Kieślowski bez refleksji

"Die Zehn Gebote" - reż. Stephan Kimmig - Volkstheater w Wiedniu

W spektaklu Die Zehn Gebote, zrealizowanym na podstawie filmowego Dekalogu Krzysztofa Kieślowskiego, Bóg jest martwy. Reżyser Stephan Kimmig zbiera na scenie pokrzywdzonych przez los i łączy ich we wspólnym poszukiwaniu ładu. Chce znaleźć odpowiedzi na podstawowe pytania filozoficzne odrzucając boskie wskazówki. Nadaremno.

Zanim kurtyna na dobre podniesie się i odsłoni scenę, austriacki reżyser zatrzyma ją parę centymetrów nad ziemią i pokaże stopy hałaśliwie tańczących i śpiewających aktorów. Po owej chwili nastaje cisza, wyłania się scenografia, a na scenie pojawia się podstarzały Anioł i z cicho wybrzmiewającą w tle kolędą wycofuje się, obserwując spektakl z kabiny zniszczonego pojazdu dostawczego. Jeśli macie wątpliwości, czy na pewno mamy do czynienia z adaptacją Dekalogu Kieślowskiego, to zaznaczam, że zadawałem sobie to samo pytanie podczas całego spektaklu.

Powracający do Wiednia Kimmig, tym razem debiutujący na deskach Volkstheater, próbuje w niecałe trzy godziny przełożyć na język sceniczny zaprezentowane pierwotnie w dziesięciu godzinnych filmach dziesięć boskich prawideł. Próżno jednak doszukiwać się w produkcji Volkstheater próby odczytania „tekstu" Kieślowskiego na nowo. Jest wręcz przeciwnie, a szkoda, bo lekka wariacja mogłaby przynieść wiele korzyści. Mamy tu bowiem pędzący z zegarkiem w ręku scenariusz oraz siedmiu aktorów (i dwoje towarzyszących dzieci) wcielających się w ponad trzydzieści postaci. Reżyser skazuje się więc od samego początku na ogromny chaos, nie oferując przy tym żadnego środka ku jego uporządkowaniu.

Brak w Die Zehn Gebote głębszej refleksji czy zabawy gatunkami. Widz z uporem prowokowany jest najzwyklejszą grą kontrastów.

Kimmig wyszedł z założenia, że przedstawienie narracji w sposób nielinearny, aby wydarzenia nawzajem się przecinały, to idealne rozwiązanie na utrzymanie dynamiki historii. Wychodzi to jednak tak słabo, że bez ratowania się programem spektaklu niełatwo powiązać sytuacje sceniczne z przykazaniami. Brak tu czasu na osobiste refleksje ze względu na zbyt szybkie i nieuporządkowane tempo spektaklu. Trudno jednak oczekiwać innego efektu, gdy wyciąga się z filmowego oryginału te sceny, w których drzemie najwięcej teatralności i nadaje się im, grą aktorską i brakiem kontekstu filozoficznego, niezamierzonej, lecz widocznej nienaturalności.

Zespół aktorski pracuje więc nad materiałem, którego punktem wyjścia jest patos, krzykliwość i wyolbrzymienie. Nie dziwi zatem, że efekt jest mało dramatyczny. Dzieci grają dzieci – tańczą, robią szpagaty i rzucają się w ramiona rodziców – a reszta aktorów wchodzi i wychodzi w nadawane im role na tyle nijako, że nie odczuwałem różnicy w granych przez aktorów postaciach. Takie podejście zwiastowała już początkowa scena, bo stepujących za kurtyną aktorów Kimmig potraktował z takim samym niedbalstwem, gdy już ukazali się publiczności w pełnej krasie.

Celem reżysera było niewątpliwie przedstawienie klasyka polskiej kinematografii we współczesnym kontekście i postawienie pytania o aktualność tez zawartych w Dekalogu Kieślowskiego. Widać jednak niekonsekwencję w budowaniu teatralnej rzeczywistości. Dzięki najjaśniejszemu punktowi przedstawienia, czyli stworzonym przez Anję Rabes kostiumom, czuć klimat polskiego osiedla z lat 80. XX wieku. Długie płaszcze, sweterki, buty na wysokim obcasie, tenisówki, a nawet T-Shirt z zespołem Depeche Mode bardzo starannie budują atmosferę minionej epoki. Reżyser jednak, wrzucając raz po raz wstawki muzyczne znanych nam w obecnych czasach hitów radiowych i każąc aktorom tańczyć do nich w stylu robota, ten nastrój niszczy. Brak tu głębszej refleksji czy zabawy gatunkami. Widz z uporem prowokowany jest najzwyklejszą grą kontrastów.

Kimmig nie uraczy nas więc pogłębioną analizą tego, co Kieślowski manifestował w swoich dziełach. Jest wobec tego tak bezsilny, że dwa najważniejsze dla autora Dekalogu przykazania – o miłości i zabijaniu – sprowadza do przerysowanej sprzeczności na linii dialog – monolog. W ten oto sposób otrzymujemy spłyconą grę emocji w rozmowie między młodym chłopcem a jego obiektem pożądania, zamkniętą w niesmacznym żarcie, na siłę próbującą dobrnąć jak najszybciej do ostatecznego końca. Jeszcze gorzej reżyser traktuje historię skazanego na śmierć, oddając jego los w ręce prawnika. Ów kapłan sprawiedliwości wypowiada monolog o statusie traktatu o moralności. Tę cześć kończy dialog – płytki i banalny, którego całą emocjonalność próbowano z przesadą przenieść na ostatni krzyk skazanego przed egzekucją.

Premierze spektaklu towarzyszyła obszerna akcja Polskiego Instytutu w Wiedniu, której celem było przybliżenie sylwetki Kieślowskiego. Trudno jednak powiedzieć cokolwiek o wymowie sztuki Die Zehn Gebote, gdy nawet sam reżyser w udzielanych wywiadach wyłącznie cytuje polskiego reżysera. Adaptacja Austriaka przybliża do Kieślowskiego tak mocno, jak pierwsze dwa zdania na Wikipedii. Brak tutaj chęci do jakiejkolwiek refleksji i interpretacji oryginału.

Kimmig w rozmowie z Wiener Zeitung porównał dzisiejsze czasy z okresem komunistycznym w Polsce. Jego zdaniem współcześni mieszkańcy Europy, podobnie jak w czasach totalitarnych, czują się porzuceni i ignorowani przez polityków. Teza wydaje się jednak silnie populistyczna, a do jej udowodnienia zabrakło przede wszystkim spójnej i odważnej wizji teatralnej reżysera.

Spektakl Die zehn Gebote będzie można zobaczyć po raz ostatni 23 czerwca o godz. 19.00 w Volkstheater.

Szymon Pietrzak
Austriart
4 czerwca 2018
Portrety
Stephan Kimmig

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

9. Międzynarodowy Fest...