Jestem feministą - i obowiązki mam feministyczne

"Diabły" - reż. Agnieszka Błońska - Teatr Powszechny w Warszawie

Warszawski Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera od pewnego czasu poszukuje niehierarchicznej, wolnej od dyskryminacji, równościowej formuły, która mogłaby wyznaczać perspektywy i proponować praktyczne rozwiązania dla przekształcenia struktury i stworzenia w jej ramach samorządnej instytucji kultury.

Po szeregu spotkań i dyskusji wzbogacających pomysł interesującymi, przepełnionymi troską i intelektualną refleksją głosami rozmaitych autorytetów zainicjowano partycypacyjny proces badawczy. W efekcie rozmów z pracownicami i pracownikami teatru trzyosobowy zespół (Agata Adamiecka-Sitek, Marta Keil, Igor Stokfiszewski) opisał ideę organizacyjną i zaproponował bezprecedensowy, mogący służyć także innym instytucjom, interwencyjny projekt "instytucji feministycznej". Koncepcja powiązana jest z hasłem towarzyszącym Forum Przyszłości Kultury w roku 2018 ­­­- "Feminizm! Nie faszyzm", z którego przesłanek i wniosków również korzystano. Manifest programowy "Teatr Powszechny - feministyczna instytucja kultury" opisuje perspektywę spodziewanych celów i tłumaczy tytułowe pojęcie znaczące charakter transformacji, która zainicjowana została kilkanaście miesięcy wcześniej:

Feminizacje rozumiemy jako proces odchodzenia od patriarchalnych struktur władzy, zależności i hierarchiczności ku wartościom takim jak: niezależność, troska, dialog i dbałość o wspólnotę. Przeciwstawiamy ja narastającym nastrojom nacjonalistycznym i ksenofobicznym. Przyszłością kultury jest jej feminizacja.

Początkowo nie byłem przekonany, czy "feminizacja" jest najlepszym z haseł określających przyjęte cele ideowe, choć rozumiem je i w pełni podzielam potrzebę ich realizacji. Zastanawiałem się jednak, dlaczego tworzony w Teatrze Powszechnym wzorzec funkcjonowania instytucji miałby być "feministyczny", a nie - na przykład - "wspólnotowy", "równościowy", "antydyskryminacyjny" czy "ekologiczny"? Zdaję sobie sprawę z tego, że trudno ująć jednym słowem pozytywne działania wspólnototwórcze zestawione z potrzebą wyeliminowania "nastrojów nacjonalistycznych i ksenofobicznych". Uniwersalne odniesienie współczesnego rozumienia hasła "feminizm" całkiem jasne stało się dla mnie dopiero po lekturze opublikowanego w październikowym numerze miesięcznika "Teatr", z założenia prowokacyjnego artykułu Macieja Stroińskiego. W tytule szeroko komentowanego i wywołującego żywe reakcje tekstu, którego krytyka przekroczyła ramy środowiska teatralnego, pojawiło się pytanie: "Czy feminizm jest seksizmem?". Jak zastrzega autor - nie ma ono dla niego charakteru retorycznego. Pomimo zaskakującej dla czytelników znających niewybredny styl Stroińskiego liczby odwołań i nawiązań teoretycznych, typowy dla niego cynizm jest oczywisty także tym razem. Zwłaszcza kiedy z przekonaniem stwierdza on ewidentną nieprawdę: "feminizm [...] z walki o kobiety stał się walką z mężczyznami". Być może nie warto byłoby przejmować się tym stwierdzeniem, gdyby nie jego retoryczna siła porównywalna z tą, jaką miało hasło na niesławnym plakacie Wojciecha Korkucia: "Jesteś wredna, brzydka i leniwa - zostań feministką". Tak niedorzeczne wypowiedzi każą mi z dumą przyznać: jestem feministką.

W kraju, gdzie do dzisiaj językoznawcy obdarzeni pewnym autorytetem gotowi są twierdzić, że żeńska forma liczby mnogiej wyrazu "Polak" nie jest im do niczego potrzebna (Halina Zgółkowa podczas dyskusji towarzyszącej debacie z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego "Język a wykluczenie", która odbyła się w Poznaniu 20.02 stwierdziła, że wszyscy jesteśmy "Polakami", a nie Polakami i Polkami i nie rozumie zamieszania dotyczącego "żeńskich końcówek"), mamy jeszcze bardzo wiele do zrobienia. Pracujący na rzecz równości Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera - zgodnie ze swoim mottem - "teatr, który się wtrąca" - może, a nawet powinien być instytucją feministyczną. W ten sposób z eksponowanej pozycji stołecznej instytucji kultury sygnalizować będzie szowinistom, mizoginom, zwolennikom patriarchatu i wszystkim Polkom i Polakom: "jestem feminist(k)ą". Wykorzystując podpowiedź prezydenta Andrzeja Dudy, który chętnie cytuje Romana Dmowskiego, dopowiem, na zasadzie analogii sugerując oczywiste konsekwencje tej deklaracji: "i obowiązki mam feministyczne".

Manifest feministycznej instytucji kultury ogłoszony został publicznie 30 listopada zeszłego roku. Dokładnie tydzień później, 7 grudnia 2019 roku, odbyła się w Teatrze Powszechnym premiera "Diabłów". Oparty na scenariuszu Joanny Wichowskiej spektakl w reżyserii Agnieszki Błońskiej wymownie eksponuje tematy społecznego wykluczenia kobiet oraz zagrożeń i lęków, które system patriarchalny generuje wobec ich wolności i niezależności. W świecie przedstawionym, który nierealistycznie, ale bardzo wymownie przypomina naszą rzeczywistość, szczególny niepokój wzbudza - motywowana potrzebą fizycznej przyjemności - egzekucja prawa kobiety do swobodnego decydowania o sobie i dysponowania własnym ciałem. Inspiracją dla realizatorów przedstawienia był tekst Jarosława Iwaszkiewicza "Matka Joanna od Aniołów". Ich widowisko nie jest jednak jego inscenizacją ani adaptacją. Jedynym czytelnym nawiązaniem do treści opowiadania jest scena egzorcyzmów na zakonnicy uznawanej za opętaną. "Diabły" korzystają z prostej paraleli, która przez długie wieki była zatrważająco skuteczna jako forma represji: kobiecą niezależność względem dominującego systemu opartego na męskiej dominacji można było traktować jak przejaw opętania. Echa tej praktyki powracają dzisiaj w normach relacji społecznych i w nawykach językowych, gdzie nadal pojawia się "opętanie", uzupełniane "histerią", "szaleństwem" czy "rozwiązłością". Tytułowe diabły to męski fantazmat wyobrażający kobiety walczące o własne prawa i domagające się wolności.

Teatr - zwłaszcza teatr, który się wtrąca - ma obowiązki wobec społeczeństwa. Podstawowym jest zabieranie głosu w istotnych sprawach. Kto dzisiaj twierdzi, że artyści powinni unikać polityczności, a sztuka ma być jedynie estetyczna? Przede wszystkim ci, którzy w wyniku podważania istniejących zależności tworzących ustabilizowane relacje oparte na władzy mogą coś stracić. Ponieważ stosunki warunkujące ich pozycje od dawna wrastają bardzo głęboko w tkankę społeczną, nazywane są "tradycyjnymi wartościami", a wszelkie próby ich zachowania i utwierdzenia uważa się za znak ideowego konserwatyzmu. Jego propagatorami nie są dzisiaj tylko osoby uprzywilejowane, ale także ci, którzy pozostają od nich zależni, podlegając dystrybuowanej przez nich wiedzy. Powinnością artystów jest tymczasem podważanie zacementowanych zależności międzyludzkich i instytucjonalnych. Miejscem dla ich działalności jest realny świat żywych ludzi - nie pusta, estetyczna bańka. "Diabły" pełnymi garściami korzystają z lekcji "Klątwy" Olivera Frljicia, która wystawiona została na tej samej scenie niemal trzy lata wcześniej. Wichowska, będąca jedną z dramaturżek tamtego spektaklu, nawiązała w scenariuszu "Diabłów" do rady, której Bertold Brecht udzielił Barbarze Wysockiej podczas rozmowy telefonicznej na początku skandalizującego przedstawienia inspirowanego dramatem Stanisława Wyspiańskiego: "skoro jesteśmy w Polsce, powinniśmy zapytać papieża". Mogła mieć pewność, że wejście na teren religii katolickiej i próba napiętnowania praktyk wykorzystywania władzy, którą posiadają jej przedstawiciele - zarówno w wymiarze symbolicznym, jak i dosłownym - zmąci wodę w polskim stawie.

Zgadzam się z licznymi krytykami "Diabłów" w tej części ich stwierdzeń, że jednym z celów spektaklu Błońskiej było wywołanie oburzenia konserwatywnej części polskiego społeczeństwa i sprowokowanie jej do dyskusji, a może nawet do wyrażenia sprzeciwu. Dewotów i duchownych, ale chyba też część "zwyczajnie" konserwatywnych polskich katolików razić może wiele elementów tego spektaklu: jego plakat, nawiązujący do "cipomaryjki", na którą donosiło do prokuratury Ordo Iuris; scenografia Roberta Rumasa, zamieniająca scenę w wyobrażenie ciepłego i gościnnego wnętrza pochwy; narodowościowe aluzje Oksany Czerkaszyny, ukraińskiej aktorki, która rozchyla przed publicznością nogi, prezentując umieszczoną na kroczu fotografię Stefana Bandery. Kiedy artystka, zwracając się bezpośrednio do widowni, nie znajduje wśród niej "prawdziwego Polaka" gotowego doświadczyć wyuzdanej formy seksu, lekceważąco stwierdza: "jesteście gorsi od tych waszych biskupów. Oni przynajmniej wiedzą, co to seks analny". Kolejne wypowiedziane przez nią zdanie, choć formułowane jest jak obietnica, ma charakter groźby najjaskrawiej łączącej wszystkie składowe teatralnej prowokacji: "zrobię wam rzeź wołyńską w waszych polskich, katolickich dupach".

Na scenie "Diabłów" biskupia purpura przetykana jest egzorcyzmami odprawianymi na kolejnych częściach kobiecych narządów płciowych. Wspomnienie grzechu nierozerwalnie łączy się z masturbacją. Spowiedź to źródło fizycznego podniecenia, choć łączy się z fizycznym i psychicznym bólem. Na scenie sześć aktorek i jeden aktor błyskają nagością, mówią o własnej fizjologii, odgrywają podniecenie i religijną ekstazę. Kilkukrotnie wychodzą do publiczności, kokietując i komplementując konkretnych mężczyzn, by po chwili zasugerować, że są stereotypowymi, szowinistycznymi seksistami. W scenie dedykowanej wszystkim 266 papieżom ironicznie cytują "papieża Pawełka" (Jan Paweł II), który w "Liście do kobiet" z roku 1995 napisał: "Dziękujemy ci, kobieto, za to, że jesteś kobietą!". Wypowiedź tę zestawiają z krytycznie nacechowanym zdaniem teolożki Mary Daly: "if God is male, then the male is God", co prowadzi Arkadiusza Brykalskiego do zaśpiewania piosenki zaczynającej się od słów "Jestem prototypem człowieka, którego ty jesteś nieudolną kopią". Wreszcie w scenie dedykowanej arcybiskupowi Markowi Jędraszewskiemu wszyscy grający w przedstawieniu aktorzy tańczą w ultrafiolecie z tęczowymi opaskami na ramionach. Równolegle z klubową muzyką słychać słowa hierarchy Kościoła mówiącego o "tęczowej zarazie".

Spektakl Błońskiej jest dosadną odpowiedzią na nasilające się w Polsce ataki kierowane przeciwko feminizmowi, środowiskom LGBTQ+ i innym mniejszościom. Angażuje mechanizmy wykorzystywane na scenie Teatru Powszechnego w prezentowanych tu wcześniej manifestach kobiecości ("Bachantki" Mai Kleczewskiej) oraz sposoby formułowania oskarżeń wobec prawodawców nierówności społecznych ("Klątwa" Olivera Frljicia). Na tym tle nie jest może dziełem wybitnym, jednak - nawet jeśli widziany będzie "tylko" jako bezkompromisowa krytyka dyskryminujących stereotypów, która podważa legitymację władzy religijnej do ingerencji w ludzkie ciała - pozostaje niezwykle ważną wypowiedzią artystyczną. Tym bardziej że ma też funkcję edukacyjną.

Najważniejszą postacią "Diabłów" nie są Marek Jędraszewski, Jan Paweł II, Matka Joanna, przykładowa feministka ani żadna kobieta świadoma lub nieświadoma własnej seksualności. Główna bohaterka tego przedstawienia to łechtaczka. Nie zawsze ukryta i nie tak mała, na jaką wygląda, a jednak - przez niedopatrzenie albo ignorancję wynikającą z przyjęcia męskiej perspektywy - "przeoczana" przez całe tysiąclecia. Choć w całości opisana została dopiero w roku 1998 ("prawie 30 lat po tym, jak pierwszy człowiek - mężczyzna - stanął na Księżycu"), już kilkadziesiąt lat wcześniej okazała się jedną z największych przyjaciółek, dających wsparcie ruchom emancypacyjnym. Kobieca rozkosz nie wiąże się jedynie z penetracją podczas stosunku, a nawet wówczas - jak informuje widzów w czasie prezentowanego na scenie "Diabłów" wykładu anatomicznego Karolina Adamczyk - za większość odczuwanych wrażeń odpowiada wewnętrzna część clitoris. Orgazm osiągnąć można na wiele sposobów, do których mężczyzna jest niekoniecznym dodatkiem. Czy to wystarczy, żeby definitywnie pogrzebać patriarchat?

Podtrzymywany narzędziami władzy, utrwalony wzorzec porządku społecznego chwieje się dzisiaj w posadach. Kiedy wreszcie upadnie, z oczu wszystkich zaślepionych ułudą domniemanej równości, o którą wciąż tak trudno, opadną łuski. Przyjęcie feministycznej perspektywy ma moc odświeżania zarówno relacji międzyludzkich, jak i sposobów organizacji instytucji. Oparta na przemocy, hierarchiczna władza nie musi być trwałym elementem świata. Realizacja projektu feministycznej instytucji kultury zapowiada znaczący precedens i możliwość zmiany w wąskiej, ale mającej spore znaczenie ideotwórcze sferze.

Dodatkowa atrakcyjność propozycji Teatru Powszechny wiąże się z tym, że nie unika metod rewolucyjnych: teatr, który się wtrąca, podrzuca butelki z benzyną wrogom wolności, równości i równouprawnienia.

Piotr Dobrowolski
Czas Kultury
13 marca 2020

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...