Kim lub czym byłby Dorian G. gdyby dzisiaj żył

"Portret Doriana Graya",TR Warszawa

Najnowsza premiera w TR Warszawa to eklektyczna kompilacja, w której są elementy lepsze i gorsze, brak jest jednak myśli przewodniej, a teza, którą wykrzykuje tytułowy bohater nie jest ani odkrywcza, ani konkurencyjna dla wymowy powieściowego pierwowzoru.

Trudno mówić o inscenizacji powieści „Portret Doriana Graya” Oscara Wild’a, gdy reżyser jedynie w luźny sposób inspiruje się wydarzeniami zawartymi w tej książce. Oglądając przedstawienie Michała Borczucha odnosimy wrażenie, że stara się on wyssać z powieści Wild’a esencje, wypreparować ekstrakt, piękno w rozumieniu Wild’a i krytycznie odnieść się do tego, co uzyska. Taka droga, kiedy krytyk szuka w sztuce impulsu do rozważań, jest godna największych eseistów i zapewne ponowoczesnych reżyserów. Takie postępowanie nie jest jednak gwarancją sukcesu; Borczuchowi brakuje narzędzi i antyteza, nad którą powinien pracować, jest płytka niczym porada z kalendarza. 

Idealizowane przez Wild’a piękno jest dla Borczucha pustą konstrukcją. Nie dość, że nie wiadomo dlaczego jest czczone i pożądane, to jeszcze niesie za sobą destrukcję więzi społecznych. Dlatego też Dorian jako personifikacja piękna to apatyczna, zblazowana figura, która, choć na początku spektaklu ma jeszcze jakiekolwiek poczucie moralności, z każdą minutą przeistacza się w zimnego pięknego robota, którego otaczają zdemoralizowani esteci. Taka wizja reżyserska byłaby do obrony, gdyby reżyser nie zdecydował się na kwadrans przed końcem spektaklu dosłownie wygłosić ją w specjalnie do tego celu spreparowanym monologu Doriana. 

Gra aktorska jest bardzo zróżnicowana. Na pierwszy plan wybija się, niestety bardzo negatywnie, Tomasz Tyndyk, który w przedstawieniu - show z Le Madame, był przekonujący, natomiast odarty z kabaretowej konwencji, pozostaje sam ze swoim charakterystycznym głosem, który nie pozwala mu na zbudowanie pełnej postaci. Ciekawie wypadają natomiast kobiety, które budują interesujące i pogłębione charaktery i, umiejętnie poprowadzone przez reżysera, potrafią zahipnotyzować widza. 

Scenografia, korzystając w prostych chwytów daje aktorom ogromne możliwości, jest pokojem, studiem telewizyjnym czy sceną teatru, w którym występuje niedoszła żona Doriana – Sybil.  Zachwyca prostota, z jaką te miejsca na oczach widzów są tworzone przez aktorów. Dobrze wpasowują się w ten krajobraz tak popularne dziś elementy postdramatycznego teatru jak piosenka, czy teleturniej. Innym pytaniem pozostaje natomiast, czy są to elementy wciąż atrakcyjne dla dzisiejszego widza.  

Mając w pamięci poprzedni warszawski spektakl Borczucha w Teatrze Dramatycznym, nie można nie dostrzec, że oba przedstawienia dzieli ogromna przepaść. Podczas gdy „Leonce i Lena” mogło być postrzegane jedynie w kategorii nieudanego ćwiczenia, to „Portret Doriana Graya” jest już pełnoprawnym spektaklem, dającym nadzieję na dalszy rozwój reżysera.

Konrad Szpindler
Dziennik Teatralny Warszawa
9 marca 2009
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia