Jazz. Czas. Interpretacje.

"Ecce Homo!!!" - reż. Krzysztof Majchrzak - Teatr Collegium Nobilium

By niepotrzebnie nie trzymać nikogo w niepewności, ale też nie grzmieć sztampowo: „Oto człowiek – oto dyplom!!!" (obowiązkowo z potrójnym wykrzyknikiem), wyjaśnienie należy się od razu. Chapeau bas dla Krzysztofa Majchrzaka za pomysł i odwagę w poprowadzeniu studentów przez meandry tej rozbudowanej wielopoziomowo historii; chapeau bas dla aktorów, którzy z olimpijską kondycją przez pięć godzin generują energię tak niezwykłą, że zatraca się poczucie czasu, miejsca, a przede wszystkim bezpieczeństwa we własnej głowie.

Scenariusz ECCE HOMO!!! powstał na podstawie powieści pt. Kuracja według Schopenhauera. Nim parę słów o samej fabule, poświęćmy sekundę na powtórzenie sobie w duchu poglądów rzeczonego filozofa. Teraz natomiast przez chwilę wyobraźmy sobie, że mogłyby stanowić podstawę jakiejkolwiek kuracji. Gotowi? No to jesteśmy w domu. Grupa młodych ludzi spotyka się co tydzień na sesji terapeutycznej pod okiem specjalisty. Dzielą się traumami z przeszłości, przegadują problemy, z którymi mierzą się na co dzień, lecz szybko okazuje się, że prawdziwy dramat rozgrywa się tu i teraz, wewnątrz ich małego grona. Od momentu pojawienia się w grupie cynicznego Filipa wydarzenia nabierają rozpędu, a bohaterowie – odwagi. Filip, najbardziej nieszczęśliwy z nich wszystkich, bo znieczulony doktryną Schopenhauera, próbuje konkurencyjnych metod terapii. Jego wtargnięcie na spotkania działa jak szczepionka: prowadza wirus do wnętrza organizmu, w tym wypadku do grupy, która zatraciła zapał do cotygodniowych wynurzeń. Nagle każdy musi się bronić i konfrontować z prawdą – być może pierwszy raz w życiu.

Preludium właściwej historii ukazuje panoramę świata ludzi z marginesu społecznego. Wśród bohaterów poznajemy ulicznego grajka (Jakub Gawlik), prostytutkę (Joanna Sokołowska), starą kobiecinę oraz łączącego wątek realiów życia na ulicy z realiami ekskluzywnej sesji terapeutycznej w Nowym Jorku – doktora Davida Hertzfelda. Poznajemy go już w – utrzymanej w Dickensowskich klimatach – uwerturze, gdzie Sebastian Fabijański znacząco ociepla tę postać. Pozostałe postaci znikają. Jednak to, czego David nauczył się od nich, wpływa na jego empatyczne podejście do drugiej istoty ludzkiej. O dwóch wspomnianych rolach studentów II roku aktorstwa łatwo zapomnieć. Dopiero w końcówce spektaklu przypominają nam o sobie i wtedy odsłania się ich znaczenie, bo dopełniają obrazu postaci Davida. Właściwie to bardziej zasługa dobrze napisanego scenariusza, niż gry aktorskiej, ale w tym wypadku jest to zasłużony komplement.

W głównej części spektaklu dzieje się coś niezwykłego. Terapia bohaterów przekłada się na widzów. To na pewno po części efekt rozplanowanej przestrzeni scenicznej: aktorzy grają na wąskim podeście pośrodku zwróconej do siebie twarzami widowni, po jej bokach oraz na schodach, umieszczonych po obu końcach niewielkiej sali. Choć spojrzenia i gesty aktorów nigdy nie kierują się bezpośrednio w stronę publiki, to wcale nie chroni widzów przed kontaktem z tym, co dzieje się na scenie. Światła odsłaniają wszystkie twarze, jak więc zachować się wobec braku intymności, którą zwykle daje przyjemna ciemność, osnuwająca rzędy foteli? Szansę na ochłonięcie dają multimedialne przejścia pomiędzy kolejnymi scenami, podczas których sala jest całkowicie zaciemniona. Na potrzeby wyłożenia filozofii Schopenhauera posłużono się projekcjami nagrań, na których czyjaś dłoń zdecydowanymi pociągnięciami pióra wypisuje na papierze maksymy myśliciela. Zgrzyt ruchu podkreślającego nazwisko przewierca mózg; odgłos wybuchu, kończący każdą scenę i nabrzmiewający przenikliwy pisk (towarzyszący zazwyczaj uczuciu ogłuszenia) nie pozwala na wyłączenie się z uczestnictwa w spektaklu.

Mocną stroną przedstawienia jest bogactwo treści i przejmujący przekaz. Nawet gdyby opowieści bohaterów rozgrywały się zupełnie inaczej, i w związku z tym były mniej lub bardziej atrakcyjne, na drugim planie pozostaje świetny materiał filozoficzny. Czy zbiór przytoczonych sentencji Schopenhauera komentuje przebieg akcji, czy może poprzedza go bądź prowokuje? Jakie znaczenie ma dobór tychże fragmentów? Wszystkie przemyślenia składają się już na pracę widza. Otwiera się rozległe pole do interpretacji. Szczęśliwie, bo nie ma obiektywnej miary w ocenie wrażliwości i wyobraźni odbiorcy.

Zdarzają się potknięcia, lecz są to niedociągnięcia możliwe do poprawienia. Zbytnia dbałość o wybrzmienie każdej pojedynczej wypowiedzi sprawia, że dialog – przynajmniej na początku – nie przebiega płynnie, a rozmowy mają charakter wymiany niezwiązanych ze sobą emocjonalnie wypowiedzi. Z powodu nienaturalnych pauz aktorzy wydają się niepewni siebie – wielka szkoda, bo przecież to wyłącznie wrażenie! Wraz bowiem z postępującą akcją rozwijają swoje role, prezentując wachlarz artystycznych umiejętności, ze zdolnością prowadzenia pełnego niuansów dialogu na czele. Warto też popracować nad  przedstawianiem stanu osoby znajdującej się pod wpływem alkoholu, bo obie tego typu sytuacje zakrawały na parodię. Po trzecie – i najważniejsze, jak sądzę – występuje tu drażniąca tautologia gestu?. Zbyt wiele używa się na przykład samego ruchu rąk, żeby podkreślić stany emocjonalne bohaterów. Tego typu błędy na pewno nie wynikają z niedostatku umiejętności albo niezaangażowania w pracę, ale być może z braku oglądu całości przedstawienia. Nadanie wielogodzinnemu spektaklowi jednolitego tempa i właściwe rozłożenie akcentów to, miejmy nadzieję, kwestia kilku kolejnych wieczorów.

ECCE HOMO!!!, prócz posiadania wielu cech dobrego przedstawienia, jest przede wszystkim pracą dyplomową studentów ostatniego roku aktorstwa. Należy im się kilka słów podsumowania.

Prym wiodą kreacje aktorskie kobiet, czyli Anety Gołębiewskiej i Małgorzaty Mikołajczyk. Ta pierwsza – balansująca na granicy uroczej dziecięcości z psychiczną dojrzałością, impulsywna i bezkompromisowa, z łagodnością w oczach i przekleństwami na ustach – wciela się w niesprawiedliwie odtrąconą młodą dziewczynę, która zamiast leczyć swą duszę, z zacięciem pielęgnuje w sercu nienawiść. Przemiana, jaka w niej zachodzi, inicjuje punkt kulminacyjny całej terapii. Bohaterka Małgorzaty Mikołajczyk uosabia kobietę fatalną. Jest pociągająca, pełna powabu i kobiecości, a jednocześnie zachowuje się wyniośle. Podobna postać mogłaby równie dobrze pracować w korporacji bądź na poczcie, beznamiętnie wprowadzając dane do komputera. Wydaje się, że tego typu osoba musi być pewna siebie, ale wyczuwamy, że dręczą ją kompleksy. Zaskakująca jest siła głosu, jakim dysponuje Mikołajczyk. Obie role przygotowane są właściwie bezbłędnie.

Ecce homo/ fot. B. Warzecha

W duecie Mateusz Nędza (Filip) i Sebastian Fabijański (David) nie można mówić o rywalizacji, która istnieje między ich postaciami. Ich role nie są sprzężone ze sobą na zasadzie kontrastu, co sprawia, że bez szwanku dla zachowania równowagi sił ucieleśniający miłosierdzie David może odsłaniać mniej rycerskie cechy swojego charakteru, a z kolei śliski i wywyższający się Filip raz po raz może przełamywać stereotyp granego „typu osobowości". Fabijański jest motorem przedstawienia, bo to na losach jego bohatera zasadza się cała opowieść. Gdy trzeba, skupia na sobie całą uwagę, gdy ważniejszy jest ktoś inny – usuwa się w cień. W pierwszej części przedstawienia przez kilkanaście minut gra bardzo dobry monodram. Mniej „iskrzy" w dialogu, ale za to znów świetnie odnajduje się w grze niemej. Wyszła więc rola nierówna, ale za to bardzo kompleksowa???. Mateusz Nędza ma do zagrania coś bardziej subtelnego – przez większą część przedstawienia ukazuje Filipa w jednym tonie. Czai się w nim jednak coś niejednoznacznego i niebezpiecznego, momentami charyzmatyczny „zimny drań" zmienia się w szaleńca. Nędza szkicuje go zdecydowanymi środkami – z rękami w kieszeniach, przemawiający wysoko ustawionym głosem, buja się na krześle w oddaleniu od grupy i lustruje wszystkich badawczym wzrokiem. Przydałoby się tylko czasem mocniej zaakcentować różnice między momentami, gdy coś naprawdę porusza Filipa, a tymi, gdy wykłada swoją – pardon, Schopenhauera – filozofię wyłącznie dla świętego spokoju.

Julian Świeżewski w roli lekarza jest postacią chyba najbardziej enigmatyczną. Choć boryka się  z problemami, a jego bohater stara się rzetelnie korzystać z dobrodziejstw kuracji, tkwi w nim pewna tajemnica. Jest wycofany i zamyślony. Używając określeń rodem z teatru wschodu, jest „obecnie nieobecny". Dystans, który tworzy, jest namacalny. Podkreśla swoją obecność zarówno milczeniem, jak i wybuchami frustracji. Co innego Gill w wykonaniu Piotra Marzeckiego – wypełnia się temperamentem w skrajnych stanach emocjonalnych, jak gdyby tylko przyparcie bohatera do muru odsłaniało wielowymiarowość tej roli. W momentach nie wiążących się z dramatycznymi przełomami dla postaci Gilla, Marzecki gra pogodnie, komediowo, stając się panaceum na depresyjne stany pozostałych uczestników terapii. Natomiast Piotr Bulcewicz, grający Tony'ego, świetnie odnajduje się przedstawianiu prostego, wyluzowanego chłopaka, który swoją bezpośredniością wcale nie ośmiela innych tak, jak się może wydawać na samym początku. Nosi kowbojski kapelusz i koszule w kratę, pierwszy rwie się do zabawy, lecz ma kilka momentów, w których odsłania swoją wrażliwość. Budzi sympatię, ale potrafi też zirytować. Przegląd i porównanie kreacji aktorskich nasuwa pozytywny wniosek, że żadna z nich nie jest powieleniem jakiegoś ogólnie przyjętego wzorca, ani też nie występuje w charakterze tak zwanego „drzewa" lub „krzaka", czyli nie jest elementem wypełniającym drugi plan, dryfującym bez określonego przeznaczenia.

Jak na dyplom aktorski przystało, nie mogło obejść się bez zwyczajowego „przeglądu talentów". Tutaj zabrakło wprawdzie wdzięcznej umiejętności skręcania papierosów, której to możemy przyjrzeć się w Tonacji blue, ale jestem przekonana, że wzruszające wykonania kolędy, pieśni gospel z akompaniamentem na pianino i flet poprzeczny, akordeonowej przyśpiewki oraz trzech różnorodnych kawałków tanecznych jest uczciwą wymianą!

Czasem tak jest, że krytyk się rozpisze. Może robi to dlatego, że chciałby przyjrzeć się wielu fragmentom raz jeszcze. Może wie, że coś mu umknęło i ma nadzieję, że odpowiedzi przyniesie mu pisanie. A może chciałby w ten sposób pozbierać w całość mozaikę tego, co jawi mu się jako obietnica czegoś bardzo wartościowego – ocenę tym razem pozostawiając innym.

Agata M. Skrzypek
Teatrakcje
5 maja 2014

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia