Jestem dyrektorem szczęśliwym

rozmowa z Andrzejem Sewerynem

Moja walka to akty artystyczne i obywatelskie. Ta walka trwa, ponieważ poziom kultury teatralnej w Polsce nadal pozostawia wiele do życzenia - mówi w Stolicy Andrzej Seweryn, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie.

Przemysław Skrzydelski: W styczniu 2016 r. minie pięć lat, od kiedy jest Pan dyrektorem Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. To dobry moment, by dokonać podsumowania: co się udało, a co nie? Andrzej Seweryn: - To zabawne, ponieważ pierwszych podsumowań dziennikarze żądali ode mnie już po trzech miesiącach, później zaś w ogóle o to nie pytali. Pięć lat to natomiast okres, który rzeczywiście skłania do spojrzenia wstecz.

Swoją dyrekcję zacząłem paradoksalnie od dymisji. Kiedy w 2010 r. okazało się, że Urząd Marszałkowski [Województwa Mazowieckiego - red.] został zmuszony do radykalnego zmniejszenia dotacji, uznałem, że nie mam szans na realizację zaproponowanego przeze mnie programu. Na szczęście kilka miesięcy później dotację zwiększono, a 1 stycznia 2011 r. objąłem dyrekcję Teatru Polskiego. Od tego czasu rok w rok budżet - niestety - jest coraz mniejszy.

Finansowany z środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego Teatr Narodowy ma dotację dużo większą niż Teatr Polski...

- Mimo tych finansowych problemów udaje nam się wypełniać zasadniczą część misji, też dzięki wsparciu naszych partnerów strategicznych, którymi są PKO BP i PGE, a także naszych przyjaciół z Klubu Mecenasów Teatru Polskiego. Ostatnie lata to - dzięki pomocy Unii Europejskiej - czas modernizacji Teatru Polskiego. Dziś mogę powiedzieć, że mamy scenę i zaplecze na najwyższym europejskim poziomie. Proszę spojrzeć na moje notatki z lat 2009-2010. Są to plany dla Teatru Polskiego. Oto przykłady rozdziałów: "Idee", "Reżyserzy", "Aktorzy", "Repertuar", "Sezony". W rozdziale "Idee" zapisałem w 2009 r., jeszcze przed formalnym objęciem dyrekcji: "Teatr polskiego repertuaru, teatr chrześcijański, żywa obecność pytania o istnienie Boga". Nie dopisałem tego po 25 października tego roku ani po wyborach w maju, ale zanotowałem właśnie wtedy - ponad sześć lat temu! Są również fragmenty moich zapisków: Obecności wymiana ze Wschodem: "Litwa, Łotwa, Estonia, Teatr dla dzieci, Teologia teatru". Z nich jestem bardzo dumny, bo w tych sprawach udało się dużo zrobić, wystarczy szczegółowo śledzić nasz repertuar.

Przypomnijmy: kontakty ze Wschodem to choćby spektakl "Zwiastowanie" Paula Claudela w reżyserii Lembita Petersona z 2012 r. Jeśli chodzi o repertuar dla najmłodszych, to cały czas są mocno obecne: "Królowa Śniegu", "Pinokio", "Podróże Guliwera". Teatr chrześcijański, teologia - to z kolei aspekt w moim przekonaniu za Pana dyrekcji niezwykle podkreślany. Dokładnie taki wymiar miała Pana realizacja Irydiona na jubileusz stulecia Polskiego. Silny teologiczny potencjał ujawnił się w "Odprawie posłów greckich" w reżyserii Ryszarda Peryta na Scenie Kameralnej. Powstała cała seria teologicznych debat, ostatnio Beckettowskich.

- Bardzo dużo się u nas dzieje. Teatr Polski to państwo w państwie, poza zespołem artystycznym zatrudnionych jest 138 osób, które służą każdemu przedstawieniu. Kiedy nasi szewcy robią buty, to pracujący u nas artyści zarówno ze Wschodu, jak i z Zachodu są zachwyceni. Kostiumy wykonane do "Wesela" w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego są na najwyższym europejskim poziomie. Jesteśmy w stanie zrobić spektakl za złotówkę, ale nie do tego jesteśmy powołani. Mamy jedną z największych scen w Warszawie i ponad 700 miejsc na widowni, nie mogę sobie pozwolić na to, by była pusta. Niestety, zdarza się, że na polskiej klasyce brakuje widzów - można sobie postawić pytanie, na ile polski widz jest nią w ogóle zainteresowany, choć przecież powinien być. Mówię tu na przykład o "Śnie srebrnym Salomei", "Królu-Duchu" Słowackiego czy "Krakusie" Norwida.

Ale to jest repertuar, o którym Pan marzył, patrząc na Teatr Polski przez lata, z perspektywy nawet oddalonej, jako aktor stałego zespołu Comedie-Francaise?

- Uważam, że jest bliski temu, co chciałem tutaj zaproponować. Oczywiście brak mi "Dziadów" czy "Kordiana", ale są one już w repertuarze Teatru Narodowego - sprawia mi to ogromną radość. Zresztą Teatr Polski to również scena narodowa: ze swoją tradycją, historią powstania, repertuarem, reżyserami. Proszę spojrzeć na nazwiska największych artystów teatru polskiego, prawie wszyscy w jakimś momencie swojego życia artystycznego związani byli ze sceną przy ulicy Karasia. Teatr Polski powstał w czasie zaborów jako prywatna inicjatywa Arnolda Szyfmana, która została zrealizowana dzięki wsparciu społeczeństwa polskiego. Powstanie tego prawdziwie europejskiego teatru było manifestacją polskiego patriotyzmu. Comedie-Francaise, mimo odmiennej historii, pełni podobną funkcję w społeczeństwie francuskim. Nie przez przypadek Francuz, wybierając się do Comedie-Francaise, mówi: idę do Francuskiego. A wracając do kwestii repertuaru, to jestem przecież świadomy, że nie wszystko nam się udaje.

A co się najbardziej udało?

- To, że Teatr Polski jest rozpoznawalny na mapie teatralnej Polski.

Ale z tym jest właśnie problem - o Polskim niemal nikt nie pisze. W ostatnich dwóch-trzech latach krytyka nie komentowała tego, co się u Państwa dzieje.

- Jest pewnie grupa ludzi teatru, którzy postanowili, że nie będą mnie zauważać. A niech nie zauważają. W ciągu ostatnich pięciu lat odwiedziło nas 250 tys. widzów. Na "Króla Leara" przychodzi 700 osób jednego wieczoru. To jest dla mnie ważne. Poza tym już od jakiegoś czasu słyszę, że postmodernizm w teatrze się skończył, że może warto zająć się historią... Cieszę się, że niektórzy wracają do tego, o czym ja mówię od dziesięciu lat. A że ten nie pisze, a tamten nie wspomni... Trudno, jesteśmy przecież w teatrze demokratycznym.

To ciekawy przykład, bo "Króla Leara" z panem w roli tytułowej Jacques Lassalle wystawił w Teatrze Polskim w kwietniu 2014 r., a Jan Klata w swoim Narodowym Starym Teatrze pół roku później. Choć spektakl Klaty nie ma właściwie z Szekspirem nic wspólnego, to mówiło się o nim co niemiara - do tego stopnia, że był on w tym roku jednym z głównych wydarzeń Festiwalu Szekspirowskiego i... zwyciężył w rywalizacji, zdobył pierwszą nagrodę. Przedstawienia z Polskiego nawet nie zaproszono na ten festiwal, choć to były jedyne Leary na naszych scenach w tamtym momencie.

- Prowokuje mnie pan.

Prowokuję.

- To proszę sobie wyobrazić, że ten sam Teatr Szekspirowski, który nie zaprosił naszego Leara na festiwal (co było świętym prawem organizatorów festiwalu), w kwietniu 2016 r. organizuje Tydzień z Teatrem Polskim z Warszawy. Pokażemy wtedy naszą "Królową Śniegu", "Emigrantów" Mrożka, "Końcówkę" Becketta i Szekspirowską "Burzę".

Jak pan widzi, sama nudna klasyka. Nie zmienię swoich gustów i sposobu pracy tylko dlatego, że komuś coś się nie podoba. Nasz "Lear" to bardzo poważna propozycja dla teatru europejskiego. Czy to w ogóle klasyczna realizacja? A multimedia obecne w tym spektaklu to jeszcze nowoczesność czy już nie? A rola kostiumów, gdy się im dokładnie przyjrzeć? W wielu aspektach ten "Lear" jest jak na teraz bardzo oryginalny. Bo dziś oryginalność to robienie swojego teatru, nie zaś powtarzanie wzorów z zewnątrz lub w kółko tych samych pomysłów.

To stary problem: teatr jest dla autora czy autor dla teatru?

- Jeśli pan ogląda u nas "Quo vadis" Janusza Wiśniewskiego, to wie Pan, że on bierze najwspanialsze teksty i robi z tego coś, co nazwać można - i słusznie - autorskim przedstawieniem. Ale czy to oznacza, że jego wizja umniejsza teksty, które realizuje? Te teksty są ukazane w całej swojej głębi. Jestem dyrektorem szczęśliwym, wiem, jakie są nasze braki, jakie zwycięstwa, jaki to fragment drogi i dokąd chcę to prowadzić.

Teatr Polski miał - na pewno w ostatnich dwóch dekadach - opinię sceny muzealnej. Chciał Pan z tym walczyć? A może ta muzealność to rodzaj klątwy podobnej do tej, jaką kiedyś na teatr Ateneum rzucił Konrad Swinarski? Przez wiele lat panowała zresztą opinia, że w Polskim nie da się robić teatru autorskiego.

- Pomijając problemy z definicją teatru autorskiego, chciałbym podkreślić, że w latach, o których pan mówi, w Teatrze Polskim pracowali tak wspaniali twórcy, jak Kazimierz Dejmek, Andrzej Łapicki, Maciej Prus czy Jarosław Kilian. Nie mam poczucia, że ich praca to wspomniana przez pana muzealność. Co ciekawe, Sławomir Mrożek zechciał, aby właśnie tutaj, za mojej dyrekcji, wystawiono jego ostatni dramat - "Karnawał". Nie chciałem walczyć z tymi "panującymi opiniami", trzeba walczyć o coś, a nie z czymś. Moja walka to akty artystyczne i obywatelskie. Ta walka trwa, ponieważ poziom kultury teatralnej w Polsce nadal pozostawia wiele do życzenia. Za funkcjonowanie teatru odpowiedzialni jesteśmy wszyscy: widzowie, którzy wybierają przedstawienia, na które kupują bilety, artyści, którzy powinni się stale kształcić i szanować pieniądze publiczne, władza, której nie wolno traktować teatrów jak przedsiębiorstw ekonomicznych. I krytycy, którzy mają obowiązek kształtowania kultury teatralnej. A swoją drogą wiara w klątwy jest zaskakująca w tak racjonalnym społeczeństwie jak polskie, ale przyjmuję taką refleksję. Mam jednak głębokie przekonanie, że jako dyrektor naczelny Teatru Polskiego nie ograniczam twórczości reżyserów, aktorów, scenografów. Czasami to mnie ograniczają zasady prowadzenia instytucji kulturalnej, które - niestety - nie zawsze sprzyjają sztuce.

Planuje pan niespodzianki, jeśli chodzi o repertuar?

- To, o czym z radością opowiadam, to najbliższa premiera - w styczniu - "Dożywocie" Fredry w reżyserii Filipa Bajona. Potem, w ramach naszej współpracy z Uniwersytetem Warszawskim, w ramach obchodów jego dwusetlecia, "Ostatnia taśmę Krappa" Becketta, ze mną w roli tytułowej, wyreżyseruje Antoni Libera. Na spektakl złożą się również "Fragment dramatyczny II" i "Impromptu "Ohio". Później czeka nas premiera "Ukraińskiego Dekameronu" Klima w wersji przygotowywanej przez słynnego ukraińskiego reżysera Vlada Troickiego. Dan Jemmett wyreżyseruje na Scenie Kameralnej "Szkoda, że jest nierządnicą" Johna Forda, a na początku października powróci do nas Jacek Cygan, tym razem jako autor, ze sztuką "Błękitne krewetki". Mam nadzieję, że uzyskamy pomoc MKiDN, by zrobić "Historyję o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim" w reżyserii Gabriela Gietzky' ego. Wznowimy też Szekspirowskie "Burzę" i "Wieczór Trzech Króli", a 29 stycznia 2017 r. odbędzie się premiera "Edypa w Kolonos" Sofoklesa w reżyserii Jacques'a Lassalle'a. To plany, do których warto podejść z refleksją.

Przemysław Skrzydelski
Stolica
22 stycznia 2016
Portrety
Andrzej Seweryn

Książka tygodnia

Osobliwy dom pani Peregrine. Tom 4. Mapa dni
Wydawnictwo Media Rodzina
Ransom Riggs

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski