Kandyd, czyli powiew świeżości

"Kandyd" - reż. Michał Znaniecki - Opera Krakowska w Krakowie

Leonard Bernstein przystąpił do pracy nad skomponowaniem muzyki do "Kandyda" niechętnie i bez przekonania, namówiony przez pisarkę Lillian Hellman, z którą zetknął się na początku lat pięćdziesiątych.

W Ameryce żniwo zbierały wówczas efekty działań komisji McCarthy'ego, przesłuchania zataczały szerokie kręgi. Lillian Hellman, bezpośrednio dotkniętą przez to polowanie na czarownice, szukała tekstu, dzięki któremu mogłaby nie tyle zaprotestować, co unaocznić absurd tej sytuacji. :Kandyd, czyli optymizm" Woltera, osiemnastowieczna powiastka filozoficzna, okazał się dziełem wręcz idealnym do bezpiecznego wyrażenia własnych poglądów, daje on bowiem ogromne możliwości interpretacyjne w każdej epoce, systemie politycznym czy społeczno-ekonomicznym. Bernstein zaproponował zaś fascynującą podróż muzyczną, podczas której bawi się konwencjami i gatunkami, serwuje całą masę żartów, parodii, pastiszowych nawiązań do wybitnych dzieł operowych, a wszystko przefiltrował przez typowo amerykański swing, jazz z dodatkiem musicalu zabarwionego nutą klezmerską. W efekcie otrzymaliśmy niezwykle efektowną mieszankę, która przysparza sporo trudności, gdy chcemy ją zdefiniować czy zaklasyfikować.

Michał Znaniecki, reżyser krakowskiego spektaklu, nie ukrywa swej fascynacji utworem Bernsteina. To jego czwarta - i wyjątkowo udana - próba opowiedzenia nieprawdopodobnych przygód Kandyda. Pomysł inscenizacyjny opiera się w znacznej mierze na zaakcentowaniu szkatułkowej konstrukcji utworu, na zastosowaniu skrótu, zarówno myślowego, jak i plastycznego. Temu służą na przykład makiety-wskazówki z wyobrażeniami miast, statków, ryb w bitwie morskiej czy próby pokonania oceanu. Nawiązuje tym samym do "Rękopisu znalezionego w Saragossie" Potockiego czy "Don Kichota" Cervantesa. Liczba błyskotliwych rozwiązań przyprawia o zawrót głowy, spektakl z jednej strony ociera się o kicz, a z drugiej przepych i nagromadzenie atrakcji wizualnych w połączeniu z ogromnym tempem zmieniających się sekwencji daje efekt szaleństwa, kontrolowanego wszakże i podporządkowanego spójnej koncepcji. Dla reżysera ważny aspekt ma filmowa ekranizacja "Rękopisu..." autorstwa Wojciecha Jerzego Hasa i genialna rola Zbigniewa Cybulskiego, którego bohater jest bliźniaczo podobny do Wolterowskiego Kandyda. Wchodzi przecież w różne światy, funkcjonuje w nich, ale nigdy nie staje się ich częścią, jakby był jedynie obserwatorem oderwanym emocjonalnie od otaczającej rzeczywistości.

Przewrotność powiastki filozoficznej Woltera polega na tym, że nie opisuje ona najlepszego, a najgorszy ze światów, problem zła w przeróżnych jego odsłonach staje się głównym tematem dzieła. Autor w zawoalowany sposób krytykuje Francję, Prusy i Anglię za rozpętanie wojny siedmioletniej, piętnuje niemoralne życie-duchowieństwa i działalność misji jezuickich, konflikty religijne pomiędzy katolikami i protestantami, ich zacietrzewienie, inkwizycję portugalską. Polemizuje i podważa teorie filozoficzne, zwłaszcza optymizm leibnizowski w wydaniu teorii mistrza Panglossa, któremu dobroduszny i naiwny Kandyd wierzy bezgranicznie do momentu ostatecznej utraty złudzeń. Pełno tu ironii, sarkazmu, nagłych zwrotów akcji.

Narracja jest szybka i zmienna, co znakomicie oddał w muzyce Bernstein. Opera Krakowska zdecydowała się na wystawienie tzw. wersji szkockiej dzieła z 1988 roku, przygotowanej dla Theatre Royal Glasgow. Istnieje zapis tego spektaklu dokonany przez BBC. Co ciekawe, partie Woltera, Panglossa, Martina oraz pominiętego w krakowskiej inscenizacji Kakambo wykonał jeden aktor dramatyczny, a nie śpiewak operowy - Nickolas Grace. "Mamy do czynienia z operetką, ale gramy musical" -zapewniał Sławomir Chrzanowski, który dyrygował Kandydem w Krakowie. Orkiestra nie do końca sprostała trudnościom błyskotliwej uwertury. Zabrakło blasku, rozmachu, głębi, jednocześnie uwagę słuchacza rozpraszał tłum chodzący po scenie zamienionej przez scenografa Luigiego Scoglio w ogromną bibliotekę. Odniosłam wrażenie, że orkiestra grała jakby ilustrację filmową i stała się sprawnym akompaniatorem. Niemniej pod czujną ręką konsekwentnie prowadzącego całość dyrygenta efekt końcowy okazał się całkiem dobry. Gdyby jeszcze muzycy dodali odrobinę swingu i miękkości...

W premierowym przedstawieniu partię Kandyda wykonał wokalnie Voytek Soko Sokolnicki i był to Kandyd na wskroś współczesny. Świetnie poradził sobie z wymagającą rolą, bo nawet jeśli Kandyd akurat nie śpiewa, to i tak przez cały czas jest na scenie. Podczas drugiego wieczoru wystąpił Łukasz Gaj i pokazał zupełnie innego Kandyda - bardziej lirycznego, skupionego, naiwnego, nawet bezradnego w obliczu czekających go przygód. Miał wdzięk chłopca. Obaj tenorzy potrafili zmodyfikować "operowe śpiewanie" na rzecz stylu musicalowego. Katarzyna Oleś-Blacha emanowała ciepłem, pięknym legato i sporą dozą dystansu do postaci Kunegundy. Precyzyjna wokalnie Joanna Moskowicz nadała z kolei tej bohaterce więcej lekkości, ale i chłodu. Jej sopran brzmiał czysto, a koloratury pewnie, całość była świetnie utrzymana w stylu operetkowym. Mariusz Godlewski poprowadził postać Panglossa z dużą troską o zachowanie swoistego luzu przynależnego filozofowi, który ze stoickim spokojem tłumaczył zawiłości i przeciwieństwa losu. Jego ciepły, jasny baryton pozwolił Godlewskiemu doskonale odnaleźć się w tym muzycznym przedsięwzięciu. Monika Korybalska na zmianę z Paulą Maciołek w partii Paquette dobrze wykonały zadania aktorskie, z nieco wyuzdanym tańcem w dżungli włącznie, choć po pierwszej z nich widać znacznie większe obycie sceniczne.

Małgorzata Walewska jako Old Lady ujawniła wielki talent komediowy, jej pojawienie się na scenie od razu podniosło temperaturę. Miała temperament, wdzięk podparty znakomitą techniką i piękną barwą głosu, a przy tym dopracowany każdy gest i przemyślaną interpretację tekstu. Tango lam easily assimilated czy opowieść o grillowanym i pożartym przez Turków pośladku opowiadana tak serio, jak to tylko możliwe, wywołały owację. Olga Maroszek, niestety, pogubiła się w mówionym tekście, i Old Lady nie miała już wówczas tej siły wyrazu, choć wokalnie była solidna. Swoją drogą reżyser postawił chyba na zbyt dowolną improwizację tego monologu, bo teksty obu pań znacząco się różniły, choć obie zachowały sens wypowiedzi. Podobnie rzecz się miała z narratorem - Wolterem. Krzysztof Piasecki nie wyszedł poza ramy kabaretowej konferansjerki, jego nieco płaskie żarty czy aluzje do bieżącej polityki niekoniecznie się sprawdziły. Znacznie lepiej wypadł Dziennikarz Sławomira Mokrzyckiego ze swoją stonowaną wizją tej postaci. Michał Kutnik w roli pesymisty Martina stworzył świetny epizod, ozdobiony brawurowym wykonaniem songu Words, words, words!, a Hubert Zapiór (Maksymilian) pokazał, że swobodnie porusza się zarówno wokalnie, jak i aktorsko w gąszczu narzuconych mu przez reżysera zadań. Karkołomna scena tańca z Gubernatorem (jak zawsze charakterystyczny i bardzo operetkowy Janusz Ratajczak) wypadła doskonale i przywiodła na myśl Pół żartem, pół serio Billy'ego Wildera oraz podobne zmagania mężczyzn w damskim przebraniu. Bartłomiej Misiuda też wyszedł zwycięsko z roli Gubernatora. Vasyl Grokholskyi jako Ragotski i Vanderdendur zwrócił uwagę jasnym, dźwięcznym głosem. I tylko szkoda, że w teatrze operowym wszyscy śpiewali podpięci do nagłośnienia z przyklejonymi mikroportami!

Michał Znaniecki zaprojektował efektowne kostiumy. Eldorado mieniło się odcieniami złota, asymetryczna suknia podkreślała dotkliwy brak pośladka Old Lady, stroje Kunegundy korespondowały z akcją. Precyzyjnie prowadzona reżyseria światła (także Michał Znaniecki) kreowała przeróżne zjawiska występujące w naturze czy agresywny obraz wojny. Trafny okazał się pomysł, by akcję spiąć klamrą miejsca - biblioteki, w której scenograf zaprojektował dwa główne plany: jeden dotyczył życia realnego, drugi ilustrował podróże i niezwykłe przygody protagonistów. Efekt uzyskano za pomocą otwieranych okien i rozsuwania poszczególnych segmentów zapełnionych książkami. Całości dopełnił ruch sceniczny i choreografia Jarosława Stańka, który potrafił wydobyć komizm sytuacyjny podobny do gagów z filmu niemego (kapitalna scena tańca rabina z arcybiskupem Paryża, tango w Kadyksie, kankan w lizbońskiej scenie auto-da-fe). Ponura treść w opozycji do radosnego czy nawet frywolnego klimatu muzyki w zderzeniu ze "świętością" tematu wprowadza element skandalizujący potrzebny dla wzmocnienia efektu absurdu. Podobne zabiegi stosował w teatrze Tadeusz Kantor.

Kandyd kończy się zagadką. Główny bohater porzuca swój optymizm, ale nie wiemy, jaki model życia zakorzeni się w jego ogródku. Ogród spełnia wiele funkcji symbolicznych. Czy oznacza pogodzenie się z losem? Konformizm? Rezygnację i stagnację? A może raczej stabilizację? Może to powrót do raju utraconego i odzyskanego? Być może uprawa ogródka jest apelem o porzucenie spraw wielkiego świata na rzecz prostej egzystencji? Michał Znaniecki przeniósł akcję z biblioteki do supermarketu, ale jego bohaterowie ukradkiem sięgają jednak po książki z nadzieją na odkrycie nowych stronic.

Joanna Illuque
Ruch Muzyczny
29 lipca 2019

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia