Jaskółka przyleciała do Rampy

"Jaskółka" - reż. Żanna Gierasimowa - Teatr Rampa w Warszawie

Teatr naszej tęsknoty. Za ludzką twarzą otaczającego nas świata, za wonnymi kwiatami na ziemi pełnej chwastów, pokrzyw, ostów i perzu. One są. W nas. Wystarczy w sobie chcieć dostrzec jaskółkę. Zachwyca też mistrzowskie wręcz opanowanie warsztatu aktorskiego i reżyserskiego. Poziom, gdzie już mówi się o kreacji. Niezwykle dziś rzadkie zjawisko

Jaskółcze pejzaże wewnętrzne

Już dość dawno nie spowijały mnie w teatrze opary, mgły czy dymy. Zwłaszcza takie, które reżyser (Żanna Gierasimowa) wprowadza w określonym celu, które tłumaczą się teatralnie, które coś znaczą. Są sygnałem klimatu przedstawienia, ale i obrazem mgieł nad stepami, symbolem tajemnic i czarów z młyńskiego koła sienkiewiczowskiej Horpyny, ale i metaforą drzemiących w każdym z nas snów, marzeń, pragnień, ducha. W tym przedstawieniu wszystko tłumaczy się teatralnie, czego też dawno już w teatrze nie doświadczyłam. Nie przypuszczałam też, że zachwyci mnie w teatrze Turgieniew rozpisany n a dwie aktorki.

Tak więc zaczęło się wszystko w dymach i oparach. Spektakl na podstawie opowiadania Iwana Turgieniewa „Żywe relikwie” w adaptacji, tłumaczeniu, reżyserii i scenografii Żanny Gierasimowej, jest, zgodnie z tytułem tegoż opowiadania, także ożywieniem pewnych relikwii. Na scenie jawi się świat nasycony poezją, symboliką, muzyką, śpiewem, obrazami. Świat niby odległy, bo sięgający do pieśni starosłowiańskich i symboli starosłowiańskich, świat wywiedziony z Turgieniewa, ale żywy i prawdziwy, przejmujący, pełen mistyki, świat charyzmatyczny, naznaczony piętnem Słowiańszczyzny i tym, co się potocznie określa jako „ducha rosyjskości”, ale i „duszą słowiańską”. Przed nami ożywają XIX wieczne obrazy rosyjskich malarzy, brzmią pieśni w języku starosłowiańskim, odżywają elementy pogańskich i chrześcijańskich obrządków. To wszystko wpisuje nas w krąg wspólnoty, sięga do korzeni, o których przecież wiemy, ale nie doświadczamy tego w życiu codziennym. I nagle Żanna Gierasimowa sprawiła, że to dawne, pradawne w nas ożyło, rozbrzmiało echami spraw zapomnianych, ale ogólnie nam znanych z literatury, sztuki, historii wreszcie, że obudził się w nas Człowiek. Rozbrzmiało o wszystko w sposób czysty i piękny, a przede wszystkim prawdziwy. Naturalny. Bez patosu, bez krzykliwości, bez nachalności i plakatowych haseł, płytkiego gadulstwa. Magia teatru. Oczarowanie czymś dziś rzadko w teatrze naszym spotykanym. Reżyseria czysta, klarowna, spektakl prowadzony pewną ręką, konsekwentny w konstrukcji, logiczny. Nie ma w nim miejsc pustych, zakamuflowanych jakimś gadżetem czy ruchem, przystrojonych ozdobnikami scenek, których nie tłumaczy nic poza „inwencją” reżysera. Nie ma pseudokreacji reżysera. Jest w nim wiele piękna, poezji, liryzmu, ale i ludzkiego cierpienia, ludzkiego bólu, scen zachwycających swą malarskością i kompozycją. Scenografia, muzyka, gra aktorska tworzące spójną całość, jednorodne w swym wyrazie i stylistyce, dopełniające się wzajemnie. Prostota środków, z których artystki kreują świat przebogaty w swych nastrojach, metaforach, refleksjach. Może to teatr niemodny, nie trendy i nie cool, ale magiczny, piękny, wysublimowany w swym artystycznym wyrazie i mądry.

Dwie aktorki, ale postać jedna: Łukierja. Poszkodowana przez los (w wypadku), odrzucona przez ludzi, żyjąca w swoim świecie bogatym duchowo, choć samotnym i biednym. Wolna, wzlatująca jak jaskółka ku niebu, lekko przeskakująca z marzeń i wyobraźni do życia realnego wypełnionego bólem, cierpieniem, niemocą. Niegdyś najpiękniejsza dziewczyna we wsi, szczęśliwa narzeczona, dziś sparaliżowana na skutek upadku żyje w szopie jakiejś, z dala od ludzi. Od czasu do czasu jakaś litościwa dusza podrzuca jedzenie, jakiś koc. Tyle. Tylko jaskółka, która tam właśnie uwiła sobie gniazdo, jest przy niej. I wspomnienia, które już nie bolą, którymi karmi się jej wyobraźnia, i każda chwila życia, która choć trudna, to jest pełna piękna i swobody. Brygida Turowska – Szymczak stworzyła postać żywą, pełną barw przeróżnych, bogatą wewnętrznie, wolną. Nic jej na tej ziemi nie trzyma poza sparaliżowanym ciałem. Jej umysł jest lekki, szybuje swobodnie po różnorodnych rejonach życia i poezji. Gra postać dwoistą jakby, bo tę niechodzącą dziewczynę i tę pląsającą swobodnie, którą sobie wyobraża. I którą wspomina. Była nie tylko „najpiękniejszą dziewczyną we wsi”, ale i śmieszką, radosną, szczęśliwą. Kochała i była kochana. Nagle ten świat zniknął. Narzeczony ożenił się z inną, zdrową, rodzina ją opuściła, ludzie ze wsi o niej zapomnieli. Aktorka nanizując na swą postać to, co z tekstu Turgieniewa, obserwacji z życia i swojej wrażliwości stworzyła na scenie postać przejmującą. Chwilami nazbyt rozchichotaną (zwłaszcza to zaczyna drażnić w pewnym momencie na początku spektaklu. Nawet w tym chwilami irytującym chichocie nie brzmi fałszywa nuta. Oszczędna w geście i ruchu, z dobrze postawionym głosem i piękną dykcją nie wzbudza współczucia ani tym bardziej litości. Po prostu jest taka, jaka jest. Wśród nas. Przetrącona prze życie, ale nadal piękna, mądra, wrażliwa. Trochę oddalająca się, bo niebawem wśród aniołów się znajdzie. Jej choroba to nie przekleństwa czy kara za grzechy. Ot, stało się. Jak to w życiu. Aktorka bardzo ładnie „wydobywa” cieleśnie z siebie tę drugą, bujającą w obłokach, roztańczoną, lekką jak puch, poruszającą się z wdziękiem i gracją Łukierję. Dwie rzeczywistości: realna i duchowa, obie przeniknięte dozą mistycyzmu. Ta realna, bo znikająca, przybliżająca się do nieuchronnej śmierci, ta duchowa zanurzona w marzeniach, wyobrażeniach „głosach wewnętrznych”. Aktorka z maestrią posługuje się głosem, modulując go adekwatnie do frazy, do wypowiadanych słów, pauzą, mimiką, gestem, modelując nastrój i jego odcienie. Nadrzędne jest słowo, pięknie wyartykułowane i to, co w nim, a także poza nim i pomiędzy. Feeria znaczeń rozsiewana wokół, podpowiadana widzowi w sposób nienachalny i niejednoznaczny, tak, by i sam mógł się w to włączyć ze swoją wyobraźnią i refleksją. Widownia siedzi raczej wsłuchana niż zasłuchana, zagarnięta przez to, co na scenie, ale nie bierna. Jej wsłuchanie w rytm przedstawienia, w jego poezję i pieśń dochodzi do aktorek wznosząc te wzajemne współbrzmienia i wibracje wyżej, wynosząc je poza teatr, bo ten spektakl pozostaje w myśli, sercu, duszy.

Ta druga, ta, która żyje tylko w tej pierwszej, z którą są jak lustrzane odbicia, to już sama swoboda i wolność, to szybowanie w przestworzach jak jaskółka. To życie już innym, bardzo wewnętrznym życiem. Gra ją Roksana Vikaluk - dzieło sztuki samo w sobie. O pięknym, czystym głosie, zwiewna jak sylfida, wręcz zjawiskowa, aczkolwiek epatująca także swą fizycznością, kobiecością. Na kształt, nie demiurga, ale koryfeusza chórów śpiewających w duszy Łukierji wzlatuje wysoko w niebo, wznosi się coraz wyżej, by wkrótce zatańczyć wśród aniołów niebieskich… To ona jest ta prawdziwa Łukierja. Jej śpiewy i pląsy wznoszą ją ku Bogu? Madonnie – matce? Jest piękna Pieta trzymająca Łukierję na kolanach… Roksana Vikaluk śpiewa głosem czystym, jasnym, o miękkim, ciepłym brzmieniu i dużej skali. Żongluje z ogromną swobodą dźwiękiem i słowem, migotliwością nastrojów, ruchem, przekracza granice. Doskonale ze spektaklem, jego nastrojem i refleksją zestrojona. Łukierja i ta druga, nienazwana żadnym imieniem, są jak lustrzane odbicia, ale jednocześnie są od siebie odmienne. Łuklierja sparaliżowana, leżąca na wozie, wypatrująca jaskółki, która ją odwiedza, marząca i myśląca to Łukierja cielesna. Tylko czasem się wsłuchuje w siebie, dopuszcza do głosu tę wewnętrzną, ale jeszcze wstrzymywaną przez fizyczność schorowanego ciała. Śpiewająca ukraińskie dumki i czastuszki (po ukraińsku, co doskonale współgra z klimatem przedstawienia) druga Łukierja to już sama wolność i kreatywność.

Znakomicie skomponowane plastycznie i przestrzennie są sceny, w których obie Łukierje są wzajemnym lustrzanym odbiciem. Świetny teatralnie pomysł. Obie znowu jakby się przenikają, ale i są osobne, też same i nie też same. Zagadkowe, tajemnicze, człowiecze. Spektakl jest pretekstem do rozmowy o człowieczym losie, człowieczej kondycji, człowieczym przemijaniu. I „człowieczeństwie” jako takim. Mądrym ku takim rozważaniom, przemyśleniom impulsem. Każdy tęskni, każdy marzy, każdy potrzebuje koło siebie piękna. Świadczą przecież o tym nie tylko gromadzone w muzeach dzieła sztuki, historia muzyki czy teatru, ale i zwykły człowieczy los. Już praczłowiek pozostawił po sobie naskalne rysunki, już i on tańczył i śpiewał z potrzeby duszy, umysłu i serca. Na żyznej glebie narodu, gdzie rosną pokrzywy, łopiany i osty i tak wrażliwa na piękno istota, jak Łukierja, zakwitnie, zabrzmi, wybrzmi. „Szczęście nie ma jutra, nie ma ono też wczoraj, nie pamięta przeszłości, nie żywi się przyszłością, w nim jest tylko teraz, i to nie dzień nawet, a chwila tylko”… W chaosie codziennych zdarzeń i wydarzeń, hałaśliwym bełkocie mediów, podniecaniu się sensacjami, a raczej sensacyjkami i plotkami, preparowanej wokół nierzeczywistej rzeczywistości, warto o tym pamiętać. Żanna Gierasimowa, Brygida Turowska – Szymczak, Roksana Vikaluk oraz realizatorzy przedstawienia stworzyli teatr mądry, głęboko ludzki, prawdziwy. Także teatr naszej tęsknoty. Za ludzką twarzą otaczającego nas świata, za wonnymi kwiatami na ziemi pełnej chwastów, pokrzyw, ostów i perzu. One są. W nas. Wystarczy w sobie chcieć dostrzec jaskółkę. Zachwyca też mistrzowskie wręcz opanowanie warsztatu aktorskiego i reżyserskiego. Poziom, gdzie już mówi się o kreacji. Niezwykle dziś rzadkie zjawisko.

Justyna Hofman - Wiśniewska

Szczęście jak iskierka

Scenariusz nawiązuje do melancholijnego opowiadania iwana Turgieniewa. Bohaterka, którą wypadek wykluczył poza społeczność wsi, wegetuje samotnie, ale w tym zredukowanym trwaniu odnajduje piękno każdej mijającej chwili, szczęście jak iskierka,. Pomagają jej w tym wspomnienia i pojawiające się widmo jej alter ego - roztańczonej, rozśpiewanej, radosnej wróżki-anioła. Trwając na granicy egzystencji z wolna upodobnia się do cierpiącej Madonny.

Spektakl niesie muzyka, pieśni z czułością i talentem wyśpiewane przez Roksanę Vikaluk, delikatność Brygidy-Turowskiej w roli wiejskiej kaleki, podkreślane pomysłową scenografia, opartą na bardzo skromnych możliwościach Małej Sceny Rampy. Ale i takich warunkach Żanna Gierasimowa potrafi wyczarować zmienne nastroje, sugerowane piękno ludowego stroju, a nawet groźną burzę. Nastrojowy, bardzo słowiański, z przymieszką goryczy, ale krzepiący spektakl o zwycięskiej sile życia.

Tomasz Miłkowski

Iwan Turgieniew, „Jaskółka”; adaptacja, tłumaczenie, reżyseria i scenografia: Żanna Gierasimowa, opracowanie muzyczne i przygotowanie wokalne: Svietlana Butskaya; Teatr „Rampa”, 9 grudzień 2009.

Justyna Hofman-Wiśniewska, Tomasz Miłkowski
Stolica
21 maja 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...