Kilka myśli o pięciuset głowach

Krakowski Salon Poezji

Na początku był Kraków. Zimowy poranek niedzielny przed ośmioma laty - pierwszy na Ziemi Salon Poezji. W foyer Teatru im. Juliusza Słowackiego Anna Dymna i Mariusz Wojciechowski czytali garstce zdumionych ludzi wiersze Jana Twardowskiego. Godzinę trwało, a później już poszło. Samo z siebie? Chyba. I minęło zdumienie. A dziś? Co po ośmiu latach od tamtego zimowego poranka niedzielnego?

Dziś: Kraków oczywiście, Gdańsk, Tczew, Szczecin, Opole, Warszawa, Świdnica, Gniezno, Gliwice, Bytom, Czechowice-Dziedzice, Bielsko-Biała, Oświęcim, Lublin, Rzeszów, Kalisz, Nowy Targ. Do tego Sztokholm doszedł, Montreal, Ottawa i miasto Kork w Irlandii. Jak dobrze się wszystko ułoży, a zapewne tak się ułoży, Dymna rychło otworzy Salon w Wiedniu, Polkowicach i drugi warszawski - w Teatrze Polskim Andrzeja Seweryna. Majaczy też Berlin, ale zostawmy to. Nawet jeśli w Berlinie będzie fiasko, całość i tak zakrawa na niepojęte szaleństwo. Bo jakże to tak: w wiadomej epoce żyjemy, a nikomu do niczego nie przydatny proceder czytania ludziom wierszy nie zdycha, tylko pączkuje? Tak. I nic już nie da się z tym zrobić.

Oto ostatnia niedziela - Boże Narodzenie w Salonie. Duża Scena teatru. I co? Mógłbym zliczyć głowy na widowni, ale to bez sensu. Było ich tyle, ile jest miejsc na parterze, w lożach parteru, pierwszego, drugiego i trzeciego piętra. Więc jeszcze im się nie znudziło? No nie. Przyłażą, są, słuchają. Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Natalia Strzelecka, Jerzy Trela i Tomasz Wysocki czytali bożonarodzeniowe wiersze Miłosza, Gałczyńskiego, Baczyńskiego, Słowackiego, Staffa, Kasprowicza, Lechonia, Czechowicza, Brylla, innych jeszcze - a naprzeciwko (nie bądźmy aptekarzami) pół tysiąca głów. Pięćset par uszu i słowa. Pięćset par uszu i muzyka grana przez Dorotę Imiełowską (wiolonczela), Halinę Jarczyk (skrzypce), Jacka Bylicę (fortepian) oraz Orkiestrę Akademii Beethovenowskiej pod kierunkiem Marcina Klejdysza. Pięćset głów, które nie miały co robić w zimowe niedzielne południe?

A w internecie się poślizgać - nie łaska? A na internetowych forach pobekać sobie z bekającymi koleżankami i koleżkami? A pod pseudonimem charknąć na Józia bądź Helę, używając rytualnych polskich czterech klawiszy? A w "Pudelka" wejść i poczytać sobie literaturę codzienności? A pooglądać fotki na "Naszej Klasie" - bo a nuż koleżanka z liceum wygląda dziś jak własna jej babcia, więc ubaw będzie? A pyknąć 287 esemesów w obowiązującym narzeczu zmartwychwstałych neandertalczyków? Przy pomocy tych i tysiąca podobnych zdobyczy nowoczesności mózg pięknie rozgimnastykować - to co jest? Pies to jest? Ano, okazuje się, dla niektórych - pies.

Pączkowanie Salonów, bądź te w niedzielę pięćset głów na widowni, nazywam niepojętym szaleństwem, bo nie rozumiem. Przecież nie powinno być tak! Ale też coś mi podpowiada, że nie pojmuję, bo dałem się zwieść modnej w naszych czasach poetyce skrajności. Pierwszy z brzegu przykład. Paziowie elektroniki piszczą, że skoro dziś na topie są biblioteki w plastikowych pudełkach - książka jako taka jutro umrzeć musi! Więc może nie rozumiem pączkowania Salonów i pięciuset głów w niedzielę słuchających wierszy, gdyż albo niedoceniam odwiecznej normalności rodaków, albo przeceniam moce nowoczesności, która słowa, pełne zdania, w ogóle język ma, gdzie ma - i coraz głębiej? A prawda jest stara jak świat. Po prostu nie da się z ludzi zrobić redyku aż tak łatwo. Plastik plastikiem, bekanie bekaniem. Owszem. Lecz wiersz, jak zawsze, znajduje głowy.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
22 grudnia 2010

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia