Kabaret ze skrzydłami rozpiętymi inaczej

Grupa Teatralna Rafała Kmity

Siłą Rafała Kmity jest wyobraźnia, warsztat pisarski i reżyserski, jak i to, że nie uznaje kompromisów. Nie skusiło go i ponad 100 tysięcy dolarów.

Grupy Rafała Kmity od lat nie ma w telewizji; ona ma swoich pupili, a on kompromisów ani komercji nie uznaje. Dał tego dowód, gdy wiele lat temu odrzucił propozycję jednej ze stacji radiowych, która chciała swą kampanię reklamową oprzeć na jego hitowym skeczu "Radio". Stawką było 100 tys. dolarów. Powiedział nie. Zdanie podtrzymał i wówczas, gdy wzrosła...

"Skoro napisałem Ca-sting, wyrażając w nim swój stosunek do show-biznesu, do idei aktorstwa, sztuki i jej posłannictwa, to do czegoś mnie to zobowiązuje" - tłumaczył mi swą decyzję. A po wtóre, nie od dziś głosi, że człowiek, który dostał wykształcenie, talent i inteligencję od Boga ma pewne obowiązki wobec świata. O tym mówił wystawiony w 2002 roku w Teatrze STU "Ca-sting" - o inteligencji, która zapomniała o swej powinności, o etosie.

Sztukę wystawił też w teatrze w Częstochowie Maciej Sobociński, ale to wyjątek, bo Rafał Kmita nie chce pisać dla innych. - Piszę głównie dla siebie. Wtedy skrzydła są rozpięte zupełnie inaczej...

Zaczął pisać wcześniej niż powstała jego grupa. A tej stuknęło właśnie równo dwadzieścia lat. Najnowsze teksty Kmity bawią w programie "Jeszcze nie pora nam spać", w krakowskim Teatrze Groteska. Wcześniej, w wersji bardziej muzycznej, zobaczyła go publiczność chorzowskiego Teatru Rozrywki i Teatru Muzycznego w Łodzi. Kmita nie ukrywa, że myśli o musicalu...

Trzy razy na PaCE

Najpierw był Zespół Downa, czyli Autorski Kabaret Rafała Kmity, który zwyciężył krakowską PaKĘ, otrzymując w 1993 roku I nagrodę. Rok później pod nazwą Quasi-Kabaret Rafała Kmity otrzymali przyznane po czterech latach przerwy Grand Prix. Przedstawili wtedy "Trzy zdania o umieraniu". Po występie jeden z jurorów, Andrzej Drawicz (a byli m.in. i Jan Józef Szczepański, i Andrzej Mleczko) powiedział, że po tym programie mniej boi się śmierci.

- To był jeden z najważniejszych komplementów, jakie usłyszałem - uważa Kmita.

Czarny humor uprawia nadal. "Głowa do góry! Uśmiechnijcie się! Wszystko się kiedyś ułoży!... Dwa metry pod ziemią..." - słyszeliśmy w "DOŚĆ!... dobrym wyrobie kabaretopodobnym". Albo: "Nasz zakład pogrzebowy oferuje urny nie tylko estetyczne, ale także dobrane do indywidualnych potrzeb klienta. Działamy zgodnie z maksymą: "Gdzie cię nasypią, tak się wyśpisz".

Najnowszy program "Jeszcze nie pora nam spać" również nie stroni od kwestii ostatecznych: "Jeśli chodzi o śmierć, to ja mam raczej skromne oczekiwania. Nie wierzę w jakąś tam pięciogwiazdkową wieczność all inclusive. Zadowoli mnie zwykła półwieczność, z dwoma posiłkami i przyzwoitą ofertą kulturalną... Choćby nawet i bez striptizu".

Kolejny program po "Trzech zdaniach...", jakże inny, "Pop-show" przyniósł grupie po roku następne Grand Prix PaKI, po czym stał się kanwą kabaretonu podczas opolskiego festiwalu i trafił na antenę telewizji. I tak parodiując miałkość rozmaitych ówczesnych programów, zaistnieli na ekranach. Nie na długo. Gdy przed laty dla TVP2 przygotował Kmita pilota cyklu kabaretowego, dowiedział się, że to za artystyczne, za inteligentne, że lepiej, jak zrobi dalszy ciąg "Pop-show".

Ten kabareton, nagrywany w Teatrze im. J. Kochanowskiego w Opolu, a transmitowany przez TVP na żywo, do dziś pamiętają Piotr Plewa i Darek Starczewski. Pierwszy z nich trzymał bowiem w jednej ze scen drugiego na muszce, mierząc weń z niby niegroźnego, bo głównie robiącego huk, colta... W czasie prób Piotr strzelał trzy razy w powietrze, po czym wiedział, że w skierowanym w kolegę colcie więcej nabojów nie ma. A tu zobaczył, że jest i czwarty, z lekka już uwolniony... - Takiego horroru nie przeżyłem nigdy wcześniej ani później; scena nakazywała mi mierzyć w Darka, a jednocześnie czułem, że każdy ruch ręki może nabój uwolnić. Jakby wystrzelił, Darek byłby bez głowy.

- Widziałem, co się dzieje, zatem wcale nie musiałem grać wystraszonego... - dodaje Starczewski.

W stronę teatru

"Grupa Rafała Kmity to odważna próba pomostu pomiędzy kabaretem a teatrem. Przypomina mi moją działalność w Teatrze STU w latach 60. Cenię ich też za to, że oparli się mackom telewizji" - zauważył ongiś Jerzy Stuhr.

W stronę teatru podążył Rafał Kmita pokazanym na PaCE w kwietniu 1997, poza konkursem, spektaklem "Wszyscyśmy z jednego szynela". Wywołał zachwyt absolutny. A firmowała go już Grupa Rafała Kmity. Jej twórca, widząc jak kabaret obniżył loty, jak nastawiony jest na płaskie żarty i rechot, chciał się od niego zdystansować. I stworzył spektakl czerpiący z Gogola, Tołstoja, Dostojewskiego. Gdy Grupa pokazała go na opiewanym w nim sanktpetersburskim Newskim Prospekcie, w Teatrze Aleksandryjskim, gdzie ongiś wystawiano Gogolowski "Ożenek" i "Rewizora", widownia biła brawo na stojąco, a zauroczeni krytycy nie chcieli wierzyć, że tę opowieść o XIX-wiecznej Rosji stworzył obcokrajowiec. "Szynel", ze znakomitą muzyką Janusza Wojtarowicza (lidera Motion Trio), zagrali do dziś 450 razy.

Co jest siłą Rafała Kmity?

- Wyobraźnia, warsztat pisarski i reżyserski, to że Rafał tak indywidualnie i osobno widzi świat i nie uznaje kompromisów. Od "Głuchych jak pień", poprzez "Trzy zdania o umieraniu", "Pop show", "Szynel", "Ca-sting", po propozycje najnowsze Rafał za każdym razem proponuje inne spektakle - mówi Dariusz Starczewski, aktor, także reżyser, który z Kmitą pracuje od początku.

- W pracy z Rafałem nie ma przypadkowości, on wie, czego chce i tego wymaga od aktorów - mówi Katarzyna Chlebny, która do zespołu weszła niedawno, prosto po szkole teatralnej. Zatem, nie mając dużych doświadczeń, cieszy się, że nie jest rzucona na mętną wodę poszukiwań, ale konsekwentnie ktoś ją prowadzi, biorąc na siebie odpowiedzialność za efekt.

"Cenię bardzo wysoko Rafała Kmitę jako niezwykle wszechstronnego człowieka nie tylko kabaretu, ale i teatru. Jego propozycje są bowiem swoistą syntezą teatru i kabaretu. Nie jest to kabaret tradycyjny, czyli składanka, a coś, co pretenduje do miana teatru kabaretowego. Jest on nacechowany humorem wysokiej próby, ironią i mądrością po prostu. Te scenariusze Rafała Kmity są świetnie realizowane przez całą jego grupę" - to komplement sprzed laty od Wojciecha Młynarskiego.

Lider schowany za kulisami

Przewinęło się przez ten zespół ponad sto osób. Weterani to Dariusz Starczewski, Arek Lipnicki (siostra Anita też niegdyś była), Grzegorz Kliś, Piotr Plewa. Przez 10 lat występowała w Grupie Sonia Bohosiewicz.

Innych aktorów zapraszał Kmita do współpracy przy spektaklu "Aj waj! czyli historie z cynamonem": Martę Bizoń, Marcina Kobierskiego, Tadeusza Kwintę, Feliksa Szajnerta. Wtedy też, 10 lat temu, doszedł Andrzej Róg, grający i w innych programach. Do najnowszego programu dołączyli: Katarzyna Chlebny, Agata Myśliwiec, Karol Wolski, Marcel Wiercichowski, aktor Teatru Bagatela.

- Jestem bardzo szczęśliwy, że jestem u Rafała, tu mogę spełnić moje marzenia. Od małego się wygłupiałem, a w teatrze pierwszą rolę komediową gram dopiero od roku...

Tylko lider zawsze schowany za kulisami. - Chcąc być aktorem, trzeba mieć choćby minimum ekshibicjonizmu, chęci pokazywania się. A ja nie lubię wychodzić na scenę nawet jako reżyser - tłumaczy.

Kiedyś jakaś pani przyszła oddać bilety, gdyż na plakacie w gronie wykonawców nie zobaczyła Kmity, co uznała za przejaw lekceważenia publiczności. "Na prowincję to już się nie pofatyguje" - mówiła zdenerwowana.

Ze spektaklami wędrują po kraju, a że część wykonawców gra też w teatrach, w każdą z postaci (figur - jak mawia Kmita) wcielają się po dwie-trzy osoby. Ułatwia to planowanie występów, a przy okazji rodzi naturalną, zdrową rywalizację...

- Dzięki rywalizacji wprowadzamy w naszym wykonawstwie rozmaite smaczki, bo każdy chce się od drugiego czymś różnić. Ale traktujemy to polubownie i przyjaźnie. Gdy Rafał przynosi teksty, to nie ukrywam, że mam chrapkę na wszystko - przyznaje Piotr Plewa.

- Na szczęście Piotrek nie jest w stanie zagrać taksówkarza i pasażera jednocześnie - śmieje się biorący udział w tym samym skeczu Darek Starczewski.

- Zaniepokoiłbym się, gdyby nie było tej rywalizacji. Generalnie szukam ludzi ambitnych, szukam "walczaków". Ale ta rywalizacja nigdy nie przekracza zespołowej solidarności - dodaje Rafał Kmita, który nierzadko, pisząc, już ma wizję wykonawcy. Ale bywa, że daje tekst i patrzy, kto czuje go najlepiej.

Zdarzyło się, że jechali na występ do Opola i w pociągu postanowili powtórzyć, kto co gra. Tyle że jeden z kolegów jechał autem. Jak się okazało, do... Koszalina. Nie było szans, że dojedzie. "Musisz mnie zastąpić" - usłyszał przez telefon Krzysztof Pluskota. "Jak ja ciebie zastąpię, skoro zastępuję Plewę?" - tłumaczył. "Poza tym nie znam twoich tekstów". Dotarły SMS-ami. Interpretację też ustalili telefonicznie.

Mikrofon w roli dynamitu

Rozkojarzenie zdarza się też w trakcie spektaklu. Arek Lipnicki nieraz nie zdąży się przebrać. W "Szynelu", w scenie trzech wnuczków, aktorzy wskakują pod kołdry w pełnym wojskowym umundurowaniu, czasu starcza ledwo na zdjęcie butów i skarpet.

Kiedyś jednak obok dwóch par bosych stóp widzowie zobaczyli trzecią, obutą.

Z kolei Marcelowi Wiercichowskiemu zdarzy się zamienić rekwizyty i nagle ksiądz zamiast tacy ma pokrywkę z garnka. Kiedyś, nie mogąc znaleźć pasa wypełnionego laskami dynamitu, powkładał za pasek od spodni wiele mikrofonów z nałożonymi czerwonymi gąbkami. - Efekt był całkiem niezły - śmieje się aktor...

- Tylko ja wychodziłem za tobą i nie mogłem znaleźć mikrofonu... - dorzuca Starczewski.

Cóż, Grupa Rafała Kmity wędrując nie ma rekwizytorów, inspicjentów. Sami aktorzy taszczą scenografię, rekwizyty. Teraz chociaż mają porządny bus, swojego akustyka i oświetleniowca. Drzewiej jechali do Olsztyna busem tak starym, że nagle zepsuło się w nim całe światło. A tu noc, zima. Zapalniczkami świecili, by jakkolwiek było ich widać. I tak zatrzymała ich policja. I pilotowała do celu!

Wspomniany spektakl "Aj waj!" zapoczątkował współpracę z Bolesławem Rawskim, krakowskim kompozytorem tworzącym dla teatru, nagrodzonym m.in. właśnie za tę muzykę podczas Festiwalu Komedii Talia. To on napisał i przebojową muzykę do dwóch ostatnich spektakli Grupy.

Muzyka i... dobra puenta

Muzyka to wyraźny wyróżnik tej formacji na rynku kabaretów, które piosenki wyrugowały niemal całkowicie. A Kmita, jak lubi podkreślać, już w młodości, zachęcony przez ojca, oglądał powtórki Kabaretu Starszych Panów, Dudka, potem Teya, Tuwima, Hemara, Przyborę, Osiecką, Młynarskiego, Gałczyńskiego... I wie, że kabaret i piosenką stał. I konferansjerem czy ściślej entreprenerem, którego również wprowadził do ostatnich programów.

Rafał Kmita do pisania podchodzi z pietyzmem. Zaczyna od puenty, wzorując się na Jacku Fedorowiczu czy Stanisławie Tymie.

- Jak się ma dobrą puentę i w miarę dobry warsztat, to resztę się napisze.

Jest perfekcjonistą. Gdy powstał "Ca-sting", oddał tekst sześciu zawodowym korektorom z najlepszych wydawnictw, by skorygowali choćby minimalne uchybienia stylistyczne czy gramatyczne...

- Przy okazji przeszedłem rodzaj językowego kursu - dodaje. Pracując nad czerpiącym z kultury żydowskiej spektaklem "Aj waj!", nie tylko studiował stosowną literaturę, ale i wersyfikację.

Spektakl "Aj waj!" zobaczył w czerwcu w Teatrze STU izraelski krytyk teatralny Michael Handelzalts; właśnie najstarszy dziennik izraelski "Haaretz" opublikował jego pełną uznania recenzję, także w ukazującej się w USA wersji anglojęzycznej.

Przed nowymi programami kabaretowymi lider podrzuca kolegom temat, oni improwizują, po czym on dopiero pisze, by gotowe teksty poddać ich ocenie. Czytają i zaznaczają w nich punkty komiczne, oceniając w skali od 1 do 10. I tak sprawdza, czy to, co sobie zamierzał, działa. Jak sprawdzi się na papierze, to tym bardziej na scenie. "Jako autor i reżyser odczuwam radość i satysfakcję słysząc, że widzowie śmieją się właśnie w tych momentach, które zaplanowałem, że łapią puenty" - mówił mi przy okazji wydania DVD "Kabaretowe przeboje", sumującego pierwszą dekadę działalności Grupy.

- Komedia jest obciążona oceną efektu, on jest lekki, łatwy, co wcale nie oznacza, że dojście do niego jest równie łatwe. Komedia jest matematyką, tu się do ułamka sekundy planuje pauzę, kadencję, akcent, to musi być precyzyjnie wytyczone - dodaje teraz.

Między Młynarskim a Gwoździem

Oczywiście, najważniejsza jest publiczność - akcentuje Rafał Kmita, co wcale nie oznacza, że się jej poddaje. Jak mówi, traktuje widzów jak partnera, zatem nieraz się z nimi kłóci.

Z jednej strony pisze dla tych, którzy są symbolicznym Wojciechem Młynarskim, oczytani, oczekujący w dowcipie finezji, niedopowiedzenia - a więc stosuje rodzaj subtelnego żartu, by ich rozśmieszyć, czasem wzruszyć, wzbudzić refleksję. Ale też wie, że na widowni pojawia się, i to coraz liczniej, Józef Gwóźdź, ktoś o innej wrażliwości na słowo i on też musi się śmiać. Zatem musi otrzymać takie dialogi, skecze i piosenki, które go rozbawią.

Granicę kompromisu między tymi biegunami wytyczyć nie jest łatwo. Bezkompromisowy jest natomiast Kmita jako autor, gdy wkracza w sferę polityki. Uderza tak w pewną budzącą emocje rozgłośnię (jak w skeczu "Zawsze dziewica"), jak i w rządzących. Ale na zajmowanie się tylko polityką szkoda mu życia.

- Chcąc robić kabaret polityczny, trzeba by pisać program co trzy miesiące, zbyt leniwy na to jestem... - wyjaśnia półżartem.

A tak naprawdę to każe nam się śmieć z samych siebie, z paradoksów naszych codziennych obsesji, fobii, stadnych uniesień i lęków ("I nic nie zostało! Huty, banki, fabryki - wszystko rozkradli! Niemieckie, żydowskie i amerykańskie złodzieje! A co to - ja się pytam - to już nie mamy swoich, polskich złodziei?!"), z mentalnego skarłowacenia. "Bo ja - wbrew pozorom - wrażliwy jestem. Przyznam się, panu, szczerze, że już nie mogę oglądać w telewizji tych obrazków z Afryki. Te głodujące dzieci, ta nędza... Trzeba wreszcie coś z tym zrobić! O, na przykład powinny być takie dekodery, żeby oni wszyscy wyglądali w telewizorach na najedzonych i uśmiechniętych!" - słyszymy w "Jeszcze nie pora nam spać".

Na najedzenie się pomysłu nie mam, na uśmiech polecam Grupę Rafała Kmity.

Wacław Krupiński
Dziennik Polski
2 lipca 2013
Portrety
Rafał Kmita

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia