Jeszcze jedna Traviata...

"Traviata" - reż. Janina Niesobska - Teatr Wielki w Łodzi

To już doprawdy embarras de richesse, jaki w naszej dziedzinie rzadko się zdarza, a według praw rozsądku nie powinien zdarzać się wcale. Oto aż cztery teatry operowe (w Krakowie, Wrocławiu, Bydgoszczy i Łodzi) wystąpiły z premierami jednego dnia, na domiar wszystkiego w tym samym terminie, kiedy w salach na całym świecie, także w Polsce, można było obejrzeć transmisję znakomitego przedstawienia "Juliusza Cezara" Haendel z Metropolitan Opera. Dodam jeszcze, że szefowie dwóch teatrów postanowili wzbogacić swój repertuar o tę samą pozycję, czyli "Traviatę" Verdiego.

Cóż, przynajmniej w tym ostatnim nie ma nic dziwnego: obchodzimy właśnie Rok Verdiego i Wagnera: Opera Wrocławska urządziła nawet Dni obydwu kompozytorów. Nasuwa się jednak pytanie, czy należy święcić tę okazję, urządzając inscenizacje kilku najpopularniejszych, dobrze znanych melomanom dzieł wielkiego twórcy? Czy nie lepiej byłoby przypomnieć wartościowe, a mniej znane opery - choćby ani razu niewystawiane w Polsce po wojnie "Nieszpory sycylijskie", "Luizę Miller", "Moc przeznaczenia", przede wszystkim zaś genialnego "Falstaffa". W niewielu placówkach zechciano o tym poważniej pomyśleć: jedynie we Wrocławiu, nie czekając na Rok Verdiego, wprowadzono na scenę rzadko grywaną "Joannę d'Arc" oraz wspomnianego Falstaffa, tymczasem w Warszawie, w ramach Wielkanocnego Festiwalu Beethovenowskiego wykonano w wersji koncertowej, za to z udziałem plejady zagranicznych solistów, pierwotną wersję znakomitego Simona Boccanegry.

Trudna rada. Skoro z okazji okrągłej rocznicy prawie nikt nie kwapił się uraczyć nas Verdiowskimi rarytasami, wypada cieszyć się "Traviatą". Tym łatwiej mi to przychodzi, że przedstawienie w łódzkim Teatrze Wielkim ma wiele zalet i mimo drobnych zastrzeżeń pozostawia nader sympatyczne wrażenie. Prawie ten sam zespół realizatorów, co w wystawionej niespełna miesiąc wcześniej Annie Bolenie Donizettiego, podjął się z powodzeniem tego zadania. Młody włoski kapelmistrz Eraldo Salmieri poprowadził dzieło Verdiego z godną uznania maestrią, a do tego z żywym temperamentem (może nawet trochę zanadto szarżując w szybkich tempach). Reżyseria Janiny Niesobskiej i Waldemara Zawodzińskiego ujmowała kulturą i naturalnością, a pełna rozmachu balowa scena u Flory, wsparta efektowną oprawą scenograficzną Katarzyny Zbłowskiej i brawurowymi układami tanecznymi, słusznie dostała rzęsiste brawa od razu po podniesieniu się kurtyny.

W roli tytułowej znów usłyszeliśmy niezawodną Joannę Woś, która nie tylko pięknie śpiewała, ale też umiała stworzyć żywą i wiarygodną postać sceniczną. Tyle że... no właśnie. Nie bez racji pewna stara i mądra nauczycielka śpiewu zwróciła uwagę, że partia nieszczęśliwej Violetty, po którą tak często sięgają śpiewaczki o lekkich koloraturowych głosach,

w rzeczywistości została przeznaczona na sopran dramatyczny, tyle że bardzo giętki i sprawny technicznie - podobnie jak partie Abigail w "Nabucco" bądź Leonory w "Trubadurze". Dlatego też liryczno-koloraturowy sopran Woś brzmiał chwilami - zwłaszcza w pierwszym akcie opery - zbyt nikło i zyskał należyty blask dopiero w dalszych scenach. Spośród pozostałych wykonawców pięknie popisał się kreujący partię Alfreda młody tenor Mirosław Niewiadomski, z którego łódzki teatr zapewne jeszcze nieraz będzie miał pociechę. W partii Germonta wystąpił weteran łódzkiej sceny Zenon Kowalski, którego wielki duet z Violettą w drugim akcie zaliczam do szczególnie frapujących epizodów przedstawienia, a i słynna aria "Di Provenza il mar, il suol..." pięknie wypadła w jego wykonaniu. Świetna mezzosopranistka Agnieszka Makówka pokazała dobitnie, że partia Flory, choć ograniczona niemal wyłącznie do jednej odsłony w drugim akcie, nie jest wcale "ogonem" i może przykuć uwagę widza blaskiem i siłą ekspresji. Szczere uznanie należy się też pięknie śpiewającym chórom.

A drobne zastrzeżenia, o których wspomniałem? Chodzi między innymi o monochromatyzm strojów w scenie balowej z pierwszego aktu: jednolicie białe, skądinąd piękne suknie dam i czarne fraki panów przywodzą na myśl głośny film Juliena Duviviera.

Józef Kański
Ruch Muzyczny
29 maja 2013

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...