Kita jak pipa

"Sonata Belzebuba" - reż: Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

Myślę sobie nieśmiało, a nawet ku pewności się skłaniam, że gdyby w sobotni wieczór młoda artystka dramatyczna Joanna Kulig rozebrała się na scenie do rosołu - nie tylko jej byłoby lżej oddychać. Ku tej pewności się skłaniam, albowiem zawsze lepiej jest, gdy ludzie są w zgodzie z naturą, niż gdy coś usilnie udają, na ten przykład - przedstawienie teatralne.

Tak, gdyby Kulig odstawiła dla nas striptizowy numer, wszystkim by ulżyło. Pokazywana w teatrze STU "Sonata Belzebuba" Stanisława Ignacego Witkiewicza nie musiałaby nieporadnie udawać, że nie jest imprezą dancingową w stylu starych, dobrych nocy w "Warszawiance" bądź "Feniksie", Krzysztof Jasiński nie musiałby się dziecinnie upierać, iż jest reżyserem, a nie malowniczym kierownikiem parkietu, my zaś zwolnieni bylibyśmy z grania przed sobą myślicieli, co na kanwie wiązanki słowno-muzycznej malowniczego kierownika parkietu poważnie przemyśliwują ciemne dywagacje Witkacego. Niestety. Jak by rzekł poeta - jedną maleńką golizną tak wiele ubyło... 

Cóż za żal! A przecież bez mała wszystko było, jak się należy, by się dobrze zabawić! Wodzirej, czyli Zbigniew Wodecki, którego wszyscy bardzo lubimy, jako Belzebub z gatunku "dobry wujcio z Sieradza", pięknie kroczył w szatach przecudnej urody, słodko śpiewał, w trąbkę dął, na skrzypcach grał i czarował lwią grzywą. Beata Rybotycka w roli Julii wspaniale była "naszą wesołą ciocią spod Łomży" i jeszcze wspanialej puszczała do nas oczko, tym samym ujawniając istotę całej tej ponaddwugodzinnej wiązanki dancingowej. A istota brzmi: rozluźnijmy się, kochani, się zabawmy! 

O inne sedno wieczoru taneczno-muzycznego nie mogło chodzić, bo przecież wyłącznie na kanwie takiego sedna Konrad Mastyło, w cywilu wyborny pianista, mógł zgodzić się na pokazanie kunsztu swego absolutnie niepowtarzalnego aktorstwa prywatnego i jako Sakaly - być dla nas "naszym kuzynem Jankiem, który na urodzinach dziadzia Zenona bawi całą rodzinę pokazem polowania na lisa, ale bez konia". Gdyby tutaj naprawdę szło o sztukę teatru, malowniczy kierownik parkietu z pewnością wspomógłby kreującego rolę Istvana Karola Śmiałka mikroportem znacznie poprawiającym artykulację i niwelującym dość kłopotliwy wyraz twarzy. Gdyby jakiekolwiek znaczenie miały słowa Witkacego - choreograf Piotr Galiński, słynny juror "Tańca z gwiazdami", nie ustawiłby baletu na poziomie aktualnych tanecznych możliwości Beaty Tyszkiewicz, swej koleżanki jurorki. Słowem, gdyby tu nie chodziło o to, że o nic nie chodzi - zapewne malowniczy kierownik parkietu nie wpadłby na oszałamiający numer, polegający na laniu widzom piwa do kufli - wprost z ogona jednego z jasełkowych diabełków. Kita jako piwna pipa - to była mocna rzecz! 

Do tego, oczywiście, wciąż migające światełka kolorowe, dobywające się spod podłogi dymy nastrojowe szalenie, muzyczka głośna bądź cicha, na żywo i z głośników, papuzie fatałaszki, unoszenie artystów na linach, wirowanie tancerek na lśniących rurkach, biegi, skoki, turlania się, omdlenia, słowem: "jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach... muzyczka przygrywa skocznego begina... a ja kocham cię". Ba - nad całością unosił się rechot nie z tego świata, rechot Jana Błońskiego i Leszka Kołakowskiego, których słowa w programie pomieszczone chyba miały dodać imprezce w STU powagi, a nawet intelektualnej głębi.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
10 marca 2010

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia