Każdy ma swój Everest

"Każdemu Everest" - reż. Piotr Jędrzejas - Teatr im. Cypriana Kamila Norwida

To szósta sztuka Radosława Paczochy biorąca udział w naszym Konkursie. Zaczęło się od "Przyjaciela" (Teatr Polski w Poznaniu w reż. Krzysztofa Rekowskiego; 2009), utworu nawiązującego do słynnego porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Potem w Teatrze Wybrzeże wystawiono po raz pierwszy najbardziej znany utwór autora: "Być jak Kazimierz Deyna" (w reż. Piotra Jędrzejasa; 2010).

"Nazwisko Deyny - mówił wtedy reżyser - jest jedynie pretekstem do poszukiwania tożsamości, bo znakomicie wypełnia potrzebę legendy, wzorca. Nie jest to przedstawienie biograficzne, ale Deyna cały czas jest obecny jako symbol walki i dążenia do celu, nawet gdy cały stadion - świat - gwiżdże na nas. Ten sportowy kontekst prowokuje do pytań o polskie niespełnione marzenia i opisuje nasze narodowe średniactwo", wadę, z którą trzeba się zmierzyć, dorastając w kraju nad Wisłą". Dwa lata później w Teatrze im. Mickiewicza w Częstochowie Gabriel Gietzky powtórnie wyreżyserował tę sztukę. W tym samym 2012 roku weszła na ekrany jej filmowa wersja, do której scenariusz pisali wspólnie autor i reżyserka, Anna Wieczur-Bluszcz. W 2010 Gabriel Gietzky w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie wystawił bardzo stylowy, konsekwentny i nade wszystko zabawny "Bar Babylon".

W gdańskim Teatrze Wybrzeże Adam Orzechowski najpierw w 2012 wyreżyserował "Fazę delta", kameralny dramat o młodych kibolach, którzy niebezpiecznie przekroczyli granicę zabawy, wpadając w świat agresji, w dramatyczną realność zdarzeń, które wymknęły się młodym bohaterom spod kontroli. A potem w 2014 roku ten sam reżyser wystawił "Broniewskiego". Była to wielowymiarowa i wielowątkowa próba sportretowania poety, kochanka, działacza, człowieka. Publiczność lubiła to przedstawienie, festiwale teatralne też.

Na drugim krańcu kraju, u podnóża Karkonoszy, 16 października 2015, w dwudziestą szóstą rocznicę śmierci na ścianie Lhotse legendarnego himalaisty Jerzego Kukuczki, Piotr Jędrzejas dał prapremierę nowej sztuki Radosława Paczochy "Każdemu Everest", poświęconej właśnie wysokogórskim wspinaczom. Reżyser, co podkreślono w informacjach o prapremierze sam jest górołazem, przewodnikiem beskidzkim. Z wyraźną empatią podszedł więc do dramatu złożonego z krótkich scenek, które można by określić, korzystając z terminologii muzycznej jako cykl wariacji na tematy górskie. Czwórka aktorów: Małgorzata Osiej Gadzina, Bogusław Kudłek, Bogusław Siwko i Sebastian Świerszcz wymiennie z Robertem Manią, zagrali w nich całą galerię postaci: i himalaistów, i ich, żeby tak powiedzieć "nizinnych" partnerów, nie zawsze sympatycznych. A nawet jednego parzystokopytnego, wielce poczciwego jaka (zabawny Bogusław Siwko), użytego nie tylko do noszenia bagaży, ale i do zjedzenia u celu wspinaczki, konsumpcji nie bez moralnych rozterek.

Himalaizm zawsze prowokował pytania: dlaczego to robią? Po co ryzykują? Co ich pcha w to szaleństwo? Po co uciekają w góry? Ze strachu przed życiem? Nie wszystko da się wyjaśnić. Zawsze ktoś może odpowiedzieć słowami ze sztuki Paczochy: "Pragnienie wspinacza drąży skałę. Skała drąży myśl wspinacza. Myśl wspinacza drąży emocje wspinacza. Emocje wspinacza drążą serce wspinacza. [...] Wspinacz wspina się na skałę, gdyż skała drąży myśl i serce wspinacza. Czy to jasne?" Nie zawsze jasne i nie zawsze jednoznaczne. W wysokogórskich wyprawach elementy emocjonalne, namiętne, wrażliwe, uczuciowe, nieustannie stykają się, a często wchodzą w dramatyczny konflikt z tym, co przemyślane, zaplanowane, wykalkulowane. Spektakl pilnie dba o równowagę trzeźwości i doświadczenia, rozumu i pulsującej wrażliwości, kreując wiarygodne portrety nietuzinkowych ludzi gór. Związanych pasją, która niesamowicie łączy, a niekiedy także i skrajnie dzieli. Celnie mówi jeden z bohaterów: "Jesteśmy grupą urodzoną pod znakiem górskiego kamienia, uzależnioną od sytuacji ekstremalnych, grupą, która najlepiej czuje się w swoim własnym gronie i to nie ze względu na łączące nas przyjaźnie, które niekiedy przechodzą w zawiści lub nienawiści, tylko ze względu na cel".

Oglądamy zdobywców w zmaganiach na ośmiu tysiącach metrów, ale i na dole, w stosunkach z żoną, z dziennikarzem, z pracodawcą, z ubekiem. Tu też jest niejeden Everest do zdobycia. A czasami odpadnięcie od ściany. Paczocha przypomina peerelowskie, bynajmniej nie zabawne realia choćby we wściekłym monologu funkcjonariusza, od którego zależała zgoda na wyprawę: "A myślicie, że my nie wiemy, kto wymyślił ten wasz himalaizm zimowy? Myślicie, że nie znamy ludzkich życiorysów? Myślicie, że my sobie nie zdajemy sprawy, kim był dziadek tego całego Zawady, który tu notabene kończył nasze jeleniogórskie liceum? Jego dziadek walczył w powstaniu styczniowym, a ojciec był sanacyjnym dyplomatą, to była proszę pana stara, zepsuta szlachecka rodzina. Ten cały Zawada miał proces w sześćdziesiątym ósmym - oskarżony w tak zwanym procesie taterników, czyli w procesie zbrodniarzy, którzy przez Tatry przemycali publikacje paryskiej Kultury, co jest haniebne! On współpracował z powstańcami niejakiego Ognia, którego ludzie zabijali uczciwych komunistów po lasach! Oni są sanacyjni z ducha i dlatego chcieliby, żeby nasz naród szedł na czołgi z szabelką i ginął. Nie mają odwagi walczyć z otwartą przyłbicą, to wymyślili ten cały himalaizm zimowy, żebyście tam wszyscy pozamarzali! To jest sanacyjny kierunek myślenia! Ciągle muszą z kimś albo z czymś walczyć! Nie mogą walczyć ze słuszną ideą socjalistyczną, bo jest, jak sama nazwa wskazuje, słuszna, to walczą z naturą!".

Dramatyczne sytuacje z historii powojennego (przedwojenny też był!) himalaizmu, śmierć w górach, dylemat: jak zostawić konającego, którego ratowanie zakończyłoby się śmiercią obydwu, konieczność spojrzenia w oczy żonie tego, który nie wrócił, kontrapunktowane są scenami pogodniejszymi: rewią górskiej mody, groteskowymi scenkami reklamowymi kręconymi na życzenie sponsorów, wreszcie obrazem współczesnej komercjalizacji himalaizmu, gdy za duże pieniądze można włazić bądź być wnoszonym na Everest niemal tak, jak na widoczną nad Jelenią Górą Śnieżkę.

Nad aktorami i sceną wisi kamień, przypięty liną do sztankietu. Lina i zabezpieczenie wyglądają na solidne, ale ten centralny punkt dekoracji Jana Kozikowskiego jest wyrazistym symbolem niebezpieczeństwa, jakie wpisane jest w każdy Everest.

Andrzej Lis
e-teatr.pl
27 stycznia 2016

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...