Kamienna Pieta

"Pieta" - reż. Zenon Fajfer - Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Zenon Fajfer głównie kojarzony jest z pojęciem liberatury – jako jej twórca, ale i teoretyk, choć rozróżnianie tych kategorii może nie jest najfortunniejsze. Liberatura bowiem zaprogramowana jest na dzieło totalne, na doskonałą syntezę sztuk i synestezyjne atakowanie zmysłów odbiorcy. W Łaźni Nowej artysta podjął się zatem podwójnej roli: reżysera i scenarzysty, jednak deklarowane uwolnienie słów okazało się mieć w teatrze ciężar kamienia.

W „Piecie" na pierwszy plan wysuwa się literackość, która jednak nie przekłada się na zmyślny scenariusz, lecz na ciężkostrawne, przekombinowane dialogi oraz metafory. Spektakl dzieli się na trzy  części,  tworzące  swoisty  tryptyk  o  cierpieniu.  Pierwsza  koncentruje  się  na  małżeństwie. Mężczyzna – dramaturg – leży bezwładnie na stole, przykryty białym obrusem niczym całunem. Taka poza podkreśla główny koncept tej części spektaklu: porównanie artysty do Chrystusa, a aktu twórczego  –  do  kreacji  za  cenę  autodestrukcji.  Nie  jest  to  pomysł  nowy,  nawiązywał  do  niego m.in. Lech  Majewski  w  „Krwi  poety". Z  twórczych mąk stara się  wyrwać  bohatera  jego  żona, która  wyraźnie mu  „matkuje"  –  ubiera swojego męża,  dba  o  to,  żeby  zjadł,  czy martwi się,  że wygląda on „jak z krzyża zdjęty". Kobieta to ta, która daje życie i odsuwa się w cień, mężczyzna – heroicznie poświęca się dla „celu wyższego". Najistotniejsze dla tej relacji jest nakładanie się na siebie życia i fikcji: kwestie z dramatu o Poncjuszu Piłacie i jego żonie, Klaudii Prokuli, pochodzą z życia małżeństwa. Tekst staje się tajemniczym proroctwem, co uzyskuje kulminację w poemacie, który wyświetlany jest na ścianie. Typowy  eksperyment Fajfera  z neologizmami (takimi jak np. „Niebowlęcie") czy akrostychami dąży do podkreślenia nadrzędności słowa. To słowo – a raczej obdarzone biblijną rangą Słowo – spycha w cień świat ludzkich emocji.

Obiecujący  początek  ginie  pod  nawarstwionymi,  nazbyt  wykoncypowanymi  i  literackimi chwytami,  które  ustatyczniają  spektakl  w  rzeźbę.  Nie  pomaga  przesunięcie  drugiej  części przedstawienia  do  foyer,  gdzie  Tomasz  Schimscheiner  krąży  wokół  mniej  lub  bardziej skonsternowanej  publiczności,  częstując  wybranych  winem,  innych  prosząc  do  tańca  i  snując pijacki monolog o głodzie cierpienia w tłumie, o społeczeństwie, które karmi oczy krwią i bólem. Większe stężenie emocji – i zupełnie nieuzasadniona zmiana miejsca – nie jest w stanie poruszyć. Związek z poprzednią sceną wydaje się zbyt wątły, gdyż przywalono go zwałami niepotrzebnych słów i niezrozumiałych gestów. Nawet jeśli metafory są w miarę czytelne – jak jabłko jako symbol „ludzkiej" kobiecości w poprzedniej części czy utożsamiane z eucharystią i ofiarą wino w części drugiej –  nie wybrzmiewają w  pełni  i  tylko  potęgują  dystans  publiczności.  Dlatego  też  ostatnia część spektaklu, bluźniercza wypowiedź Matki Boskiej, która w interpretacji Beaty Schimscheiner nabiera  dramatyzmu,  pozostawia  obojętnym.  Skrajne  emocje,  cierpienie  po  stracie  syna,  bunt przeciwko  własnemu  uprzedmiotowieniu,  poczucie  winy  za  rzeź  niewiniątek,  niezrozumienie planu  boskiego,  który  zamiast  błogosławieństwem  jawi  się  przekleństwem  –  to  wszystko  ma odbrązowić Niepokalanie Poczętą i stworzyć obraz prawdziwie ludzkiego cierpienia. Można pytać, na ile motyw Stabat Mater Dolorosa może być w sztuce odkrywczy. Zwłaszcza potraktowany tak dosłownie i kompletnie bez wcześniejszej refleksji nad słowem.

Maria, skąpana w strumieniach światła, mówi  o swoim  cierpieniu w rozdzierający sposób,  lecz dystans, jaki widz zdążył nabrać do spektaklu, staje się największym grzechem Fajfera. Zamienił on emocje w intelektualny dyskurs, w dodatku będący niezrozumiały słowotokiem. Spektakl jest niekoherentny  i  beznamiętny,  a  jego  ciężar symbolizuje  jedna  z  pierwszych scen:  kobieta  chce zjeść jabłko, które okazuje się kamieniem.

Marta Stańczyk
Dziennik Teatralny Kraków
19 listopada 2013

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia