Jest jak smoczyca

Portret Anny Polony

W tym roku Anna Polony odebrała nagrodę Mistrza Mowy Polskiej, na Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Telewizji "Dwa Teatry" w Sopocie uhonorowano ją Wielką Nagrodą za całokształt osiągnięć. Wcześniej, za wybitne zasługi dla kultury nagrodzono ją Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski i Złotym Medalem Gloria Artis.

Były też inne nagrody i wyróżnienia. Niedawno ukazała się wydana przez Radio Kraków płyta z rejestracją "Sklepów cynamonowych" w jej wykonaniu. W macierzystym Starym Teatrze gra w "Chłopcach". A ściślej rzecz ujmując w styczniu zagra w trzech ostatnich przedstawieniach.

Właśnie rozstała się ze Starym Teatrem. Po 50 latach pracy. Odchodzi w geście sprzeciwu wobec stylu tworzenia teatru przez nową dyrekcję, wobec prowokacji dotyczącej Konrada Swinarskiego podczas prób "Nie - Boskiej komedii".

- Nie chcę rozmawiać o Starym Teatrze, bo to dla mnie bardzo smutne i bolesne. Podobnie czułam się podczas rozwodu przed wieloma laty. Dziś lubię wspominać młodość i pierwsze lata krakowskiej szczęśliwości - zapowiedziała aktorka na samym początku.

I tak będzie. Bo ten tekst to historia jej życia.

Anna Polony jest rodowitą krakowianką, choć dziadek był z pochodzenia Węgrem. Przez wiele lat mieszkała niemal w sercu Krakowa w mieszkaniu, w którym przed wojną rodzice prowadzili zakład introligatorski. Po okupacji mama go zlikwidowała. Nie znała swojego ojca, urodziła się bowiem po jego śmierci, ale wie, że gwałtowny charakter: buntowniczość, wybuchowość, a także ambicje, właśnie po nim odziedziczyła.

- Moja mama była bardzo silną osobowością. To ona scalała całą naszą rodzinę. Dom zawsze był miejscem, w którym czuliśmy się otoczeni miłością, opieką i mieliśmy poczucie stabilności. Nawet jeśli nie było poczucia bezpieczeństwa - bo czasy okupacji, potem komunizmu temu nie sprzyjały - to mama zawsze stwarzała wokół siebie niezwykłą aurę. Była surowa, ale dla mnie wyrozumiała. Od czasu do czasu dostawałam od niej lanie lub stosowała inne kary, żeby mnie poskromić. W dzieciństwie nic nie zapowiadało mojego diabelskiego charakterku - zarzeka się aktorka.

Jaki diabeł? To grzeczna dziewczynka była

Była grzecznym dzieckiem, wszystkiego się bała. Nawet pójścia do szkoły. - Pamiętam ten pierwszy dzień: strasznie płakałam. Uspokoiła mnie dopiero nauczycielka, kiedy zarządziła śpiewanie piosenki. I tam, w pierwszej klasie podstawówki zaczął się mój romans ze sceną. "Idzie, idzie dziadziuś siwy,/ poprzez łąki, poprzez niwy, ma na plecach wór/. Idzie, idzie do tej chatki, gdzie mieszkają grzeczne dziatki, dla niegrzecznych wzór - jak się domyślasz to wierszyk o Św. Mikołaju.

Była ubrana w niebieską sukienkę i miała niebieską, wielką kokardę na głowie. A ów debiut miał miejsce na scenie Klubu Kolejarza, przy ulicy Filipa. Tam też była później scena kameralna Teatru Słowackiego, w którym grała po szkole, przez cztery lata.

- Właśnie tam zagrałam pierwszą moją prawdziwą rolę dramatyczną w sztuce mojej koleżanki, Romy Ligockiej "Dwa razy południe". W Słowackiego byłam też Janielką w "Królowej przedmieścia" i Marcysią w "Don Juanie" reżyserowanym przez Bohdana Korzeniewskiego. W Słowackiego, a potem w Starym byliśmy razem z Markiem Walczewskim. W 1961 roku wzięliśmy ślub. Byliśmy razem do 1974 roku. On szalony, ja szalona - widać za dużo było tego szaleństwa jak na jedno małżeństwo. Nigdy potem nie wyszłam za mąż, bo ślub kościelny jest tylko jeden.

Ale najpierw była przecież szkoła teatralna - najpiękniejsze lata, zdaniem aktorki. Czas, kiedy nie masz już, jak w gimnazjum, narzuconych przedmiotów, których niekoniecznie chcesz się uczyć, czas już rozluźnionej dyscypliny domowej... - Co tu dużo gadać, młodość zawsze człowiek wspomina najmilej. Nie, nie chciałam w młodości przewracać świata do góry nogami, jak to często próbuje młodzież. Zawsze byłam humanistką, lubiłam poezję, chciałam opowiadać o swoim widzeniu świata, o postrzeganiu życia, o szukaniu odpowiedzi na pytania, które mnie dręczą.

Jakie pytania dręczyły młodziutką studentkę?

Dlaczego.... Dlaczego żyjemy, dlaczego cierpimy, dlaczego musimy umrzeć. W szukaniu odpowiedzi na te pytania pomagali jej wspaniali przedwojenni profesorowie, wielcy aktorzy: m.in. Wacław Nowakowski, Władysław Woźnik, Mieczysław Kotlarczyk - twórca słynnego Teatru Rapsodycznego, Maria Malicka, Halina Gallowa.

To oni uczyli elegancji, klasy, wyrazistego słowa, gestu. -Jakże to wszystko było inne od dzisiejszego wariackiego teatru, w którym słowo nie ma swojej wagi, a tekst wielkiego dramaturga nie jest szanowany przez reżyserów. Nie wspominając już o urodzie obyczaju, która praktycznie odeszła w zapomnienie.

Te wspomnienia lat szczęśliwych coraz częściej do niej wracają. Są niezwykle żywe, radosne, ciepłe i kolorowe. Bo szkoła to nie było tylko zdobywanie wiedzy o zawodzie, świecie. To także były szalone lata wspaniałych zabaw. -No przecież nasz rok był nie tylko zwariowany ale i towarzyski, wystarczy, że ci wymienię między innymi Jurka Bińczyckiego, Marka Walczewskiego, Tadka Kwintę, Janusza Zakrzeńskiego czy Olę Górską. Wspaniałe lata w cudownym towarzystwie.

Lubiła życie towarzyskie, choć do wódki głowy nie miała wcale

Anna Polony nie kryje, że zawsze bardzo lubiła życie towarzyskie. W domu często bywali goście, a podczas rodzinnych obiadów królował słynny krupnik.

- W młodości uwielbiałam towarzystwo. A że miałam kompleksy z powodu braku urody, i chciałam się podobać, więc kokietowałam panów, by być zauważoną. Lubiłam też włóczęgi po Krakowie, całonocne rozmowy w SPATiF-ie. Tylko do wódki byłam kiepskim kompanem: dwa kieliszki zwalały mnie z nóg - nie ukrywa Anna.

Jak wiedzą przyjaciele, znajomi i studenci pani profesor, jej charakterek nie jest łatwy.

Po raz pierwszy pokazała rogi w liceum. - Z całej czwórki rodzeństwa największym wulkanem był brat, prokurator. Natomiast pewności siebie nabrałam w szkole teatralnej, jako zdolna studentka, a potem w zawodzie, kiedy poczułam, że jestem cenioną aktorką. Wtedy na dobre ujawnił się mój charakterek.

- Hanka jest osobą zupełnie wyjątkową - mówi Józef Opalski, pedagog i reżyser. - Rozkoszna w swoich awanturach, cudowna na scenie, uwielbiająca studentów. Matkowała im w chorobie i... ochrzaniała ich fundamentalnie. Ma cudowne poczucie humoru na swój temat. Jest kłębowiskiem sprzeczności.

Jest jak smoczyca. Gdy jest zadowolona lekko faluje ogonem

- W szkole teatralnej to się pani Ani bardzo bałam - mówi z kolei aktorka Sonia Bohosiewicz. -To była moja najsroższa pani pedagog; często powodowała, że płakałam. Krzyczała na przykład, że jestem za wysoka, że mam być niższa, jak do mnie mówi. Nawet nauczyłam się trochę przykucać... A potem się okazało, że prof. Polony jest po prostu cudownym człowiekiem - o czym mogłam się przekonać, gdy grałyśmy w Krakowie i w Katowicach w "Twórcach obrazów". Jak sądzę, Pani Ania bardzo chciała, żeby się jej studenci bali; A jest tak kruchą istotą o gołębim sercu.

I wyznaje: - Tak naprawdę Pani Ania jest smoczycą, która ma wirtualny ogon i jak jest zadowolona, to nim lekko faluje, a jak jest zdenerwowana, to energicznie uderza nim o podłogę. Ale trzeba dostać od Pani Ani przyzwolenie, by ten ogon zobaczyć.

Miłość do teatru Anna Polony wyniosła z domu. Mama kochała teatr, siostra Zofia marzyła o zawodzie aktorki i tę miłość przelała poniekąd na Annę.

- Mama przyjaźniła się z panią Bronisławą Janikowską, świetną suflerką, która jeszcze mnie suflerowała. Jako ośmioletnią dziewczynkę zabrała mnie do Teatru Słowackiego na przedstawienie o wojnie "Dom pod Oświęcimiem" Tadeusza Hołuja. Grała w nim wielka aktorka Aleksandra Śląska i Tadeusz Kondrat, ojciec Marka. Mam w oczach obraz: siedzą na scenie i nagle wchodzą mężczyźni w mundurach. Przestraszyłam się, ale ten świat sceniczny wydał mi się fascynujący. Podobał mi się bardziej niż ten prawdziwy.

Po latach spędzonych w "Słowaku" aktorka związała się ze Starym Teatrem, tworząc w nim wybitne kreacje w spektaklach m.in. Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego, Andrzeja Wajdy, Jerzego Grzegorzewskiego czy Kazimierza Kutza. Była niezapomnianą Muzą w "Wyzwoleniu", Idalią w "Fantazym", Rachelą w "Weselu", Ofelią w "Hamlecie" oraz Selmą w "Twórcach obrazów".

W pamięci wielu widzów do dziś pozostaje jako neurotyczna Dulska w spektaklu teatralnym i serialu telewizyjnym "Z biegiem lat, z biegiem dni". Rewelacyjna w spektaklu "Król umiera czyli ceremonie" i w filmie "Rewers". W tym ostatnim stworzyła niezapomnianą kreację, uhonorowaną nagrodami. Przez wiele lat była pedagogiem w krakowskiej PWST, gdzie pełniła także funkcję prorektora.

Rolą Orcia w "Nie-Boskiej komedii" w reżyserii Konrada Swinarskiego zaistniała jako znakomita aktorka. Była z reżyserem zaprzyjaźniona, a o jego teatrze tak dziś mówi:

- Jego przemyślenia wynikały z głębokiej analizy tekstu, z doświadczeń człowieka XX wieku i ze znajomości historii. On wkładał w swoje spektakle całą swoją duszę i całe serce. Swoją miłość do Polski, którą wybrał na ojczyznę. Kochał nas z naszymi zaletami, wadami. Obecny teatr, w ogóle sztuka współczesna, z lubością pokazuje brzydotę świata i człowieka, a człowiek i świat mają dwie strony: piękno i brzydotę. I teatr winien pokazywać tę dwoistość. Bez niej jest ubogi.

Teatr może być poszukujący, prowokujący, nawet bolesny - taki był przecież między innymi teatr Kantora, Grotowskiego i również Swinarskiego - ale nie chamski, brutalny, poniżający i obrażający. Konrad prowokował niektórymi sytuacjami scenicznymi, ale to była prowokacja intelektualna, a nie dla wywołania skandalu.

Najlepszym tego przykładem była scena Improwizacji w "Dziadach". Swinarski, Kantor, Grotowski prowokowali, ale u podstaw tej prowokacji leżał dramat człowieka, a nie jego karykatura. Jak dziś.

- I koniec o młodej sztuce. Ostatnio bardzo mnie zajmuje poezja, którą zawsze kochałam. W radiu zrobiłam wraz z siostrzeńcem, Andrzejem Mrowcem, adaptację tomiku poezji Ewy Lipskiej "Miłość pani Schubert". Dzięki Ance Dymnej i jej Salonowi Poezji z wierszami mam dużo do czynienia. W Polsce w wielu teatrach czytam dziesiątki wierszy, m.in. Wisławy Szymborskiej, z którą byłam bardzo zaprzyjaźniona.

Kiedy Anna Polony obchodziła swe 45 - lecie w "Starym" jubel był na sto fajerek. Pojawili się na nim między innymi sceniczni amanci aktorki. Kwiaty i komplementy wniósł na scenę Jan Nowicki. Z nim najbardziej lubiła się całować. Oczywiście artystycznie. Z wierszem i wielkim czerwonym sercem wystąpił Aleksander Fabisiak, Jerzy Trela z kolei ofiarował aktorce żółte tulipany - takimi samymi kiedyś, podczas "Fantazego", postanowił przerwać długą, wzajemną obrazę.

Stara miłość nie rdzewieje. Anna Polony wraca do Słowackiego

Niebawem, po 53 latach od debiutu, znów ujrzymy Annę Polony na scenie, ale tym razem... teatru Słowackiego. Tam właśnie aktorka rozpocznie w nowym roku próby do świetnie napisanej i zabawnej sztuki "Arszenik i stare koronki", którą wyreżyseruje Krzysztof Babicki, absolwent krakowskiej PWST, który przed laty zrealizował w "Starym" znakomite "Termopile polskie" z Anną Polony w roli Carycy Katarzyny.

- Przez całe życie krzyczałam ze sceny o ludzkim dramacie w sztukach Szekspira, tekstami Mickiewicza, Krasińskiego Słowackiego, Wyspiańskiego. A teraz jestem już mocno dojrzałą kobietą i chcę się trochę na scenie zabawić. Jak za dobrych czasów, znów zagram rolę tytułową, czyli... arszenik. No bo chyba nie sądzisz, że stare koronki!

Wracam na deski Słowackiego, bo jak widzisz, stara miłość nie rdzewieje.

Jolanta Ciosek
Dziennik Polski
29 grudnia 2013
Portrety
Anna Polony

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia