Kino od kuchni na scenie STU

"Księżyc i Magnolie" - reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska - Teatr STU

Właśnie kino, a tak właściwie to kulisy jego powstawania. W Teatrze STU , w reżyserii Angieszki Lipiec-Wróblewskiej, w jej „Księżycu i magnoliach". To kameralna komedia na podstawie dramatu Rona Hutchinsona i pastisz na temat złotej ery Hollywoodu. Atrakcje dodatkowe: słynny krzyk z „Psychozy", westernowskie sekwencje Clinta Eastwooda, parodia sceny z „Wściekłych psów" Tarantina, czy... Olaf Lubaszenko jako Scarlett O'Hara.

Filmowe środki wyrazu to narzędzie charakterystyczne dla dotychczasowej twórczości Angieszki Lipiec-Wróblewskiej. „Nie wiem, czy praca kamery nie jest dla mnie najważniejszym środkiem wyrazu, ważniejszym nawet od słowa" – powiedziała reżyserka nie tak dawno „Dziennikowi Zachodniemu". Jej „Księżyc i magnolie" to kilkupiętrowa opowieść o filmie. Opowieść przemawiająca jego językiem, bogata w rozmaite nawiązania do kinematografii – w formie aluzji czy różnorakich odmian parodii. Trudno tu w zasadzie o element, który by się w jakimś sposób o film nie ocierał. I dzieje się to wszystko na wielu poziomach. A dzieje się nie ot tak, dla zabawy, a przynajmniej – nie tylko dla niej samej.

„Księżyc i magnolie" to dialog starszej koleżanki z dziesiątą muzą. Pastisz sentymentalny, portret dobrodusznie prześmiewczy, to jowialne podśmiechuje. Jednocześnie, o tyle bezpieczne w swej koncepcji, że pomyślane także na poziomie sophisticated comedy – by posłużyć się terminem z zakresu kinematografii - wyrafinowanej komedii aktorskiej, którą w tym przypadku opiera się nie tyle na samych błyskotliwych dialogach, co na przemyślanej w detalach, znakomitej grze aktorskiej.

Hollywood, lata czterdzieste. Producent David O. Selznick (Olaf Lubaszenko) jest zorientowany na sukces i gotów postawić wszystko na jedną kartę. Chodzi o to, by nakręcić film, ale nie film zwyczajny – arcydzieło, wysokobudżetowe i monumentalne opus vitae (czytaj: statuetki, pieniądze, pomnik trwalszy niż ze spiżu). Jakby tego było nie dość, przedmiotem jego zainteresowania jest doskonale znany, a z pewnych względów ryzykowny tytuł. Nie koniec na tym, bo decyzja właściwie zapadła: produkcja ruszyła, kontrakty zostały podpisane, wraz z nimi w życie weszły zobowiązania fiskalne, a cień wszechwładnego teścia - Louisa B. Mayera - wisi złowieszczo nad całym przedsięwzięciem. Tymczasem wciąż brakuje scenariusza. Niemalże siłą wciągnięci do pracy zostają: sceptycznie nastawiony do pomysłu, mówiąc delikatnie, scenarzysta (Szymon Bobrowski) oraz niewiele bardziej entuzjastyczny reżyser (Szymon Kuśmider). Już za chwilę asystentka producenta Miss Poippenghul (Barbara Kurzaj) zamknie na sześć spustów przed bezradną ekipą drzwi, i rozpocznie się praca nad scenariuszem. Praca żmudna i mało zabawna, ale za to arcyśmieszna!

Komizm postaci również ma kilka poziomów. Polega on między innymi na odgrywaniu schematycznych ról, powiedziałoby się, na „kostiumach i maskach z epoki". Oto wkracza na scenę Szymon Kuśmider, czyli reżyser Victor Fleming. Akompaniuje mu Ennio Morricone, po bokach widzimy projekcje kowbojskiego obuwia prosto z „Dobrego, złego i brzydkiego". Na głowie Fleminga sterczy niedbale kapelusz typu panama, z ustach nonszalancko wystaje mu papieros, jeszcze dziarski klaps w pośladek stojącej obok Miss Poppenghul – i wystarczy, już wiemy - to macho, niebezpieczny i niezależny niczym Rick Blain w „Casablance". Po przeciwległej stronie i jednocześnie na antypodach mamy scenarzystę, Bena Hechta (Szymon Bobrowski). To gryzipiórek, okularnik, sceptyk w szarym golfie. Jemu nie jest wszystko jedno, to typ kontestatora, operującego ciętym responsem, a ponadto zaangażowanego ideologicznie. Szczęśliwie, kwestie ideologiczne (emigrantów żydowskich czy niewolnictwa) zaprzęgnięto do treści w sposób niezobowiązujący, stanowią raczej koloryt epoki pokazany z przymrużeniem oka, a podane są w formie żartu półserio.

Postać centralna to David O. Selznick (Olaf Lubaszenko), a właściwie to Żeleźnik, emigrant żydowski polskiego pochodzenia. Pracoholik opętany ideą nakręcenia filmu, cyniczny, bezwzględny, i w swojej determinacji niejednokrotnie po prostu śmieszny. Charakteryzuje go upór i nieprzejednanie, ale dla dobra sprawy, nie cofa się też przed krokami ryzykownymi jak na autorytet, co publiczność mu chętnie wybacza.

Jest też asystentka, a jakże! Miss Poppenghul, w którą wcieliła się Barbara Kurzaj, łączy z wdziękiem głupstwo z subtelną - jak idzie o jej rozmiar - inteligencją, a także instynktowną zaradnością oraz zalotnością równie nienachlaną, co słoń w składzie porcelany. Nietrudno zgadnąć, jaki jest efekt, i że prawdopodobnie zgodny z założeniem. Właściwie to każde wejście Barbary Kurzaj, włącznie z pierwszym, publiczność rzetelnie nagradzała gromkim śmiechem. Jej Miss Poppenghul to oklepywana po pośladkach, niedoceniana (i nieprzeceniana), asystentka rodem ze slapsticku, wrzucona i zmuszona radzić sobie w samym środku samczego a szowinistycznego siedliska. Drobna sekretarka, która na swój skromny sposób realizuje własny american dream, parodiując w międzyczasie – a to już chyba w ramach bonusu – rozmaite typy filmowych heroin.

American dream to zresztą klucz dla całej sztuki. Gonią za nim bohaterowie – producent, reżyser, scenarzystka, asystentka, którym przyporządkowano cechy typów pochodzących z ówczesnych hollywoodzkich scenariuszy. Zabawiono się w „Księżycu i magnoliach" schematem, konwencją i mitem. Konwencjonalna i oszczędna jest też scenografia, a jej elementy zdają się ostentacyjnie wskazywać na kilkuwymiarową sztuczność raju, w jakim się znajdujemy przez niespełna trzy godziny przedstawienia. Nieodłączny papieros Fleminga, choć pociągany przez niego i miętoszony nieustannie, pozostaje niepodpalony przez cały czas trwania spektaklu. I dla jasności, Fleming podpala go w końcu, ale: na dwie minuty przed końcem sztuki i poza terytorium sceny, znikając w półmroku. Wychodząc ze świata zwielokrotnionej fikcji, którą stanowi kino w teatrze, wielkiej iluzji jaką jest kino samo w sobie; znika za drzwiami sali, poza sztucznym oświetleniem sceny, znika w mrokach rzeczywistości on i jego naprawdę podpalony papieros.

„Jeśli dało się zrobić scenariusz z Hobbita, to z tego też się da!" – zdaje się mówić reżyserka ustami Selznicka- Lubaszenki. Rzeczywiście da się, i to z dobrym skutkiem.

Paulina Żebrowska
Dziennik Teatralny
22 stycznia 2016

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia