Kapitalistyczne imperium namiętności

rozmowa z Janem Klatą

Rozmowa z Janem Klatą.

Anna R. Burzyńska: Twoja "Ziemia obiecana" nie będzie opowieścią o mieście-molochu i konfliktach między zamieszkującymi go przedstawicielami narodów i religii... 

Jan Klata: Nie będzie różnych narodowości ani antykwarycznego traktowania tematu. Nie będzie nostalgicznie. Sepia zawsze uszlachetnia, a rzeczywistości opisanej w powieści nie należy uszlachetniać. 

Trudno będzie uciec od porównań z filmem Andrzeja Wajdy. 

- Film Wajdy w ogóle nas nie interesował. Nie dlatego, że jest zły - jest świetny. Natomiast wszystko to, co tak fantastycznie pokazuje - Łódź, wiele kultur, XIX wiek, narodziny słowiańskiego Nowego Jorku - jest poza orbitą naszych zainteresowań. My mamy więcej wspólnego z filmem "Wall Street". 

Jak rozumiesz tytuł? 

- W kontekście powieści w bardzo prosty sposób: to miejsce, gdzie spełnia się jakiś rodzaj utopii. Z naszej perspektywy można ją nazwać antyutopią, ale dla bohaterów to coś, do czego dążą, i co ich później niszczy. 

Jednak we współczesnym odczytaniu koniecznie trzeba zdać sobie sprawę z tego, co się zdarzyło z dżinem, który został wypuszczony z butelki w XIX w. Jak się coraz bardziej dematerializuje, coraz bardziej oddziela od opisywanej przez Reymonta fabryki i staje się obietnicą, czystym mirażem. Przecież te wszystkie zakłady są dziś pozamykane i pozamieniane na coś innego - mamy do czynienia z ucieczką od produkcji do usług i od produkcji do konsumpcji. W tym kontekście tytuł "Ziemia obiecana" staje się jeszcze bardziej niepokojący. Ta obietnica nowych lądów, nowych atrakcji, nowej rzeczywistości staje się czymś coraz bardziej iluzorycznym: wekslem bez pokrycia, rodzajem śmieciowej obligacji. Postaci wielokrotnie rozmawiają o tym, jak tworzy się fałszywą rzeczywistość, jak przy pomocy różnych instrumentów omija się konieczność liczenia się z grawitacją i tworzy alternatywne układy. 

"Ziemia obiecana" to rodzaj utopijnej rzeczywistości, której mieszkańcy coraz bardziej tracą kontakt z realnością, coraz mocniej zapętlają się w chciwości i targających nimi pragnieniach. Ponoszą tego konsekwencje. 

Ale w powieści ta metafora nie jest potraktowana tylko ironicznie. 

- Zgadza się, bo z drugiej strony tytuł odsyła do tematu przysięgi, obietnicy. Ten problem wielokrotnie powraca w kontekście postaci Karola Borowieckiego, który konsekwentnie łamie obietnice, a skutkiem złamania jednej przysięgi jest złamanie następnej. To się wiąże oczywiście z naszym (moim, aktorów, dramaturga Sebastiana Majewskiego) myśleniem o przestrzeni, w której funkcjonują gracze. Interesowała nas mentalność gracza: kogoś, kto za każdym razem gra o maksymalną stawkę. Żyje w aurze ryzyka, ale też wielkiej desperacji, nieustającego napięcia, rauszu związanego z tym, że można wygrać dziesięć razy więcej, niż się postawiło - albo dziesięć razy więcej stracić. Gracze siedzą, mają dwa klawisze: "kup" i "sprzedaj", wykresy, analizę techniczną i analizę fundamentalną... Mam przyjaciół, którzy grają na Foreksie i faktycznie potrafią w ciągu jednej nocy zarobić dużo pieniędzy - albo je stracić. Ale tak naprawdę na dłuższą metę kasyno zawsze wygrywa. Bogaci coraz bogatsi, biedni coraz biedniejsi... Chociaż gdyby ten system był zawsze sprawiedliwy, być może cała rzecz byłaby nawet bardziej okrutna? 

Nie chcemy ustanawiać dosłownych analogii między oszustwami w ubezpieczeniach w XIX-wiecznej Łodzi a obecnym kryzysem kredytowym w USA. Bardziej ciekawi nas natura samej gry. To gra, której zasady wydają się niezwykle skomplikowane, natomiast wektory wewnętrzne są prostackie: "ból-przyjemność". Ta ziemia obiecana jest zaprzeczeniem prawdziwej Ziemi Obiecanej. Jest megaoszustwem, sztucznym rajem. 

To się rymuje z myśleniem o kapitalizmie jako źródle inflacji realności, gdzie fikcje stają się bardziej realne niż rzeczywistość. 

- Wiąże się to również z rozbudzaniem pożądania - w bardzo dosłownym sensie. W powieści z sukcesem kapitalistycznym mocno powiązany jest sukces męskości, męskiej seksualności. Taki biznesowo-erotyczny charakter ma relacja między Borowieckim a Lucy Zucker. 

Przecież kamyczkiem, który uruchamia lawinę i powoduje, że Borowiecki podejmuje ryzykowne działanie na własną rękę, jest informacja, którą uzyskuje dzięki romansowi. Idziemy w tę stronę: staramy się pokazać eskalację pożądania, straceńczej namiętności. Ta namiętność ma inny charakter u Borowieckiego, który ją instrumentalizuje (co nie znaczy, że mu się to nie podoba), a inny charakter u Lucy, która zaczyna w nią wierzyć, co jest niebezpieczne i destruktywne. 

W ogóle ten czworokąt - Borowiecki i trzy kobiety (narzeczona Anka Kurowska, Lucy Zucker i Mada Müller) - jest czymś absolutnie zasadniczym. Każda z tych relacji ma całkiem inny charakter. Te kobiety konkurują o niego, a on każdej z nich coś zabiera, każdą czymś łudzi i każdej robi krzywdę. I za to spotyka go kara. 

Poker - taka jest natura współczesnego kapitalizmu. To są gracze giełdowi - nie inwestorzy. Nie ma to nic wspólnego z tym, że coś się inwestuje, zasiewa, podlewa, a potem to rośnie i przynosi profity. Chodzi tylko o to, że ja mogę wygrać, jeżeli ten naprzeciwko przegra. Strzyżenie owiec. Podrzucamy podpuchę i zbieramy wszystko. 

Gdy się czyta złote myśli graczy giełdowych - a ostatnio czynię to namiętnie - to jest tam taka myśl, że jeśli nie przestaniesz grać o najwyższą stawkę, to w pewnym momencie rynek cię zabije. Tak jest z Borowieckim. Można wprawdzie powiedzieć, że w końcu znajduje swój złoty parasol w postaci Mady Müller. Wiedzie dostatnią egzystencję, ale w kategoriach ludzkich jest martwy. Kompletnie wydrążony. Pożar spustoszył nie magazyny, tylko jego. 

Czy dlatego musi przegrać, że - jak pisali Fryderyk Engels i Heiner Müller - człowiek ze swoimi nieprzewidywalnymi emocjami jest najsłabszym ogniwem systemu kapitalistycznego? 

- Wydawałoby się, że w systemie kapitalistycznym wszystko powinno doskonale się uzupełniać, ale nawet Alan Greenspan zapytany o to, co poszło źle, powiedział, że tego nie rozumie. Rynek jest oceanem, w którym jesteśmy zanurzeni, zbiorowym tworem ludzkich pragnień; potrafi sam się potęgować, namnażać, w pewnym momencie przesądza o naszym bytowaniu. 

Borowiecki przegrywa, ryzykując za każdym razem wszystko, bo tak go nauczono, to paradoksalnie wynika z podglebia, na którym wyrósł. My to podglebie traktujemy bez sentymentalizmu. Stary Borowiecki jako ostoja prawości, kury w Kurowie i szabla na konopnych rapciach - to wszystko jest dość zabawne. Nie ma alternatywy między dobrym i pięknym polskim dworkiem a okropną triadą miasto-masa-maszyna, z krwią robotników na krosnach. Ani ten ideał nie jest taki idealny, ani ten antyideał nie jest z gruntu zły - po prostu rzeczywistość się zmienia. A osoby wychowane w jednej rzeczywistości nie potrafią sobie poradzić w drugiej. 

Tylko Moryc Welt świetnie sobie radzi w obydwu. Ale nie dlatego, że jest Żydem. Podobnie jak Lucy Zucker nie dlatego jest lubieżna, że jest Żydówką. Niektóre fragmenty powieści mają wydźwięk niemal rasistowski - to nas nie interesuje. 

Można się zastanawiać, dlaczego Karol dzieli się cenną wiadomością o możliwym zysku ze swoimi przyjaciółmi. Może się boi być sam? Cały urok i sens na tym polega, że nie mamy do czynienia z człowiekiem od początku zdegenerowanym. Mentalność gracza jest zerojedynkowa, zdegenerowana - żadnych sentymentów. Borowiecki pierwotnie nie funkcjonuje w taki sposób. Ale gra w coś, czego nie potrafi ogarnąć. Siada do stolika z graczami, którzy w pewnym momencie go kompletnie załatwią. A nóż w plecy wbije najbliższy przyjaciel. 

Czy w takim świecie możliwa jest jeszcze moralność? 

- Mamy dziwną postać karzącego Zuckera - to systemowy pająk, który zaplata wszystkie nitki. Podstępem skłania Borowieckiego, żeby przysiągł na coś, w co być może do końca nie wierzy, ale w pewnym momencie go to dopadnie. Co funkcjonuje jak posąg Komandora. 

Mamy też Bum Buma, który jest u nas ważną, niejednoznaczną postacią. Jurodiwy - naznaczony szaleństwem, obdarzony umiejętnością spostrzegania tego, czego inni nie widzą. Funkcjonuje na wariackich papierach, a równocześnie trochę tworzy rzeczywistość, taki szaman społeczny... Jak Paweł Althamer albo Cezary Bodzianowski, który przykleja sobie wąsik Hitlera, chodzi po Wiedniu i maluje akwarelki. To zabawne, bo sztuka coraz bardziej w tym kierunku idzie - ingerowania w tkankę społeczną. Już na początku pojawia się strasznie znaczące określenie: "Kto się pali, kto się dziś spalił?". Nie chodzi jedynie o fabryki. To ludzie się palą. W proch się obracają. Nie są w stanie wytrzymać tego ognia, dokonują samospalenia. 

Obietnica ziemi obiecanej kryje też przesłanie, że dobrobyt to przejaw boskiej łaski, co oczywiście ma źródło w protestanckich źródłach kapitalizmu. Reymont bogactwo i pracę traktuje podejrzliwie... 

- Tak, należy siedzieć w dworku i rżnąć w karcioszki, chłopi zrobią swoje, a my możemy odmówić nieszpory... Z drugiej strony: jest coś fascynującego w sposobie, w jaki kapitalizm zjadł religię protestancką, z której się wywodzi. Coś, co było ufundowane na fundamencie samoograniczania, oszczędzaniu i innych przymiotach - stało się odwrotnością tych cech. Kredytowanie to rozdymanie rzeczywistości do rozmiaru naszych oczekiwań, a nie możliwości. To wiąże się też z totalną infantylizacją. Od postawy dorosłej, odpowiedzialnej osoby, która wie, na co może sobie pozwolić, przeszliśmy do zinfantylizowanego sposobu myślenia o życiu jako czymś, co nam się należy i gdzie każde pragnienie musimy spełnić - będziemy tylko odwlekać moment zapłaty. Zapłacimy inną kartą kredytową, za miesiąc, za dekadę, ewentualnie zrobią to nasze wnuki, które będą musiały się wystrzelić w kosmos, bo tu już nie będzie się dało żyć. 

Nas zaatakował kapitalizm w takim właśnie stadium, nie w tym pierwotnym, bo żyliśmy w systemie niewolnictwa do 1864 r., gdy car zniósł pańszczyznę. W powieści pokazane jest, jak tłumy ludzi ze wsi wskakują z jednej niewoli w drugą. Dziś już wykonaliśmy outsourcing tych niewolników do Trzeciego Świata. Žižek opisywał to jako świat z oper Wagnerowskich: istoty, których nikt nigdy nie ogląda, wykuwają w kopalniach bogactwa, a tu są fabryki przekształcone w lofty i ekskluzywne restauracje - fajne miejsca, gdzie robi się biznes przy caffe latte, za pomocą inżynierii finansowej tworząc większe niż rzeczywistość światy. 

Reymont fantastycznie to opisał. Myślę, że jego powieść nawet trafniej opisuje ludzi dzisiejszych niż XIX-wiecznych. Tylko fabryki zdążyły wyparować. Ale wciąż bardzo korzystnie można je ubezpieczyć.

Anna R. Burzyńska
Tygodnik Powszechny
19 września 2009
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia