Kierunek: ku człowiekowi

"Motyle są wolne" - reż: Michał Lesień - Teatr Kamienica, Warszawa

Na długo przed otwarciem Teatru Kamienica, nim jeszcze pomysł stworzenia własnej sceny przybrał formę realną, Emilian Kamiński mówił, że pragnie, aby w jego teatrze przedstawienia budowały człowieka, a nie odbierały mu chęć do życia. A więc żadnych postmodernizmów, nihilizmów, okrucieństw, degradacji człowieka itp. Emilian Kamiński ma rodzinę, dzieci i - jak powiada - jest to dlań wartość bezcenna. Zatem teatr, który pragnie realizować, nie może stanąć na przekór jego filozofii postrzegania życia w tym najpełniejszym, najpiękniejszym wymiarze, a człowiek ustawiony powinien tu być w miejscu centralnym, z całym szacunkiem dla godności osoby ludzkiej. Tak rozumiem (chyba się nie mylę) teatralne posłanie Emiliana Kamińskiego.

To odważna postawa artystyczna w dzisiejszej dobie. Postawa wyraźnie artykułująca wyznawany system wartości Emiliana Kamińskiego i nawiązująca do niegdysiejszego, zapomnianego już dziś etosu zawodowego artysty teatru. Niepokoję się tylko, czy Kamiński wytrwa w tej postawie, kiedy jego - prawie gotowa już - ukochana Kamienica ruszy w pełni na trzech scenach. A niepokoję się dlatego, że w zalewie scen - obowiązkową już dziś tzw. estetyką brudu i relatywizmu moralnego, co poczytywane jest w środowisku tzw. 

salonowej elity intelektualno-artystycznej jako walor i symbol postępu - pewnie niełatwo będzie przebić się artyście z jego tak pozytywnym i przyjaznym, skierowanym ku człowiekowi programem. Emilian Kamiński ponad siedem lat tworzył swój teatr mieszczący się w starej, przedwojennej kamienicy warszawskiej. I nazwał go właśnie "Kamienica", bo - jak powiada - pragnie, by nazwa ta kojarzyła się widzom z miejscem, w którym "dzielimy ze sobą życie". Emilian Kamiński chce, by jego teatr integrował ludzi, by atmosfera wzajemnej życzliwości oraz poczucie bezpieczeństwa towarzyszyły widzom i aktorom. Dlatego ważny jest dobór repertuaru. Epatowanie zaś nienawiścią, brutalnością, agresją, przelewającą się krwią, obscenami, dewiacjami, gwałtami, seansami narkotycznymi, przemocą - jedynie pogrąża człowieka w całkowitej beznadziei, kierując jego myśli ku ciemnej stronie życia. Teatr Kamińskiego zaś obrał azymut całkowicie odwrotny: ku jasności, ku światłu. "Chcę, żeby w teatrze życie wyglądało trochę ładniej niż za oknem. Najważniejsi są moi bliscy i ich życie. Wszystko, co robię, robię dla nich. Czasem jednak się zastanawiam, czy lubię człowieka, którym jestem. Przypominam wtedy sobie, jak ładnie mówił Jezus: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego" - powiedział artysta jakiś czas temu w prasie katolickiej. 

Nazwa teatru niesie ze sobą pewnego rodzaju zobowiązanie. Mieszczący się w wybudowanej 100 lat temu kamienicy teatr zawierać będzie sporo repertuaru z okresu międzywojnia. Stąd znalazły się tu takie spektakle, jak: "Ordonka z kamienicy" czy "Piękne panie i panowie". Ale nie tylko. Kamiński, utalentowany aktor, wie dobrze, że nie można stronić od współczesnego repertuaru. Tylko zależy, o jakiej wymowie, co mają ze sobą nieść te współczesne sztuki, jaką prawdę głosić. I to jest właśnie tym najważniejszym elementem, który stanowić będzie o obliczu tej sceny. 

Parę dni temu na pachnącej jeszcze świeżą farbą jednej ze scen, Oficynie, odbyta się premiera otwierająca tę właśnie scenę sztuką z 1970 roku "Motyle są wolne" amerykańskiego autora, Leonarda Gershego. Tytuł został spopularyzowany dzięki filmowi z 1972 roku, do którego scenariusz napisał Gershe. Przedstawienie "Motyle są wolne" z Teatrem Kamienica ma tyle tylko wspólnego, że jest grane na tej scenie. Natomiast należy do Agencji Produkcyjnej Palma, gdzie zostało zrealizowane. 

W warstwie fabularnej sztuka Gershego jest komedią romantyczną zawierającą głębszą refleksję. A to, czy owa refleksja zostanie dostatecznie zaakcentowana w spektaklu, zależy od reżysera i aktorów. Reżyseria Michała Lesienia, niestety, tylko śladowo dotyka problemu. A sztuka ubrana w chwilami zabawne i dość naiwne dialogi zawiera przecież istotny problem przystosowania się do życia w pełnym wymiarze osoby niewidomej. Oto dwoje młodych ludzi, Don i Jill, którzy wynająwszy dwa sąsiadujące ze sobą mieszkania na Manhattanie, przypadkowo zostają sąsiadami. Dona i Jill grają Lesław Żurek i Marta Żmuda-Trzebiatowska. 

Don jest człowiekiem uzdolnionym muzycznie. Jest inteligentnym, wrażliwym i przystojnym młodym mężczyzną. Ma ustabilizowaną hierarchię wartości. Pragnie spróbować życia samodzielnego, bez nadzoru nadopiekuńczej matki. Chce się sprawdzić, czy poradzi sobie jako niewidomy w środowisku widzących. Na życie zamierza zarabiać komponowaniem piosenek. 

Natomiast sąsiadka zza ściany, Jill, to całkowite przeciwieństwo Dona. Ma dopiero 19 lat, jest bardzo atrakcyjna, zamierza zostać aktorką. Jej system wartości jest nieuporządkowany, chaotyczny jak ona sama - rozwichrzona, emocjonalnie reagująca na wszystko. Wiedzą ogólną też nie za bardzo może się pochwalić. Kłopot w tym, że Don zakochał się w Jill. 

Don to najlepsza rola w spektaklu. Lesław Żurek prowadzi swego bohatera przez kolejne doświadczenia z pewną delikatnością charakterystyczną dla ludzi wrażliwych, dotkniętych bolesnym doświadczeniem. Dyskretnie, wyrazem twarzy, tonacją głosu rysuje stan przeżyć emocjonalnych Dona. Kiedy Jill zamierza zostawić Dona z obawy, że nie dorosła do roli żony. Don załamuje się, nagle traci poczucie bezpieczeństwa i wątpi w siebie. Chce wrócić do matki, do domu rodzinnego, tam już nic mu nie grozi. Lesław Żurek czytelnie i wyraźnie buduje postać Dona, jego nadzieje, odwagę i ten jedyny moment załamania. Nie epatuje zewnętrznymi środkami, gra tzw. wnętrzem, co ma odbicie w jego mimice. 

Natomiast Marta Żmuda-Trzebiatowska włączyła wszystkie dostępne jej środki ekspresji w budowaniu postaci Jill. Jest niepotrzebnie nadekspresyjna, zbyt gwałtowna w relacji z każdą z postaci scenicznych, rozedrgana niczym rtęć, macha rękami i biega po scenie, zatupując i zamachując całkowicie osobowość Jill. To debiut sceniczny aktorki i można wybaczyć, ale reżyser powinien powściągnąć te naddatki wyrazowe. Rozczarowała mnie Ewa Ziętek w roli matki, Za dużo tu dystansu do roli. Trudno uwierzyć że jej bohaterka współcierpi z synem i że widzi problem szerzej aniżeli on. Także nie przekonał mnie Michał Lesień w roli Ralpha, a już tym bardziej jako reżyser przedstawienia.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
29 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...