Kiedy czarta brak

"Diabły z Loudun" - reż. Keith Warner - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Pomysł na otwarcie kolejnego sezonu Teatru Wielkiego - Opery Narodowej premierą "Diabłów z Loudun" był znakomity. Umożliwił upieczenie kilku pieczeni na jednym ogniu: rozpoczęcie roku inscenizacją wybitnego polskiego dzieła, uczczenie 80. urodzin Krzysztofa Pendereckiego i pokazanie publiczności opery współczesnej.

Wprowadzenie "Diabłów..." na operowe deski można odczytać w kontekście historii zarządzania Teatrem Wielkim, w której wyróżnia się polityczny epizod sprzed kilku lat. W 2006 roku, po paśmie sukcesów, dyrektor artystyczny Mariusz Treliński został zwolniony ze stanowiska, pod pretekstem braku wykształcenia muzycznego. Faworyzowany przez PiS ówczesny dyrektor teatru Janusz Pietkiewicz dodawał, jakby bez związku z postacią reżysera, że w instytucji, która nosi przydomek "narodowa", należy wystawiać przede wszystkim klasyczne pozycje z rodzimego repertuaru. Oczywiście, był to policzek wymierzony Trelińskiemu - symbolowi opery nowoczesnej, proponującej nieznane wcześniej w kraju rozwiązania plastyczno-inscenizacyjne i odważnej interpretacyjnie.

Dwa lata później Mariusz Treliński wrócił na poprzednie stanowisko i wespół z szefującym Teatrowi Wielkiemu Waldemarem Dąbrowskim do dziś kontynuuje cenną pracę wprowadzania warszawskiej sceny do światowej ligi - ekskluzywnej grupy teatrów operowych łączących najwyższy poziom wykonawczy z ambitną, nieszablonową inscenizacją (sąsiadem stanowiącym dobry wzorzec do naśladowania jest berlińska Deutsche Oper). "Diabły z Loudun" powinny zadowolić wszystkich, również widzów pragnących opery "narodowej": są częścią polskiej kultury a ponadto zwięźle streszczają założenia repertuarowe kreatywnego duetu - ma być świeżo, różnorodnie i zgodnie z duchem czasów, co oznacza między innymi czerpanie z popkultury i wykorzystywanie w spektaklach nowych mediów. Jednym z obszarów, na których Opera Narodowa pracuje na swoją renomę, są koprodukcje. Zupełnie jak w przypadku przemysłu filmowego (francusko-polska "Wenus w futrze" Romana Polańskiego, która wejdzie w listopadzie do polskich kin), wspólne przedsięwzięcia różnych teatrów są już na porządku dziennym. W roku 2013/2014 z największym apetytem wypatruję łączonego wieczoru operowego: "Jolanty" Piotra Czajkowskiego i "Zamku Sinobrodego" Béli Bartóka. Reżyseruje Mariusz Treliński, dyryguje sam Walerij Giergijew, a całość powstaje we współpracy z nowojorską Metropolitan Opera. "Diabły z Loudun" również są koprodukcją: z Royal Danish Theatre. Reżyserii podjął się Brytyjczyk Keith Warner, znany przede wszystkim z nieszablonowych wystawień dzieł Wagnera, ale swobodnie poruszający się także wśród oper XX-wiecznych. Na jego warszawskim "Weselu Figara" krytycy nie zostawili suchej nitki. Czy tym razem spisał się lepiej?

Horror-opera

"Diabły z Loudun" są dobrym pomysłem na rozpoczęcie sezonu także dlatego, że debiutancka opera Pendereckiego, pokazana po raz pierwszy w Hamburgu w 1969, to dzieło po dziś dzień porywające. Opowieść stanowiąca bazę utworu jest złożona i ma już swoje miejsce w historii kultury. Opętanie w klasztorze w Loudun, w XVII-wiecznej Francji, doczekało się wielu opracowań. Zagadnienie to pozwala przyjrzeć się ówczesnej religijności: wiara w działanie szatana zmniejsza się, co nie przeszkadza temu, że opętania kwitną. Leszek Kołakowski poświęcił na streszczenie wydarzeń z Loudun aż kilkanaście stron w swojej "Świadomości religijnej i więzi kościelnej". Penderecki wybrał tylko kilka najważniejszych epizodów, opierając się na powieści Aldousa Huxleya "Diabły z Loudun" i czerpiącym z niej dramacie Johna Whitinga "Demony". Przeorysza klasztoru urszulanek Joanna (Tina Kiberg) marzy o tym, żeby ojciec Grandier (Louis Otey) zaopiekował się nią i jej podopiecznymi. Grandier odmawia, zajęty własnymi cielesnymi miłostkami. Powodzenia zazdroszczą mu dwaj oślizgli bohaterowie: aptekarz Adam (Krzysztof Szmyt) oraz chirurg Mannoury (Robert Gierlach). Razem z miejscowym klerem knują intrygę, która przenosi się na poziom państwowy: rozpustny Grandier zostaje męczennikiem, ponieważ wbrew woli kardynała Richelieu nie zgadza się na zburzenie murów miejskich. Narzędziem spiskowców staje się Joanna, która twierdzi, że wstąpił w nią szatan pod postacią ojca Grandier.

Opera, napisana w niezwykle płodnej dla Krzysztofa Pendereckiego dekadzie, oferuje nam wszystkie sonorystyczne smaczki kojarzone z awangardowym wtedy zacięciem jego twórczości. Przekładając dalekie od tonalności nuty na język wrażeń: muzyka pełna jest niepokojących zgrzytów, złowrogich brzmień, pisków, krzyków i neurotycznych zawodzeń. To prawdziwie nowoczesna horror-opera o klasztornym opętaniu, pełen klastrów, niedający spokoju groteskowy egzorcyzm. Pod względem intensywności kompozycja może się równać z emanującym niepokojem "Królem Rogerem" Karola Szymanowskiego - a porównanie to stawia "Diabły z Loudun" w jednym szeregu z najlepszymi polskimi operami (których, przecież, nie ma wcale tak wiele...).

Autokorekta: nowe "Diabły z Loudun"

Spektakl, który opisuję powyżej, to jednak nie ten, który możemy zobaczyć w Teatrze Wielkim, a wersja hamburska wyreżyserowana przez Konrada Swinarskiego. Na szczęście dysponujemy znakomitym nagraniem dostępnym na DVD, zarejestrowanym tuż po premierze. Premierze, dodajmy, która okazała się klęską. Dopiero kolejne wystawienia dzieła przyczyniły się do jego popularności i sprawiły, że było grane w prawie 40 teatrach na świecie. Przyczynę niepowodzenia trudno zrozumieć: czyżby była nią domniemana skandaliczność opery i jej inscenizacji? Swinarski stworzył prawdziwą perłę, odczytanie w każdym niemal aspekcie wybitne i wspaniale zaśpiewane. Dysonansowe frazy Pendereckiego przepuścił przez własną wrażliwość. W jego rękach opowieść o XVII-wiecznym miasteczku Loudun to mroczna wizja świata wyzutego z wartości, miejsca, w którym szaleją przede wszystkim ludzkie namiętności. Niezależnie od tego, czy przekonująca jest dla nas interpretacja, wedle której opera opisuje aparat instytucjonalnej opresji, od wizji Swinarskiego bardzo trudno się uwolnić. Szczególnie wtedy, kiedy ogląda się wyzutą z charakteru, poprawną inscenizację Keitha Warnera.

Materiał, który reżyserował Warner, to zresztą właściwie inna opera: Krzysztof Penderecki zdecydował się przeredagować swoją partyturę. Bywa, że poprawianie, korygowanie znanych publicznie dzieł ma szkodliwe skutki - i tak też było w tym przypadku. Na prawach anegdoty funkcjonuje przypadek filmowej "Ziemi obiecanej", którą Andrzej Wajda w 2000 roku przemontował, usuwając między innymi kultową miłosną scenę pociągową z Kaliną Jędrusik i Danielem Olbrychskim. Również w przypadku opery Pendereckiego autorskie korekty odebrały pierwotnemu dziełu sporo pieprzu i charakteru. Zmiana kształtu i instrumentacji "Diabłów..." nie została jednak spowodowana tylko i wyłącznie kaprysem kompozytora, ale wymogami praktycznymi. Niewiele teatrów może sobie pozwolić na wystawienie opery, do której odegrania potrzeba orkiestry złożonej z blisko 100 wykonawców. Nie zmienia to jednak faktu, że zmniejszona obsada i rozmaite zabiegi "łagodzące" sprawiły, że niepowtarzalny, pełen grozy pazur dramatycznej historii został bezdusznie spiłowany.

Słuchając i... patrząc

Słuchanie spektaklu Warnera to przyjemne doświadczenie. Gorzej jednak sprawdza się on jako produkcja przeznaczona również do patrzenia. W sensie reżyserskim jest to krok wstecz wobec olśniewającej wizji Swinarskiego. Najnowszą premierę możemy określić jako spójną w tym sensie, w jakim spójne są rzeczy mierne: nic się w niej nie wybija, a całość nie dostarcza zbyt wielu wypieków na twarzy. Wręcz przeciwnie: autentycznie nuży. Z "Diabłów z Loudun" można ulepić dowolny spektakl, jeśli tylko ma się potrzebną do tego ambicję i wyobraźnię. Warner myli najwyraźniej rzemiosło z chałturą: jego wersja podcina skrzydła muzyce i razi bezpośredniością. Brytyjczyk zmarnował szansę na dostarczenie widowni scenicznej grozy.

Za scenografię odpowiada Boris Kudlička i też nie jest to jego najbardziej udany projekt. Ponownie zbudował obrotową scenografię, jeszcze bardziej spektakularną niż w "Turandot". Na pierwszy rzut oka przypomina ona chatkę na kurzej stopce albo wyrwany z całości fragment budynku-tkanki. Pokoje bohaterów sąsiadują ze sobą, śpiewacy przechodzą z pomieszczenia do pomieszczenia, konstrukcję wypełniają skosy i pochyłości. W tym domku dla dorosłych lalek nie ma ścian ani zabezpieczeń przed upadkiem. Frapująca koncepcja rozpływa się jednak w zetknięciu z detalami. Siedziba Grandiera, z obszernym łożem, przypomina staroświeckie lokum w domu publicznym, a medyczne pomieszczenie aptekarza i chirurga wydaje się wyjęte z tandetnych filmów o szalonych naukowcach z lat 50. Poziom aktorstwa pozostawia wiele do życzenia, a Warner już po kilku scenach odsłania karty i przyznaje się, że nie ma pomysłów ani na choreografię, ani na wiarygodne oddanie dramaturgii. Sceny egzorcyzmów (wstrząsające, hipnotyczne u Swinarskiego), tutaj wypadają pokracznie i są ledwie zamarkowane. Od kreowania napięcia i strachu (tak, dzięki geniuszowi Pendereckiego możliwego do doświadczenia w operze), Warner ucieka w prymitywną groteskę. Kiedy słychać teatralny, pretensjonalny śmiech, w zamierzeniu "złowieszczy", pojawia się pytanie, na jaką operę tak naprawdę przyszliśmy do teatru.

Nie dziwi mnie, dlaczego spektakl tak podoba się niektórym muzykologom. Dorota Szwracman, jedna z najpopularniejszych dziennikarek piszących o muzyce, regularnie wystawia negatywne, a w najlepszym wypadku chłodne recenzje spektaklom Mariusza Trelińskiego. "Diabły..." Warnera nie dorastają do pięt żadnemu z nich, a mimo to Szwarcman obdarza je aprobatą: "Keith Warner (pamiętamy mu okropne "Wesele Figara", a jakże) tym razem naprawdę się przyłożył i stworzył spektakl żywy, dość dosłowny, ale nie nadmiernie". Prawdziwą zasługą Warnera jest więc, jak możemy wywnioskować ze słów krytyczki, to, że nie wygłupił się z odczytaniem opery Pendereckiego. Według Szwarcman dobry spektakl to taki, który nie przysłania muzyki i, mówiąc kolokwialnie, nie jest "przekombinowany". Oto wielka cena za postrzeganie opery jako medium głównie dźwiękowego, a nie audiowizualnego - niekiedy nie potrafimy oceniać oper okiem. Szwarcman wydaje się tak niewrażliwa na kwestie inscenizacyjno-wizualne, że może to stawiać pod znakiem zapytania jej wiarygodność jako recenzenta spektakli (a nie nagrań!) operowych.

Jacek Marczyński, krytyk teatralny "Rzeczpospolitej", pisze z kolei: "To miasteczko jak z thrillera, operowe "Twin Peaks" z serialu Lyncha. Każdy mieszkaniec ma swoją tajemnicę, a kolejne zdarzenia zagęszczają atmosferę". To życzliwe i błędne porównanie, co powinno być jasne dla każdego, kto oglądał "Diabły..." Warnera oraz chociaż pilotowy odcinek wspomnianego serialu. Dobry thriller opiera się na niedopowiedzeniach, "Twin Peaks" w szczególności. Kiedy twórcy nie pozostawiają widzowi miejsca dla własnych projekcji (skoro Grandier odbierany jest przez Joannę jako szatan, to przecież musi biegać po scenie z przyczepionymi różkami), nie przyprawią go o najmniejszy nawet dreszcz.

Wizyta diabła

Mimo licznych niedostatków, najnowsze "Diabły z Loudun" zostały ciepło przyjęte przez publiczność (chociaż akurat w dniu, w którym je oglądałem, końcowe oklaski były wyjątkowo rachityczne). Stanowi to dobrą prognozę na cały rok, oferujący mniej premier niż w ostatnich sezonach, ale za to część z nich szczególnie wyczekiwanych. Oprócz wspomnianego spektaklu w reżyserii Trelińskiego, pojawi się również "Lohengrin" Wagnera i "Moby Dick" Eugeniusza Knapika. Każda premiera wagnerowska wywołuje zawsze duże emocje, także dlatego, że niemiecki kompozytor jest wciąż w polskich teatrach operowych śladowo obecny. Żałuję, że nie będzie to "Tannhäuser", lecz następne dzieło kompozytora, czyli właśnie nużący "Lohengrin". Wagnerzystom pozostaje mieć nadzieję, że mający już dwa lata "Latający Holender" zapoczątkował trend, który zaowocuje pokaźniejszą liczbą inscenizacji dzieł mistrza.

Nie sposób pominąć także "Moby Dicka", którego partyturę śląski kompozytor Eugeniusz Knapik przygotowuje od wielu lat. Operę opartą na powieści Hermana Melville'a wyreżyseruje Barbara Wysocka. Jej pamiętna "Zagłada Domu Usherów" Philipa Glassa z 2009 r. oznaczała pojawienie się wyraźnego, unikalnego głosu w polskiej reżyserii operowej. Następny projekt Wysockiej, "Medeamaterial", przyniósł rozczarowanie, pozostając propozycją hermetyczną i unikającą operowego pierwiastka. Monumentalny "Moby Dick" będzie pierwszym przedsięwzięciem artystki na dużej scenie Teatru Wielkiego i pracą zupełnie innego kalibru. Na efekt końcowy musimy niestety czekać aż do 25 czerwca. Na razie pozostaje zatem odkurzyć archiwa i sięgnąć raz jeszcze do "Diabłów z Loudun" Swinarskiego albo czekać, aż w ciągu roku Operę Narodową nawiedzi prawdziwy diabeł.

* Sebastian Smoliński, student kulturoznawstwa i amerykanistyki w ramach Kolegium MISH. Publikuje w "Kinie", "Tygodniku Powszechnym" i na Stopklatce.

Sebastian Smoliński
Kultura Liberalna
18 października 2013

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia