "Drogówki" przeżyliście.

- Tak było. Ja bym bardzo nie chciał, żeby moja Agnieszka zagrała taką rolę, bo wiem, co czuła, oglądając mnie na ekranie w "Drogówce". To nie jest fajne widzieć kogoś, kto ostatnie pokłady intymności - naszej prywatnej własności - musi oddać. Mówi się, że to tylko zawód, ale to nie jest tak do końca. Powiem ci zupełnie szczerze, gdyby to nie był Smarzowski, który dzisiaj jest numerem jeden w tym kraju, to nie wiem, czy odważyłbym się wziąć udział w takim filmie. To nie kokieteria. Bardzo sobie cenię prywatność, port jest najważniejszy.

Debiutowałeś, mając osiem lat, w filmie "Okrągły tydzień".

- Pamiętam scenę z Emilią Krakowską, w której byłem nagi jak mnie Pan Bóg stworzył. I jakie miałem z tym związane problemy w moim rodzinnym mieście Strzelcach Opolskich. Cała moja szkoła przyszła do kina Pionier zobaczyć ten film, potem wszyscy się ze mnie śmiali, wołali: "Aktor, pokaż siusiaka!". Mija 35 lat i ja wracam do tego samego punktu. Co teraz będzie, mam się rozebrać? Cały czas słyszę w głowie moją Szkołę nr 2. To jest trauma, którą przepracowuję, grając taką postać jak Petrycki, czy występując w Dr Misio.

Dobrze sobie radzisz z tą traumą; podczas koncertów zrzucasz z siebie kolejne warstwy ubrań.

- Robię coś w rodzaju striptizu, nie bójmy się tego powiedzieć. I widzę, że sam tego potrzebuję. Nikt mi tu niczego nie narzuca. Nie rozbieram się do rosołu, ale mam dystans do siebie.

Niepokorny frontman zespołu Dr Misio to kolejna rola?

- Nie, to jestem ja. Nie ma żadnego udawania. Koncert to zapis chwili, jest tu i teraz, nic innego się nie liczy. Muzyka daje mi wolność. To jedyna przestrzeń aktywności twórczej, w której jestem niezależny od nikogo. Formuła naszych koncertów, jak i nazwa zespołu, mają dość żartobliwy wydźwięk, ale muzyka i teksty są na poważnie. O tym, co dla nas dzisiaj ważne. O miłości, przemijaniu, starości, niespełnieniu. Słowa są dla mnie najważniejsze. Gdy poszliśmy do jednej wytwórni, która miała nas wydać, usłyszałem, że mamy depresyjne przesłanie. Padło pytanie, czy nie moglibyśmy jakoś tak bardziej optymistycznie grać. Miałem wrażenie, że śnię. Ale wtedy zacząłem się zastanawiać, czy chcę robić muzykę pod publiczkę. I wyszło mi, że dla siebie, dla swoich kumpli. Jeśli robiłbym to dla innych, dla wszystkich, to robiłbym dla nikogo. Kto z zewnątrz się załapie, to dobrze, będzie z nami, ale nic na siłę. Muzyka, sztuka, musi być szczera, tylko wtedy może działać na ludzi. "Kiedy byliśmy młodzi, nikt nie umierał i nikt się nie rodził, teraz już tylko się boimy choroby, zdrady, debetu na koncie, a najbardziej boimy się strachu przychodzącego nocą". To jest ten strach, przez który ja też nie mogę czasami zasnąć. To są te koszmary, które staramy się zagłuszyć. Ale nie zawsze się udaje, nie zawsze wygrywamy z demonami i wtedy trzeba się z nimi skonfrontować, porozmawiać, dogadać. To jest walka, którą musimy ze sobą toczyć codziennie.

***

Arkadiusz Jakubik, rocznik 1969. Aktor filmowy, telewizyjny, teatralny i dubbingowy, reżyser, scenarzysta, muzyk. W1992 roku ukończył PWST we Wrocławiu. Rok później został aktorem Operetki Warszawskiej. Dziś głównie kojarzony z rolami w kinie Wojtka Smarzowskiego. Autor "Prostej historii o miłości". Mąż aktorki Agnieszki Matysiak, tata Jakuba i Jana.

Anna Serdiukow
Zwierciadlo
6 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki