Jan Winny i Jan Wdzięczny

Jan Klata nie objął dyrekcji Starego Teatru w Krakowie.

Pięć lat rekolekcji? Nie wierzę. Pięć lat lustracji? Już prędzej. Klata nie objął dyrekcji Starego Teatru w Krakowie, by oddać głos mistrzom, do których grona sam zaczął być ostatnio zaliczany - pisze Joanna Derkaczew w Dialogu.

Nowy dyrektor jest dokładnie w takim miejscu własnej kariery, by wrócić do początków - do swoich pierwszych spektakli, diagnoz, wrogów i nadziei. Pięciu artystów, których powołał na patronów kolejnych sezonów w krakowskim teatrze, ma mu posłużyć za świadków, sędziów i podejrzanych. Jan Klata zaczął od Gierka. Wraca do Swinarskiego. Zaczął od Solidarności. Wraca do Wajdy. Opowiadał o rozrastającej się Unii Europejskiej, co zaciera granice, i przesiedleńcach wypędzonych z ojczyzn - przyjrzy się Kantorowi, który wszystkim, co odeszli, wciąż kazał powracać do jednego zrujnowanego miasteczka. Klata wyciągał na scenę baronów lewicy i Zbigniewa Ziobrę. Poświęci dwa lata Krystianowi Lupie i Jerzemu Jarockiemu, którzy w ostatniej dekadzie zajmowali się czymś zupełnie innym?

Pięciu reżyserów tworzyło w czasach, które Jan Klata rozliczał i oskarżał. Wyobrażam sobie Jana Klatę, który stawia tamtym artystom pytanie "jak można?". Jak można było żyć w czasach Gierka i nie przewidywać konsekwencji, nie wykazywać się nadświadomością historyczną, nie wystawiać "Rewizora" tak, jak rozwiewający Gierkowską iluzję prosperity Jan Klata? Dlaczego tamci "wielcy" uznali, że potrzebny jest teatr inny? Co przegapili? Co rozumieli lepiej? W czym byli cyniczni, a w czym bohaterscy?

Autor "H.",".. .córki Fizdejki", "Fanta$ego" zjawił się w 2003 roku w polskim teatrze, wykrzykując boleśnie "za co właściwie mam być wdzięczny?", "co wyście ze mnie zrobili?", "w co pozwoliliście mi wierzyć i w czym kazaliście mi uczestniczyć?".

Miał za sobą siedem lat, gdy żył wygodnie i źle. Od pierwszego przedstawienia w Wałbrzychu zwrócił się przeciwko sobie. Przeciwko wszystkim swoim osiągnięciom i sukcesom, jakie zdobył w roli Polaka-cwaniaka, gdy w latach między ukończeniem szkoły teatralnej a debiutem lawirował w trzeciorzędnych mediach rozrywkowych. W "Rewizorze" osądzał własną małoduszność i krótkowzroczność, filozofię pełnego brzucha i niewychylania się poza interesy swojej ciasnej komórki społecznej. Oczywiście celował też w populizm, mizerną jakość klasy politycznej, brak rozwiązań socjalnych, patriotyzm spod znaku "duma z nienawiści do innych". Ale działanie systemu tyko parodiował, dla ludzkich decyzji nie miał ani usprawiedliwienia, ani żartu rozbrajającego napięcie.

Patrząc na jego bohaterów, nie sposób było w żadnym ze spektakli powiedzieć wprost "który tu Klata?". Kto reprezentuje jego złość i poczucie winy, jego poglądy i roszczenia? Można się było tylko domyślać, że blisko mu do tych najgrzeczniejszych, najlepiej przystosowanych, którzy dopiero co przebyli nagle jakąś długą drogę powrotną po to tylko, by w finale popełnić największe zbrodnie. Absolwent elitarnego liceum imienia Stefana Batorego, słuchał może głośnej muzyki i nosił irokeza, ale zawsze uważał się za kogoś, kto buntuje się nie dość, ulega za bardzo. Schludny, ułożony Orestes, świątobliwy i modny Hamlet. Obaj przybywają, by karać najbliższych, niszczyć to, z czego sami wyrośli. Nawet im jednak Klata nie przyznawał racji, nie rozgrzeszał, przyznając, że nie mieli wyjścia, bo złapały ich w pułapkę fatum i historia. Duchy i bogowie, popychający mścicieli do działania, byli żałośni. "Zrobiłem tylko to, co kazał husarz na zapchlonym koniu czy Robie Williams" - mogliby powiedzieć jego chłopcy-mściciele. Ależ to mowa szaleńca! Klata pokazywał lata siedemdziesiąte, dziewięćdziesiąte i współczesność jako czasy ślepe i szalone.

Dobrze wpasowany w nowy styl i nową rzeczywistość, "młodych posłusznych" widział jako niewolników, którym nie należy się współczucie. Wypowiadał ich wstyd i nie wróżył im niczego dobrego. Podejrzewał wszystkich i wszystko, snuł wizje kolejnych katastrof, czekał, aż kryzys doprowadzi w końcu do rozlewu krwi. Niespokojnie przyglądał się dominującej w życiu publicznym powierzchownej tolerancji rozwijającej się równolegle z wiarą w teorie spiskowe. Nie wierzył w żaden złoty wiek, do którego można by się odwołać, szukając rozwiązań i wartości.

Przyglądał się sobie. Za każdym razem, gdy krytykował, oskarżał po imieniu, widać było, że przyszedł nie tyle rozstrzeliwać, co skierować pistolet w stronę własnej skroni.

W końcu w "Zbójcach" (jednym z ostatnich spektakli sprzed nominacji dyrektorskiej) przyznał, że doszedł do ściany. Dotąd próbował przestrzegać przed radykalizmem, rozwiewał złudzenia, że przewrót napędzany wiarą w jakąkolwiek ideologię ma szansę przynieść faktyczną poprawę. W zrealizowanym w Schauspielhaus w Bochum spektaklu według Schillera opowiedział o bezwzględnym i radykalnym zniszczeniu wszystkiego. O buncie skierowanym nie przeciwko zewnętrznemu okupantowi, ale całej strukturze, z której się wywodzi. Pokazał bohatera, który, rozpoznając, że nic, w co może uwierzyć, nie spełnia jego oczekiwań, decyduje się na autodestrukcję. Wprowadził rozróżnienie między "rewolucjonistą", mającym plan tego, co będzie budował na zgliszczach starego porządku, a "rebeliantem", niszczącym wyłącznie w imię wewnętrznej prawdy, potrzeby zaprzeczenia. W poprzednich spektaklach przestrzegał przed tym pierwszym. W "Zbójcach" opowiedział się za tym drugim.

Krytyk solidarnościowego mitu, wytykający pokoleniu "ojców" brak odpowiedzialności, chciwość i hipokryzję, kończył rozdział "kontrowersyjny reżyser bez kierowniczego stanowiska" zaskakującą konstatacją. Każdy przewrót, zapewne także przewrót ustrojowy, należy zakończyć wielkim wybuchem. System trzeba obalić, ale ostateczną rozprawę należy też przeprowadzić z ludźmi, którzy w nim uczestniczyli. Żadnej transformacji ani ewolucji, grubej kreski ani lustracji. Wyprowadzić całe towarzystwo na pustynię i wytłuc, po czym samemu popełnić samobójstwo. Jeśli coś się na miejsce kaprawego ludu odrodzi, to trudno, przynajmniej nie z naszej winy. "To jest opowieść o Karolu Moorze, który zrobił wszystko tak, jak należało, po czym zorientował się, że efekt jest dokładnie odwrotny, niż miał być - mówił Jan Klata w wywiadzie radiowym przed premierą. - Rozumie swoje powinności. Zniewala go miłość do ojca, do Amalii, lojalność wobec grupy, którą stworzył i której członkowie wiele dla niego poświęcili. Wie, jak wiele jest winien osobom, które decyduje się zabić czy od siebie oddalić. Stwierdza wtedy, że sam jest swoim największym wrogiem, i postanawia tego wroga unicestwić."

Dramat Orestesa polega na tym, że zawsze stanie się Agamemnonem. Dramat Hamleta księcia polega na tym, że stanie się Hamletem królem. Jedyna moralna decyzja to przerwać ten ciąg. Kim nie chce stać się Jan Klata?

Podkreślał, że możliwość buntu przeciwko rodzinie to w historii polskiego społeczeństwa nowość. Ojcowie ginęli w kolejnych powstaniach, pozostawało jedynie samotnie czekać na swoją kolej w procesji martwych bohaterów. Złość i przerażenie reżysera wynikały z tego, że nie widział on w Polakach najmniejszej chęci, by tę nową luksusową sytuację wykorzystać. Zanurzeni w rosnącym dobrostanie, odgrodzeni od ofiar transformacji murami strzeżonych osiedli nie wykazywali najmniejszej skłonności, by wziąć odpowiedzialność za innych. Zapragnął więc indywidualnego aktu niszczycielskiego, po którym nie zostałoby nic, nawet mit.

Klata w "Zbójcach" przyznał się do porażki. Ludzkiej i artystycznej. Owszem, założył rodzinę, wytropił winnych współczesnego politycznego rozgardiaszu, spektakle nauczył się robić efektowne, jak nikt. We wszystkim zobaczył nagle rosnącą rysę. W swoim wizerunku, osiągnięciach, perspektywach na przyszłość. W wywiadach zaczął nagle mówić jak nihilista, a nie oskarżyciel. Jak potencjalny zamachowiec-samobójca, a nie moralizator. Jego terapeutyczne spektakle, egzorcyzmujące Polaków z miłości do męczeństwa ("Utwór o Matce i Ojczyźnie") i łatwej wiary w przewroty ("Sprawa Dantona"), objeżdżały europejskie festiwale, promowały Klatę "antyprzemocowego", ostrożnego wobec wszystkich radykalnych ocen i rozwiązań, mówiącego "dość redystrybucji bólu, traumy i upokorzeń". W Polsce gorzkniał Klata cichy terrorysta.

I to ten właśnie Klata, a nie klasyk dumający nad uniwersalnym wymiarem losu ludzkiego, został dyrektorem Starego Teatru w Krakowie.

W ostatecznym geście przed nowym sezonem w Starym Teatrze zrealizował na zamówienie Przeglądu Piosenki Aktorskiej "Jerry Springer - The Opera". Oglądając spektakl w marcu 2012 wierzyłam, że jest w nim zapis tęsknoty za czynnikiem ludzkim. Springer, gospodarz tandetnego amerykańskiego talk show, przynajmniej dawał szansę widzom, by przetrenowali swoją zdolność dokonywania ocen moralnych. Testował ich na tandetnym materiale, owszem, zapraszał dziwaków, popaprańców, ekshibicjonistów. Przynajmniej jednak dawał szansę na konfrontację, postawienie niewygodnych pytań.

Pamiętając o perspektywie "Zbójców", wydaje się jednak, że Klata widział Jerry'ego Springera jako człowieka napuszczającego na siebie ludzi, którym system odebrał wszystko poza szansą na upokorzenie. Co to za rzeczywistość, w której ktokolwiek może choćby pomyśleć - a co dopiero zamarzyć - by wyjść przed publikę z tak żałosnymi wyzwaniami? W spektaklu z Bochum Klata krył się za bohaterem, który dokonywał bezinteresownego samospalenia, wynikającego z gniewu i poczucia słuszności, a nie wiary w ideologię, której ten gest mógłby posłużyć. Zmiótł ze sceny Karola Moora, a z nim cały świat. Jerry'ego wysyła na sąd. Ten powrót do tęsknoty za wyższą instancją może nie mieć nic wspólnego z decyzją, by pięć sezonów Starego Teatru poświęcić przyglądaniu się "wielkim poprzednikom". Prawdopodobnie jednak ma, i to wiele.

Klata jeszcze raz zada swoje najważniejsze pytania "czy powinienem być wdzięczny?", "czy sam zawiniłem?". Przyglądając się dorobkowi poprzedników, na oba pytania będzie odpowiadał co jakiś czas z ulgą. Twierdząco lub nic. Jest coś bardzo słusznego w tym, że gdy się rozpęta rewolucję, nowy wspaniały świat trzeba budować ze szczątków tego, co się obaliło.

***

Friedrich Schiller "Zbójcy", Schauspielhaus, Bochum 2012.

Ajschylos "Oresteja", Stary Teatr, Kraków 2008.

Philip K. Dick "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha", Stary Teatr, Kraków 2006.

Henryk Sienkiewicz "Trylogia", Stary Teatr, Kraków 2009.

Roman Jaworski "Wesele hrabiego Orgaza", Stary Teatr, Kraków 2010.

***

"Opracowaliśmy koncepcję pięciu sezonów nawiązującą do historii Starego Teatru. Trzeba się z nią zmierzyć, inspirując tym, co nie jest zachowawcze, standardowe, tylko dynamiczne, a nawet obrazoburcze. Sezon: Swinarski; sezon: Jarocki; sezon: Wajda; sezon: Lupa; sezon: Kantor. Wspominając twórców ważnych dla Starego Teatru i Krakowa, nie będziemy się ograniczać do oczywistych tytułów, jakie tu reżyserowali. Jeśli mowa na przykład o Swinarskim, to tematem może być jego polsko-niemieckie pochodzenie i związane z tym rozdarcie albo choćby mniej pamiętane spektakle muzyczne. Na pewno nie chodzi o rekonstrukcję albo rywalizację kogokolwiek ze Swinarskim, o lepsze wystawienie historycznego tytułu. Nowe projekty mają być umocowane w przeszłości, ale nie będziemy jej niewolnikami. Szukamy klucza do otworzenia naszej rzeczywistości"(Jan Klata w rozmowie z Jackiem Cieślakiem, "Pięć sezonów z mistrzami", "Rzeczpospolita" z 16 lipca 2012)

Joanna Derkaczew jest absolwentką filozofii i Gender Studies IBL PAN, korespondentką i byłą krytyczką teatralną "Gazety Wyborczej". Obecnie mieszka w Irlandii, przygotowuje pracę doktorską w Instytucie Sztuki PAN.

Joanna Derkaczew
Dialog
15 stycznia 2013
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia