Jestem z pokolenia poszukującego w teatrze poezji i sensu

Rozmowa z Krzysztofem Orzechowskim

O 45-leciu swej pracy artystycznej, o 16 latach dyrekcji w Teatrze im. J. Słowackiego, powodach odejścia od reżyserii, o panoszącym się na scenach "kokonie bezmyślnego efekciarstwa" oraz swej książce "Podróż do kresu pamięci".

Z Krzysztofem Orzechowskimautorem książki "Podróż do kresu pamięci" rozmawia Wacław Krupiński.

Wacław Krupiński: Rozmawiamy z okazji 45- lecia Twej pracy; ponad jedną trzecią tych lat poświęciłeś Teatrowi im. Juliusza Słowackiego. Warto było?

Krzysztof Orzechowski: - Każdego ranka zadaję sobie to pytanie. I rozmaicie myślę. Ale generalnie - było warto.

Skąd wątpliwości?

- Łatwiej pewnie byłoby mi odpowiedzieć na to pytanie, gdybym wiedział, co będzie dalej. Że odchodząc, zostawiam coś, co ma charakter trwały. Że broniąc wizji teatru, którą mi wpojono, obroniłem ją skutecznie. A przecież nie wiem, co się stanie, gdy opuszczę ten teatr.

Gdy spotkaliśmy się u początku Twej drogi w Słowackim, wywodziłeś tę wizję z przeszłości tej sceny, na której "zderzała się ważna współczesność z dostojną klasyką". I dodawałeś, że duża scena powinna być "nieco akademicką sceną narodową".
I to założenie zostało właściwie niezmienne.

- W zasadzie tak, oczywiście pewne modyfikacje były konieczne. Jak już nieraz mówiłem -ja się teatru nauczyłem w Teatrze Dramatycznym za dyrekcji Gustawa Holoubka. To był mój teatralny uniwersytet. I taki teatr chciałem robić.

Z wielu powodów "Słowak" nie byt wówczas teatrem wysoko notowanym.

- Dlatego przede wszystkim zależało mi na tym, żeby odbudować zespół i odblokować jego wszelkie kompleksy oraz przywrócić rytmiczną pracę artystyczną. I obie te rzeczy na pewno się udały. Powstał bardzo dobry zespół, o czym słyszę od niejednego reżysera. Realizujemy spektakle, które cieszą się uznaniem publiczności.

Gdy rozmawialiśmy po 3,5 roku Twej tu dyrekcji, zapytałem Cię, czy choć raz w tym czasie powiedziałeś sobie "po cholerę mi to było". Usłyszałem "ani razu".

- Nie miałem czasu na takie myśli. Zresztą wiedziałem, że nie będzie łatwo. W Bagateli, którą prowadziłem wcześniej przez dwa lata namówiony przez zespół, także lekko nie było. A zostawiałem ten teatr Jackowi Schoenowi, mojemu zastępcy i zarazem następcy, w poczuciu sukcesu. W Słowackim było jeszcze trudniej. Niedokończony remont głównego gmachu, zdewastowane obiekty, konflikt z Operą, która korzystała przez lata z naszej sceny, do tego zabałaganione w przeszłości problemy własnościowe. Obecnie wszystkie te sprawy są uregulowane. Pozostało tylko sfinalizowanie, dzięki środkom norweskim, rewitalizacji magazynu przy ul. Radziwiłłowskiej, co nastąpi jeszcze za mojej kadencji.

W wydanej właśnie książce wspomnieniowej "Podróż do kresu pamięci" oceniasz, że Twoim największym sukcesem jest Małopolski Ogród Sztuki. Wiem, poświęciłeś tej inwestycji osiem lat; w efekcie ruinę zastąpił obiekt zdobywający nagrody architektoniczne w świecie. A nie jest jednak Twym największym sukcesem wydobycie tego teatru z artystycznej zapaści?

- Jeśli tak uważasz, to jest mi bardzo miło. Jednak kwestie artystyczne nie są do końca wymierne. A MOS to konkret, który stworzyłem własną determinacją i uporem. W trudnych warunkach udało mi się opracować koncepcję, przekonać do niej decydentów, pokonać rozmaite bariery administracyjne, zdobyć środki unijne.

Gdy kończyliśmy rozmowę po 3,5 roku pracy, prosiłem Cię, byś sobie wystawił ocenę,w szkolnej skali z naszych lat - od 2 do 5. Powiedziałeś: "co najmniej 4". A po szesnastu latach co powiesz? Może "co najmniej 4+"?

- Może... Naprawdę uważam, że odniosłem jako dyrektor sukces, choć wiem, że znajdą się tacy, którzy będą mówili, że ten teatr położyłem. Ja moje cele zrealizowałem. Jest, powtórzę, znakomity zespół, są świetne spektakle, ani razu nie było finansowego krachu...

"Poszedłeś w dyrektory" po latach uprawiania zawodu reżysera w Warszawie, w krakowskim Teatrze Ludowym, w Bagateli... Od 18 lat nie reżyserujesz. Nie żal Ci?

- Trochę tak. Ale taką podjąłem decyzję. Uznałem, że łączenie reżyserowania z odpowiedzialnym zarządzaniem teatrem jest nie do pogodzenia. A dyrektorowanie także daje możliwość decydowania o sprawach artystycznych. Zresztą jako reżyser widziałem coraz mniej miejsca dla siebie. Spóźniony postmodernizm, który zapanował w naszych teatrach, odsunął moje pokolenie ze scen. Myśmy robili inny teatr - aluzyjny, metaforyczny... Dzisiaj nie jest nam łatwo poruszać się w obszarach kultury i sztuki, w których zapanował wolny rynek i neoliberalizm. Myślę, że polityka kulturalna to coś bardziej odpowiedzialnego niż odcinanie kuponów jedynie od tego, co zbudowano za europejskie pieniądze, czy od zagranicznych sukcesów naszych artystów. To przede wszystkim troska o wychowanie następnych pokoleń.

"Dla mnie dzisiejszy teatr stał się potwornie nudny, bo jest monotematyczny i naśladowczy" - piszesz w książce. I atakujesz: "Sukces zapewnia teatr politycznej niezgody z domieszką sosu gejowskiego i taki obowiązuje powszechnie".

- Bo tak jest. Choć mój "atak" wyrwany z kontekstu jest uproszczony. Dodam tylko, że ów teatr przybiera coraz częściej oblicze jaj carskiego kabaretu.

Teraz teatr, o czym piszesz, robi się nie dla widza, ale przeciwko niemu.

- I wyklucza się m.in. starszą generację widzów. To, co powinno być teatralnym offem, stało się mainstreamem.

Podoba mi się Twoje określenie "kokon bezmyślnego efekciarstwa", które odniosłeś do głośnych "Dziadów" przeniesionych w czasy kolonializmu i zniewolonych Murzynów...

- I, niestety, takie podejście do sztuki scenicznej bywa ideologicznie uprawomocnione przez tych, co o teatrze piszą i tych, co o nim decydują.

Pięknie wydana książka to taki Twój teatralny testament...

- No, może nie testament, ale summa moich doświadczeń.

W książce wyznałeś: "Do reżyserowania już chyba nie wrócę".

- Bo w nim już się pewnie nie odnajdę. Do pracy reżysera zostałem przygotowany w innych realiach. Nie potrafię traktować teatru jako efektownych igrzysk. Moje pokolenie we wszystkim stara się widzieć głębszy sens, syntezę znaczeń. A w dzisiejszej dobie liczy się autokreacja zmierzająca do osiągnięcia pozycji idola i poklasku cmokierów.

Za to nie wykluczasz powrotu do aktorstwa.

- Niejednokrotne udziały w Salonie Poezji upewniły mnie, że istnieje w dalszym ciągu, może nawet coraz większe, zapotrzebowanie na starszych aktorów, którzy umieją mówić wiersz, prozę. A mnie tego w krakowskiej Szkole Teatralnej nauczono. Może zatem okaże się, że coś jest jeszcze przede mną...

Pamiętam kilka Twoich kreacji w Salonie Poezji; to może monodram?

- Jak już będę wył z nudów, to może i zrobię monodram.

No właśnie, zastanawiam się, co będziesz robił, Ty, tak ogromnie aktywny, gdy opuścisz ten gabinet?

- Spędza mi to sen z powiek. Pewnie będę nadal uczył studentów, pewnie nawet w zwiększonym wymiarze... I będę wspierał Anię w jej Salonie Poezji...

"Wychowany bez mężczyzn, przez kobiety byłem dzieckiem delikatnym i wrażliwym. Nie wyposażono mnie w bezkompromisową twardość, bym mógł cokolwiek osiągnąć i o cokolwiek walczyć". W końcu jednak nauczyłeś się... Ta dyrekcja dowodem.

- Ale ile lat musiało upłynąć, zanim się tego nauczyłem, zanim stałem się twardszy. Wiele razy dostałem w dupę, i to do bólu, zanim nauczyłem się mierzyć z życiem.

Świetnym spektaklem "Romea i Julii" zacząłeś ten sezon artystyczny. Twój ostatni.

- Mój kontrakt kończy się 31 sierpnia 2016 roku.

I chętnie byś go przedłużył.

- Nie podejmuję w tej sprawie żadnych starań. Nie znam zamierzeń władz co do terminu i sposobu powołania mojego następcy.

A jak nowy dyrektor się nie pojawi, to...

- Jeśli ktoś złoży mi propozycję, rozważę, czy nie zostać przynajmniej do końca przyszłego roku. Przecież i tak już musiałem zaplanować spektakle do 31 grudnia, bo teatr rozliczany jest w skali roku, nie sezonu.

Nie wychowałeś sobie następcy...

- Nie wychowałem, ale czy jego istnienie dawałoby gwarancje, że przejmie on po mnie dyrekcję? To zależy od tylu czynników, w tym od bieżącego układu we władzach organizatora, a więc Zarządu Województwa...

A planujesz jakiś fajerwerk na swoje odejście ze "Słowaka" - to w końcu jedna z dłuższych kadencji dyrektorskich w tym teatrze.

- Planuję normalnie, choć z lękiem czy starczy pieniędzy - m.in. "Opętanych" Gombrowicza w reżyserii Tadeusza Bradeckiego, "Solaris" Lema w reżyserii Wojciecha Kościelniaka i "Trzy siostry" Czechowa, które zrobi Rafał Sabara. A jak mam planować odejście, skoro koniec sierpnia to okres urlopowy.

31 grudnia byłby lepszym dniem na fajerwerki.

- Tylko że ja, jak już mówiłem, jestem z pokolenia, które w teatrze szukało sensu i poezji. Nie fajerwerków.

Wacław Krupiński
Dziennik Polski
10 listopada 2015

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...