Już nie tak dobrze

"Trzema krzyżykami" - reż. Teresa Sawicka - 27. Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi

Kolejny zaprezentowany dyplom wrocławskich studentów nie okazał się już tak dobry jak ich pierwsza prezentacja. Dramat "Trzema krzyżykami" Helmuta Kajzara jest pozbawiony fabularnej i logicznej ciągłości, co niestety okazało się pułapką dla studentów, gdyż spektakl stał się zbyt nielogiczny i mało zrozumiały.

Można stwierdzić, że skoro na scenie są pacjenci szpitala psychiatrycznego, to mogą nam zaprezentować wszystko i zostanie to przez nas odebrane jako celowe, zamierzone i właściwe. Bo oto jesteśmy publicznością w takim właśnie teatrzyku, gdzie wszyscy aktorzy są schizofrenikami.

Zaczęło się bardzo ciekawie i intrygująco. Już na foyer, czekając na wejście na widownię, pomiędzy publicznością krążył jeden z pacjentów. Mim w czarnym płaszczu, z czaszką w ręku, rozdawał żabie oczka. Wywoływał w nas pierwsze emocje i wzbudzał we wszystkich ciekawość. Ten sam mim okazał się później naszym przewodnikiem po wykreowanym świecie i zarazem konferansjerem - jak przed występami cyrkowymi.

W odsłonie pierwszej podniesienie kurtyny ujawnia przed nami wszystkich bohaterów -pacjentów szpitala, którzy tworzą wokół siebie indywidualne i obłąkane światy. Każdy z nich kreuje swoją rzeczywistość, w której jest m.in. przepiękna modelka, transwestyta udający psa, czy dziewczyna z urojoną ciążą. Mieszanka jest co najmniej wybuchowa i nie wiadomo, na kogo mamy skierować swój wzrok. Niestety, kiedy już się przyzwyczaimy i ogarniemy całą sytuację sceniczną - koniec. Kurtyna znowu zamyka przed nami świat szpitala i każe poczekać, aż przygotuje się kolejna scena.

A dalej jest już tak absurdalnie i niezrozumiale, że jedynym wytłumaczeniem dla wszystkich wątpliwości, jakie się rodzą w myślach widzów, jest to, że przed naszymi oczami są chore psychicznie jednostki i możemy pozwolić im na tak zagmatwane poczynania sceniczne. Jesteśmy obserwatorami krótkich scen, etiud, oderwanych od logicznej ciągłości. Są dwie sceny wyróżniające się: rozmowa matki z Ewusią (pod względem aktorskim) i rozmowa chłopaka, który nie pamięta swojej tożsamości, z mężczyzną (okazała się ciekawa choreograficznie).

Niektóre ze scen miały bardzo ciekawą oprawę plastyczną: wanna zbudowana z sześcianów doskonale ukazywała umowność znaków scenicznych, czy wykorzystanie cienia, który rozpościerał się na bocznej ścianie. Jednak takie szczegóły nie przyćmiły niestety całości, która robiła się po pewnym czasie po prostu nudna.

Oczywiście sceny, w jakich zaprezentowali się nam pacjenci szpitala psychiatrycznego, były ich wizją świata i teatru. Jednak mimo, że teatr jest w wielu obszarach umowny, nie usprawiedliwia to tak daleko idących udziwnień. Możliwe, że tekst dramatyczny jest za trudny dla publiczności albo dla studentów, co uniemożliwia pełnie i prawidłowe odczytanie.

Drugi dzień na XXVII Festiwalu Szkół Teatralnych przyniósł drugi spektakl wrocławskich studentów, który nie wyprzedził jednak inaugurującego przestawienia. Czekamy na trzecią odsłonę.

Agata Siuta
Dziennik Teatralny Łódź
21 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...