Jutro odchodzę na zawsze

"Intymność" - reż. Iwona Kempa - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

"To najsmutniejszy wieczór w moim życiu. Odchodzę i już tu nie wrócę" - pierwsze zdania "Intymności", głośnej powieści Hanifa Kureishiego, mogłyby stać się mottem jej scenicznej adaptacji. Intymność jest utworem dobrze znanym, ale powieść Kureishiego pamiętamy przede wszystkim z filmowej adaptacji Patrice\'a Chéreau. Jednak różnica między spektaklem Kempy i filmem Chéreau jest fundamentalna

I nie chodzi jedynie o skandal. Film Chéreau z 2001 roku, nagrodzony między innymi Złotym i Srebrnym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie, przeszedł do historii kina nie tyle ze względu na wybitne walory artystyczne, ile werystycznie ukazane sceny seksu. W filmie Jay (Mark Rylance) uprawiał seks z Claire (Kerry Fox). Wcześniej miał synów, żonę, dom. Zostawił wszystko. Został barmanem, starał się żyć chwilą. W każdą środę stawał naprzeciwko kobiety, o której właściwie niczego nie wiedział. W milczeniu zrzucał ubranie, kładł się obok partnerki na podłodze. Zaczynali się kochać.

Jay w powieści Kureishiego był czterdziestoletnim mężczyzną, człowiekiem sukcesu, tkwiącym - pośród pozorów szczęścia - u boku idealnej żony i dwójki uwielbianych synów. Każdy dzień przypominał następny: średnio satysfakcjonująca praca, przygodne kochanki, wypady za miasto - z rodziną lub bez. W powieści Jay ciągle wahał się pomiędzy autentyczną miłością do synów i lojalnością wobec niekochanej żony a decyzją o nagłym przecięciu dotychczasowego życia. Bohater filmu Chéreau podjął decyzję, mówiąc do Claire: "Nie wiem, kim jestem. Byłem mężem, ojcem, a teraz jeszcze tym twoim środowym facetem".

Przedstawienie Kempy ma zupełnie inną temperaturę, ponieważ nie ma w nim Claire. Powód pominięcia tej bohaterki jest oczywisty. Chéreau, decydując się na przeniesienie na ekran "Intymności" (powieść była w Wielkiej Brytanii bestsellerem), wpadł na oryginalny pomysł, żeby - zamiast adaptować literaturę - napisać dalszy ciąg wydarzeń. Kureishi, po bardzo dobrych doświadczeniach z kinem - Intymność Chéreau była siódmą z kolei filmową adaptacją jego prozy, wcześniej po powieści Kureishiego sięgali Stephen Frears (Moja piękna pralnia oraz Sammy i Rosie do łóżka!) czy Michel Blanc (Facet do towarzystwa) - chętnie przystał na tę propozycję. W ten sposób powstała wyjątkowa sytuacja, w której uznany pisarz decyduje się na ścisłą współpracę z reżyserem. Efektem miała być kontynuacja wątku zamkniętego na ostatniej stronie powieści.

Iwona Kempa poprzestała na oryginalnym tekście. Teatralna Intymność jest zatem propozycją diametralnie różną od filmowej para adaptacji tekstu Kureishiego. Jay nie poznał jeszcze Claire. Na razie zamierza opuścić dom.

O ile w filmie Chéreau chodziło o fizyczne, erotyczne zapamiętanie, którego paradoksalną konsekwencją jest niechciana miłość, o tyle w przedstawieniu Kempy oglądamy wiarygodne portrety ludzi znudzonych. To obraz społeczeństwa przesytu, w którym świadomość bezpieczeństwa materialnego nie przekłada się na satysfakcję z egzystencji. Nuda, rutyna, mrzonki, ambicje zawieszone w próżni. Obserwujemy galerię ludzi nieciekawych, którzy jednak kogoś najwyraźniej nam przypominają. Aktorzy podczas spektaklu zwracają się bezpośrednio do widzów. Ten nadużywany chwyt ma jednak psychologiczne uzasadnienie. Wy - na scenie, i my - na widowni, tak bardzo się nie różnimy. Nie ma w nas żadnej wyjątkowości, są tylko wyuczone pozy, przejęte gesty i teatralna konwencja, której jesteśmy zarówno ofiarami, jak i beneficjentami.

W spektaklu Kempy Jay, grany przez Sławomira Maciejewskiego, jest postacią irytującą. Zadaje dziesiątki pytań, poprawia okulary, nieprzyjemnie moduluje głos. Nie sposób go polubić. Ale czego tak naprawdę chciałby się dowiedzieć? Czy spowiadając się z grzechów, czeka na jakąkolwiek odpowiedź? Lustrem, w którym odbijają się pytania bohatera, są zarówno widzowie, jak i przyjaciele bohatera. To podobni do niego życiowi "popaprańcy". Oni również irytują. Wciąż pytają.

Scenografia jest umowna. Pustka bohaterów, pustka wnętrz. W kącie stoi lodówka, obok materac, dalej kilka powleczonych białym skajem krzeseł, trzy ściany. W tak zaprojektowanej przestrzeni każdy z bohaterów ma coś do sprzedania. Towarem jest przede wszystkim strach. Zakrzyczany, zatupany, zagadany tysiącem epitetów.

Jay boi się, że odchodząc od żony, popełnia życiowy błąd, ale wie, że od decyzji nie ma odwrotu. Mówi: "Kiedy jutro nasze dzieci pójdą z nianią grać w piłkę do parku, spakuję swoje rzeczy i opuszczę dom". Susan, żona Jaya (przemyślana i wycieniowana rola Dominiki Bednarczyk), kłamie, że mogłaby żyć inaczej. Że stać ją na czułość i empatię. To nieprawda. Ona również nie kocha Jaya, ale przyzwyczaiła się do jego nudziarstw, lenistwa, niezdarności. Oswoiła rzeczywistość, nie czeka na więcej. Jedną z najlepszych scen w przedstawieniu jest moment nawiązujący wprost do filmu Chéreau, w którym Susan nieoczekiwanie staje się filmową Claire. Najpierw zdejmuje elegancką suknię. Jest naga i bezradna. Wkłada dziewczęcą koszulkę nocną, wolno kładzie się na materacu. Odwrócona tyłem do widowni, przypomina charakterystyczną postać z plakatu filmowej Intymności. Przed Susan ostatnia wspólna noc z Jayem Nie będzie czułości, zabraknie seksu. Tylko ten sam, co zawsze, dobrze znajomy ból. "Zranienie drugiej osoby jest aktem niechcianej intymności" - pisał Kureishi.

A przyjaciele? Wszyscy przyjęli model zgrywy. Nie bawią się jednak najlepiej. Zbyt głośno rozprawiają o erotycznych podbojach, wyjątkowych przeżyciach, ale spoza gejzeru słów wyłania się przeraźliwa, upiorna pustka. W gruncie rzeczy nawet za sobą któnie przepadają. Przyzwyczaili się jedynie do swojej obecności. Yan (Błażej Wójcik) udaje macho, Asif (Marcin Kuźmiński) stara się być wiernym mężem, dlatego nie znosi Wiktora (Grzegorz Mielczarek) - podstarzałego kabotyna, który nie wyrósł z krótkich spodenek. Wiktor przyjął chłopięcy profil, ponieważ dziecko nie musi tłumaczyć się z braku odpowiedzialności, grzechu zaniechania, tęsknoty. A Wiktor z niczego tłumaczyć się nie zamierza. Chce tylko jak najwięcej mówić. Niekontrolowanym słowotokiem zagadać niepewność jutra.

Również milcząca przez większą część spektaklu Terapeutka (Marta Waldera), notująca zeznania bohaterów, nie różni się od pacjentów. W celnie zaaranżowanej scenie tańca uczestników zbiorowej konfesji odłącza się od tańczących, nieśmiało zmierzając w stronę lodówki. Nikt jej nie widzi, wszyscy tańczą. Chwilę się waha, w końcu wyjmuje to, co akurat nawinie się pod rękę. Wszystko jedno, byleby tylko zajeść gorycz porażki. Spowiadani stają spowiednikami, mówcy - słuchaczami, ale w tej konstrukcji nie chodzi wcale o wystawienie oceny postępowaniu Jaya i jego znajomych, tylko o wysłuchanie ich racji bez komfortu rozgrzeszenia winy. Dla Kempy istotna jest ambiwalencja ocen. W starciu Jaya, jego pięknej, ale niekochanej żony, grupy przyjaciół i milczącej psychoterapeutki nie ma jednoznacznych zwycięzców i pokonanych. Winni są niewinni. Grzechem bohaterów są bowiem zarówno niewierność, brak ideałów, skrajny egoizm i lenistwo, jak i kulturowe wywyższenie poświęcenia, ofiary macierzyńskiej czy ojcowskiej.

Dla Jaya problemem jest nie tyle opuszczenie żony, ile zostawienie uwielbianych synów. Ten temat pojawia się w Intymności bardzo często. Pojęcie rodziny jako wspólnoty w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy powstawała powieść, przechodziło w Europie Zachodniej kolejny kryzys. Socjolodzy kultury zadawali wówczas pytanie, które mniej lub bardziej świadomie podnoszą bohaterowie spektaklu: czy mit rodziny, antropologiczna interpretacja figury ojca, matki, męża, żony i dziecka, której trzymamy się kurczowo jako jednego z ostatnich kulturowych pewników, nie staje się wygodnym wmówieniem, dzięki któremu zastygamy w konwencji narzuconej przez pokolenia dziadków, rodziców, przodków?

Kempa nie ma w tej kwestii żadnych złudzeń. Nie broni decyzji Jaya. Dla niej również jest tylko lichym, banalnym człowiekiem, ale podziwia jego decyzję. Jay odważył się bowiem w połowie życia zacząć wszystko od nowa. Jego okrucieństwo było także wybawieniem. Nie kochał przecież żony, zdradzał ją, być może znęcał się psychicznie. Nie czuł więzi z rodziną. Dlatego teraz odchodzi. Czas podobno leczy rany. Cierpienie wyrządzone synom z czasem uda się pewnie załagodzić. Jay być może pozna kogoś albo stanie się mizantropem. Jednak niczego nie zapomni. Spowiedź została przyjęta. Może odejść w pokoju.

Łukasz Maciejewski
Teatr 12/10
23 grudnia 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...