Jubileuszowe wydarzenie

"Tango Piazzolla" - reż. Józef Opalski - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Już w piątek, pierwszego marca, na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie niezwykłe wydarzenie - jubileuszowe, 150 wystawienie "Tango Piazzolla" autorstwa Anny Burzyńskiej w reżyserii Józefa Opalskiego. Z tej okazji troje artystów mówi czym jest dla nich tango, prezentując trzy odrębne punkty widzenia, które połączone w jedno na przestrzeni sceny zagwarantowały spektaklowi niesłabnącą od sześciu lat popularność.

Teatr, muzyka, taniec - trzy spojrzenia na tango z okazji 150 wystawienia "Tango Piazzolla" w teatrze im. Juliusza Słowackiego

Od strony teatru na tango spogląda reżyser spektaklu, Józef Opalski. O muzyce mówi Grzegorz Frankowski - lider zespołu "Tango Bridge" grającego podczas spektaklu utwory Astora Piazzolli. Natomiast o tańcu opowiada przygotowująca aktorów do spektaklu instruktorka tanga - Anna Sieprawska.

Tango = Teatr. Józef Opalski.

Gdyby miał się Pan cofnąć pamięcią by wspomnieć jak to wszystko się zaczęło z "Tangiem Piazzolla"...?

- Muszę zacząć od dawnych czasówBył rok 1984. To wtedy w Paryżu poszedłem do teatru Petera Brooka "Bouffes du Nord" i pierwszy raz usłyszałem Astora Piazzollę i Milvę. Wyszedłem z koncertu oszołomiony i od razu kupiłem bilet na kolejny dzień. Do dzisiaj ten niezwykły spektakl żyje we mnie. Minęły latapoznałem Annę Burzyńską. Okazało się, że obydwoje jesteśmy zafascynowani twórczością Piazzolli. Zaczęliśmy myśleć, jak moglibyśmy w teatrze użyć tej muzyki. Ania w końcu zdecydowała się napisać coś niesłychanego - sztukę teatralną, której głównym bohaterem byłaby muzyka wielkiego kompozytora. Nie koncert, nie recital, - ale właśnie sztuka teatralna. Wpadła na pomysł, że to będzie Argentyna ze snu dziewczyny z polskiej prowincji, za której sprawą cała siermiężna rzeczywistość, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przemienia się w Buenos Aires. Wszystko w tej sztuce było więc aż za bardzo argentyńskie - ludzie, namiętności, kostiumy, knajpa będąca miejscem akcji... ale nam właśnie chodziło o to, żeby wyczarować w teatrze Argentynę ze snów.

Było to dla Pana dużym wyzwaniem?

- To było wielkie wyzwanie dla całego zespołu Teatru. Teraz spektakle muzyczne w Teatrze im. Słowackiego, to już prawie " codzienność". Wtedy jednak było to tak inne od wszystkiego, co się w Krakowie grało, że miewaliśmy chwile zwątpienia. Istniała obawa, że publiczność z takich czy innych powodów, może naszego spektaklu nie zaakceptować. Teraz, patrząc z perspektywy sześciu lat, spokojnie już możemy powiedzieć, że to wyzwanie zakończyło się sukcesem.

Spodziewał się Pan, że doczeka 150 wystawienia "Tanga Piazzolla"?

- Ależ skąd! To się zdarza niezwykle rzadko, żeby w jakimkolwiek teatrze, na dużej scenie, grano jedno przedstawienie 150 razy i to przy kompletach na widowni! Dla mnie to wielka radość, gdy widzę, że publiczność naprawdę "zanurza się" w tej naszej wyimaginowanej Argentynie i jest szczęśliwa. Mało tego, znam takich, którzy byli na "Tangu Piazzolla" po kilka razy. Spektakl narodził się z miłości do Astora Piazzolli i widać, że ta miłość trwa i zatacza coraz szersze kręgi: latem ubiegłego roku zrealizowałem "Tango..." dla Teatru Miejskiego im. Gombrowicza w Gdyni, niedawno spektakl zadebiutował także w Teatrze Rampa w Warszawie.

Najwyraźniej tango Piazzolli porwało wszystkich swoim temperamentem.

- Jego muzyka jest prawdziwym bohaterem naszego spektaklu. Ale warto zauważyć, że pośród utworów Piazzolli, obok tych żywiołowych i pełnych temperamentu, są też takie, które budzą nostalgię, smutek, opowiadają o tragizmie losu ludzkiego. Myślę, że to też składa się na sukces tego przedstawienia, że czasami ludzie się śmieją, a czasami są naprawdę wzruszeni - bo taka jest rozpiętość emocji zaklęta w tej muzyce. Jeśli chodzi o aktorów, było to dla nich prawdziwe wyzwanie - i wiem ile pracy w to przedstawienie włożyli. Jestem pełen wielkiego podziwu dla wszystkich, którzy w "Tangu..." występują, jak również dla całego zespołu technicznego Teatru. Bo fakt, że spektakl przez tyle lat trzyma się w tak dobrej formie (i to niezależnie od zmian obsadowych) wynika z tego, że wszyscy ogromnie to "Tango Piazzolla" lubią. Kiedy przychodzi wieczór, w którym znów je gramy, to wszyscy są jakoś szczęśliwi, coś pięknego dzieje się z ludźmi w całym teatrze. Tak jakby oddychali innym powietrzem, argentyńskim. I to jest fantastyczne.

Tango = Muzyka. Grzegorz Frankowski.

Z pewnością pamięta Pan, kiedy pierwszy raz usłyszał muzykę Astora Piazzolli.

- To był rok 1990. Pierwsze utwory Piazzolli, które usłyszałem to były piosenki napisane przez niego dla Milvy, czyli te, które stanowią większość wykonywanych w spektaklu. Dla mnie więc rozpoczęcie pracy nad "Tangiem Piazzolla" było prawdziwym powrotem do mojego pierwszego spotkania z kompozytorem. Jego muzyka zafascynowała mnie przede wszystkim swoją różnorodnością oraz innością. Była niepodobna do żadnej innej muzyki którą znałem - czy to klasycznej, czy jazzu. Nawet do tradycyjnego tanga, od którego Piazzolla odszedł na tyle daleko, że nie da się jego muzyki nazwać nowym nurtem w tangu, to jest jednak zupełnie coś innego.

Myśli pan, że spektakl Anny Burzyńskiej jest dobrym gruntem dla tej muzyki? Czy zasiana w nim, wydaje dobry owoc?

- Fakt, że udało się znaleźć dla muzyki Astora Piazzolli takie miejsce i zaprezentować w tym spektaklu ma niebagatelne znaczenie, bo "Tango Piazzolla" jest inne niż pozostałe spektakle z muzyką na żywo. Tutaj muzyka jest niezależną częścią całości. Jest na tyle odrębna w charakterze od spektaklu, że zmusza słuchacza do potraktowania jej autonomicznie. Ona snuje słuchaczowi swoją własną opowieść.

Czyli muzyka w pewnym sensie stanowi przeciwwagę dla treści spektaklu?

- Jest nawet czymś kontrastującym z jego treścią, co może nie było z początku przez nas zamierzone, ale z czasem po prostu samo tak to wyszło. Chciałem jak najwierniej odzwierciedlić oryginalne wersje piosenek Piazzolli. To jest wielkim atutem spektaklu, że widz przychodząc do teatru może usłyszeć muzykę bardzo zbliżoną w stylu i charakterze do oryginału, a nie odchodzącą od niego interpretację. Przez lata spotykamy się z opiniami widzów, którzy mówią, że traktują naszą grę jako niezależną część tego spektaklu. To mnie bardzo cieszy, bo nie chciałem, żeby zespół był dostrzegany tylko jako akompaniator, ale żeby spektakl był możliwością prezentowania muzyki tak jak na koncercie, oddając w ten sposób całe piękno i bogactwo twórczości Astora Piazzolli.

Czy to właśnie okazało się kluczem do sukcesu i powodem dla którego wielu widzów wybrało się na "Tango Piazzolla" więcej niż jeden raz?

- Tak. Kluczem były zmiany. Chociaż przez większość czasu graliśmy w jednym składzie, to czasami zmieniali się poszczególni muzycy. Każdy z nich przychodząc do zespołu miał okazję aby wnieść od siebie coś nowego, bo celowo w moich aranżacjach zostawiłem na to miejsce. A kiedy jako zespół już dobrze się poznamy i atmosfera robi się na tyle sprzyjająca, że grając czujemy się pewniej, wtedy w niektórych utworach improwizujemy. Bywały dni, w których widzieliśmy jak ta muzyka ewoluuje, że gramy zupełnie inaczej niż przedtem - dzięki temu nam to nie spowszedniało. Naszym sukcesem jest to, że przez te 150 razy właściwie nigdy nie zagraliśmy dwóch jednakowych spektakli. Wciąż odnajdujemy w muzyce wiele nowych ciekawych rozwiązań, aby znów móc zaprezentować ją inaczej po raz kolejny.

Tango = Taniec. Anna Sieprawska.

Najczęściej można usłyszeć, że tango jest tańcem o namiętności, miłości, uwodzeniu. Co Pani by dodała od siebie do tych ogólników?

- Dla mnie tango jest spotkaniem dwóch osób - czasem bliskich sobie, czasem całkiem obcych. Jest rozmową - zarówno słuchaniem jak i mówieniem, czasem kłótnią, czasem dowcipem. Żeby jednak to spotkanie miało wyrazisty smak, tango musi być przeciwieństwem żucia gumy, czyli nie może być bezmyślne, bo wtedy traci sens. Dobre tango to pełne zaangażowanie i obecność, skupienie, no i pewnego rodzaju dzikość. Z drugiej strony w tangu równie ważne jest zachowanie spokoju i pewności siebie oraz zaufanie do partnera.

Co jeśli tancerze nie czują muzyki w taki sam sposób?

- Pierwszą podstawową rzeczą jest to, żeby w ogóle jakkolwiek czuli muzykę. A to, że czują ją trochę inaczej zdarza często i jest bardzo dobre. Dzięki temu właśnie tango jest tak ciekawe - jest jak gra, w której trzeba się wykazać dużą wrażliwością na muzykę i na to, co robi partner.

Czy aktorzy Teatru im. Juliusza Słowackiego okazali się dobrymi uczniami i podołali swojemu tanecznemu zadaniu?

- "Tango Piazzolla" nie jest spektaklem na zasadzie tanecznego show, w którym aktorzy są zawodowymi tancerzami. Tutaj posługują się głównie słowem i piosenką. I myślę, że wyśmienicie sobie z tym poradzili - są to bardzo dobrzy i świetnie śpiewający aktorzy. Natomiast jeśli chodzi o sam taniec to są pojętnymi i zdolnymi ruchowo uczniami. Są także zaangażowani - niektóre dziewczyny przychodziły nawet na milongi, żeby lepiej wejść w klimat. Co ważne aktorzy świetnie złapali kwestie relacji w tangu, postawy psychologicznej, obecności - czyli bycia tu i teraz w tańcu, bez strachu i bez potrzeby udowadniania czegokolwiek sobie, partnerowi, ludziom dookoła.

Co Pani zdaniem najlepiej łączy tango jako taniec z wizją tanga przedstawioną w spektaklu?

- O tangu często się mówi, że jest muzyczną i taneczną emanacją niespełnienia, a także że dobrze wyraża tęsknotę za bliskością. Myślę, że to są wspólne punkty tańca i spektaklu. Bardzo uniwersalne, najprostsze emocje, które dotykają każdego - miłość, tęsknota, ucieczka przed samotnością w ramiona drugiego człowieka, potrzeba bliskości, namiętność, ból po odrzuceniu. Można to wszystko nazwać po prostu "rzeczami ponadtangowymi".

Damian Słowioczek
Polska Gazeta Krakowska
28 lutego 2013

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia