Jakubowa drabina z powyłamywanymi szczeblami

"Księgi Jakubowe" - reż. Ewelina Marciniak - Teatr Powszechny w Warszawie

Podczas drogi na wesele Izaaka Szora słabnie nagle ciotka jego ojca, wiekowa Jenta. Ojciec pana młodego, Elisza, boi się, że umrze ona w samo wesele, psując zaplanowaną ceremonię. Posyła tedy po lekarza Aszora Rubina, aby ten zbadał staruszkę i postawił diagnozę. Medyk stwierdza, że kobiecie nic już nie pomoże, gdyż ona po prostu umiera. Chaja, najstarsze z dzieci Szora, postanawia powstrzymać śmierć Jenty za pomocą amuletu z magiczną inskrypcją. Jenta połyka papierek, co sprawia, że odtąd będzie się znajdowała w dziwnym, mitycznym bezczasie, zawieszona między życiem a śmiercią. Dzięki temu będzie oglądała świat i zdarzenia „z góry", widząc wszystko takim, jakim jest naprawdę i wnikając głęboko w istotę rzeczy. Od tego momentu my, czytelnicy powieści Tokarczuk, będziemy patrzeć na świat jej oczyma, a ona sama uzyska status przewodniczki po świecie powieści oraz narratorki opowiadanej przez nią historii. Fakt, że jest ona babką głównego bohatera powieści, Jakuba, sprawia, że cała historia uzyskuje jeszcze dodatkowy, osobisty kontekst.

Spektakl Eweliny Marciniak zaczyna się w momencie wizyty doktora Rubina (Mateusz Łasowski) w domu Eliszy Szora (Michał Jarmicki). Reżyserka nie tylko nie rezygnuje z narracyjnej koncepcji Tokarczuk, ale jeszcze wzmacnia ją poprzez dwa proste, bardzo inteligentne zabiegi, które pozwalają widzowi ów mityczny bezczas, w jakim znajduje się Jenta na własnej skórze poczuć. Otóż postać Jenty powierzyła Marciniak młodej wokalistce zespołu Chłopcy Kontra Basia, Barbarze Derlak, która na żywo wykonuje znakomitą muzykę (kompozycje własne i Wojtka Urbańskiego). Zatem Jenta w jej interpretacji jest niejako wiecznie młoda, a jej komentarzem do całej historii staje się wyjątkowej urody muzyka. Te dwa elementy, trudne do realizacji w literaturze, dzięki naturze teatru pogłębiają postać Jenty oraz „opowiadany" przez nią świat, wprowadzając na scenę Powszechnego powiew metafizyki.

Początkowo aktorzy mają przypięte do ciała naturalnych rozmiarów lalki o twarzach starych, smutnych, wyglądających na zmęczone życiem. Gdy na scenie pojawia się wreszcie Jakub Lejbowicz czyli Jakub Frank (Wojciech Niemczyk), pierwszą rzeczą, jaka go zajmuje, jest oderwanie tych zrośniętych z nimi „masek", za którymi się ukrywali. Odtąd będą młodzi, energiczni i piękni. Symboliczny sens tej sceny raczej nie pozostawia wątpliwości: Jakub Frank pojawił się po to, żeby dać ludziom nadzieję w czasie beznadziei, osobowość w epoce bezosobowości, wieczną młodość w czasach panowania śmierci, słowem – nowe życie. Przepraszam, że tłumaczę takie oczywistości, ale robię to w ramach polemiki z prasowymi zarzutami, jakoby w spektaklu Marciniak nie wiadomo było, czemu ludzie poszli za Jakubem Frankiem. Otóż właśnie dlatego! Jeśli miałbym się już czepiać, to prędzej wytknąłbym oczywistość i nachalność tego rozwiązania, niż jego brak.

Tak więc pojawia się Jakub Frank i zaczyna zbierać grupę swych wyznawców. Odtąd będzie ona – obok niego samego – głównym bohaterem spektaklu, a nam, widzom, dane będzie śledzić zarówno jej wewnętrzne, jak i zewnętrzne losy. Z tych dwóch przeplatających się ze sobą wątków wyłonią się dwa wielkie tematy prozy Tokarczuk, słusznie zauważone i wykorzystane przez Marciniak: religia, jej złożona struktura, cel i niedające spokoju pochodzenie oraz żywiąca się religią niczym hiena padliną – polityka, jej bezwzględność, brutalność i jej brudne tryby. Marciniak miała bardzo dobry pomysł – pokazać prosto i uczciwie grupę ludzi poszukujących transcendencji w opozycji do ujętej w krzywym zwierciadle grupy ludzi nimi manipulującej – ale wykonanie niestety zawiodło. Stało się tak z kilku powodów.

Po pierwsze – adaptacja. Rozumiem, że niezwykle trudno było zaadaptować na scenę dziewięciusetstronicową, wielowątkową powieść. Uważam też, że nie jest to najgorsza adaptacja, gdyż jakimś cudem udało się w niej zachować ciągłość i spójność opowiadanej historii. Problemem są w niej natomiast proporcje – o ile wątek polityki kasztelanowej Kossakowskiej i biskupa Sołtyka, zresztą świetnie z powieści wypreparowany i scenicznie przeprowadzony broni się znakomicie, o tyle wątek Jakuba i jego wyznawców – przynajmniej o połowę za długi, rozwlekany i przeciągany do granic możliwości z powodów czysto estetycznych, miejscami nuży i sprawia, że skołatany widz nie do końca rozumie, o co chodzi.

Po drugie – konwencja spektaklu. Reżyserka jest tu niekonsekwentna, ale rozumiem, że ta niekonsekwencja jest jednym z głównych pomysłów na budowę spektaklu. Otóż świat Jakuba i jego wyznawców jest przedstawiony w konwencji zbliżonej do realizmu symbolicznego – aktorzy mają grać naprawdę, budować relacje, których motorem staje się psychologia. Sytuacje sceniczne dzięki naturze teatru mają urastać do rangi symboli. Słowem, rzeczywistość ta jest autentyczna i prawdziwa. Ten drugi świat – skupiony wobec wielkiej polityki, uprawianej kosztem zwykłych ludzi – jest tu przedstawiony niejako w krzywym zwierciadle – postaci są wyolbrzymione, ekscentryczne, grają kubłami, są niejako parodiami samych siebie. Zderzenie tych światów pozwala pokazać reżyserce, po czyjej stronie stoi, komu kibicuje i co jest dla niej ważne. I znowu pomysł bardzo dobry, ale wykonanie już gorsze.

Jeśli chodzi o konwencję „parodii" – nazwę ją tak dla własnej wygody – wszystko gra. Aktorstwo jest ostre, brawurowe, groteska i pastisz rządzą na scenie, ukrywając papierowość wykastrowanych ze względu na obszerność powieści postaci; głęboką motywację zyskują zabiegi tak ryzykowne, jak obsadzenie w roli biskupa Sołtyka (zlepionego z postaci dwóch powieściowych biskupów Dembowskiego i Sołtyka) zbyt młodego przecież Mateusza Łasowskiego. Efektem takiego stylu są kawałki świetnego, brawurowo zagranego – zwłaszcza przez Agatę Woźnicką (Kasztelanowa Kossakowska) i Elizę Borowską (Elżbieta Drużbacka) – teatru.

Problemy zaczynają się w konwencji realistycznej. Głębokie cięcia w adaptacji odbierają postaciom psychologiczną głębię. Aktorzy próbują się złapać czegokolwiek, ale i tak nie mają szans, gdyż Marciniak próbuje pójść na skróty – chce zbudować metafizykę i symbolikę tego wątku głównie za pomocą warstwy wizualnej spektaklu. To błąd, ponieważ owa metafizyka staje się niewiarygodna i pretensjonalna. Przykładem tego piękny epizod Karoliny Adamczyk, znakomicie grającej postać drugiej żony Nachmana (Dobromir Dymecki), Wajgełe. Aktorka w przejmujący sposób buduje postać kobiety zaniedbywanej i porzucanej przez męża, wiedzionego pragnieniem apostolskiej służby u Jakuba Franka. W scenie konfrontacji z mężem Adamczyk gra wspaniale. I cóż z tego, skoro widzowie mają słuchowisko, bo ważniejsze dla Marciniak od postaci i jej dramatu stają się w tej chwili refleksy światła w genialnych lustrach scenografki Katarzyny Borkowskiej. Adamczyk przeżywa swój dramat w ciemności, a ja, który zapłaciłem w kasie za emocje aktorki, za „łzy jej czyste, przejrzyste", dostaję tylko – piękną, trzeba przyznać – impresję wizualno-muzyczną. Zresztą, w miarę upływu spektaklu to faworyzowanie efektu wizualnego kosztem aktorów zaczyna irytować, a pod koniec – zwyczajnie nużyć.

Zarzucałem onegdaj Marciniak, że w swoim teatrze („Morfina", „Śmierć i dziewczyna") nie eksploruje granic. Tu jest dużo lepiej, choć gdy przychodzi do konkretu reżyserka jest nie tyle pogubiona, ile wręcz nie widzi oczywistości. Postać Moliwdy Kossakowskiego, ofiarnie grana przez Bartosza Porczyka, jest dla reżyserskiej koncepcji Marciniak wyjątkowo niewygodna, gdyż Moliwda jest, jakbyśmy powiedzieli za Różewiczem – na powierzchni poematu i w środku – łączy metafizyczno-duchowy świat Jakuba z brudnym światem realistycznej polityki. W związku z tym powinien być w tej koncepcji postacią kluczową. Niestety, zamiast brawurowej, głębokiej kreacji, zbudowanej na przenikaniu się – w zależności od świata, w którym Moliwda przebywa – dwóch stylów gry, otrzymujemy bezradnego aktora, któremu nadmierne skróty zamykają drogę do jakiejkolwiek wiarygodności postaci, choć Porczyk naprawdę stara się walczyć o swojego bohatera.

Aktorzy w ogóle różnie sobie radzą w tym spektaklu. Największym rozczarowaniem wieczoru jest Jakub Wojciecha Niemczyka. U Tokarczuk jest to młody człowiek z twarzą pokrytą bliznami po ospie, niezbyt w związku z tym urodziwy. Blizny po ospie określają jakąś skazę, z którą już na wstępie musi walczyć, jakąś szpetotę ciała, która w opozycji do piękna duszy od razu ewokuje wewnętrzne napięcie. U Marciniak Jakub wygląda jak z TVN-owskiego serialu: muskularny osiłek z piękną twarzą i ładnymi zębami. Młody aktor nie ma tu lekko – skróty zabrały mu coś niebywale ważnego – jego ataki czy tez wizje (zależy jak kto je postrzega). W związku z tym od początku spektaklu nie miałem wątpliwości, że jest on szarlatanem, albo po prostu młodym, charyzmatycznym, przystojnym mężczyzną, który, wcielając się w rolę guru, umiał sobie dobrze zorganizować rozrywkę. Tyle niestety zostało z niejednoznacznej, tajemniczej i głębokiej postaci, tak umiejętnie nakreślonej przez Olgę Tokarczuk. Dużo w tym zasługi reżyserki, która zamiast o jego niejednoznaczność bardziej dbała o to, żeby się często rozbierał i tańcząc nago prezentował swoje atrakcyjne ciało. Bardzo mi się za to podobał Julian Świeżewski, który świetnie odnalazł się w roli Księdza Benedykta Chmielowskiego. Ten młody aktor odkrył swój sposób na uwiarygodnienie postaci starego księdza – poszukał tego, co w starości i młodości wspólne, co tajemnicze, niejednoznaczne i stworzył prawdziwą postać. Zapamiętywalną, choć epizodyczną. Świetni są wszyscy w konwencji parodystycznej – Kossakowska i Drużbacka – brak słów, by wyrazić podziw. Wyrazy szacunku dla Mateusza Łasowskiego, którego widziałem bodaj pierwszy raz na scenie Powszechnego w jakiejś sensownej roli. Nie krzyczał, nie grał pięknym skądinąd ciałem, nie rzucał się w bezradności, ale z dystansem i autoironią stworzył groteskową postać żądnego władzy, pieniędzy i zaszczytów biskupa.

Po beczce dziegciu czas na łyżkę miodu – wizualnie i muzycznie spektakl zachwyca. Wspaniała scenografia, kostiumy i światło Katarzyny Borkowskiej budowały niesamowity ekwiwalent powieściowego świata Tokarczuk. W moim przekonaniu w pełni udany. Udało się Marciniak i jej współpracownikom nie tylko odtworzyć świat powieści, ale wydobyć z tego świata poezję – i nią zachwycać. Mnie zachwyciła. Zapach kadzidła w połączeniu z pogłosem i malarskimi scenami – jest tam i Rembrandt i szkoła Fonteinbleau i wiele, wiele innych – sprawia, że wizualnie spektakl ten jest naprawdę wielką ucztą dla zmysłów. Należało tylko umiejętnie go dawkować, niekoniecznie kosztem emocji aktorów i byłoby o klasę lepiej. Drugim wspaniałym doświadczeniem spektaklu był „żywy" tekst Olgi Tokarczuk, znakomicie zresztą brzmiący ze sceny Powszechnego. Chwała reżyserce i adaptatorom za to, że nie wykrawali z powieści kawałków i nie łączyli ich samodzielnie wedle własnego uznania, jak to miało miejsce przy okazji tekstów Jelinek we Wrocławiu. Tam skończyło się monstrualną grafomanią, tu – poezją. Może też mieli świadomość, że Olga Tokarczuk będzie na premierze? Mając w pamięci spektakl „Śmierć i dziewczyna", osobiście jej za to dziękuję.

Ewelina Marciniak wyreżyserowała przedstawienie niezłe. Miejscami znakomite i brawurowe (scena w karecie na wybojach, chrzest), miejscami puste i nudnawe (okropna scena jakiegoś tańca/"seksańca" Jakuba i jego wyznawców na początku II części – tak na marginesie, w ogóle nie podobała mi się choreografia Kayi Kołodziejczyk w tym spektaklu). Niezłe dlatego, że jakimś cudem wiadomo, o co chodzi, udało się oddać klimat powieści, można jej fragmentów z przyjemnością posłuchać, no i estetycznie – to uczta. Po poprzednich doświadczeniach z teatrem Marciniak dla mnie to już bardzo dużo.

Tomasz Domagała
domagalasiekultury
4 lipca 2016

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...