Klasyka Polska

"Wyzwolenie" - reż. Waldemar Zawodziński - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Podczas poprzedniej edycji Konfrontacji Teatralnych Waldemar Zawodziński pojawił się w Opolu jako reżyser konkursowego spektaklu - "Ślubu" Gombrowicza. Z nagrodą za to świetne przedstawienie wrócił jedynie aktor Andrzej Wichrowski, który został doceniony przez jurorów za rolę Ojca i Króla. W tym roku zespół Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi zaprezentował opolskiej publiczności tekst równie ambitny - "Wyzwolenie" Wyspiańskiego.

Przedstawienie ujęte jest w klamrę metateatralną, otwiera się castingiem na Konrada (studenci Wydziału Aktorskiego łódzkiej filmówki), którego wybrać ma ostatecznie Wróżka (nie bez przyczyny dziekan tegoż wydziału - Zofia Uzelac), kończy zaś smutną, bo prawdziwą rozmową Konrada z Reżyserem i Starym Aktorem, w ostateczności przegranym pojedynkiem ze Śmiercią. Rama ta okala napuszoną jak balon dyskusję Konradów. Całą przestrzeń sceniczną, pozbawioną w zasadzie rekwizytu, wypełnia interesująca, choć momentami nierówna, gra młodych aktorów. Spośród nich nie sposób wybrać tego "właściwego" Konrada. Toczą między sobą dysputy, odgrywa się ponad godzinna tyrada - psychomachia. Kaliber wypowiadanych słów Kondrada i Masek jest tak ciężki, a argumenty przewijają się tak szybko, że w zasadzie nie do ogarnięcia staje się sens owej dysputy. Zniechęcony niepowodzeniem widz zaczyna postrzegać ją jako szermierkę słowną, pustosłowie nieadekwatne do współczesnych problemów. Odechciewa się interpretacji. W ustach postaci Konradów-Masek nieustannie powtarzane wyrazy, jak: poezja, sztuka, forma naród, narodowość, idea, przeznaczenie, śmierć, stają się wyprane z głębszego znaczenia. Każdy z nich naiwnie wierzy w to, co mówi. Dzielą nieustannie na "nas" i "was", ale o kogo dokładnie chodzi, tego widz naprawdę nie jest w stanie wyłuszczyć, zmęczony nieustanną pogonią za sensem rzucanych jak karabin maszynowy niby ważkich i kluczowych słów.

W centrum sceny na katafalku spoczywające ciało Ojca Konrada. Na nie jednak rozprawiające postaci nie zważają. Ich zainteresowanie skupia się raczej na "tu i teraz", "na jutro", nie zaś na "wczoraj", którego uosobieniem jest leżący trup. W tym czasie pojawia się ponętna Muza (Urszula Gryczewska-Staszczak) - cyniczna i pewna siebie - ale nie dająca nadziei.

Dla młodości i naiwności młodzieńców świetną kontrą jest pojawiająca się na początku i przy końcu spektaklu postać starej, nagiej aktorki. Jej wysuszone, pomarszczone ciało, mocno pomalowana twarz dziwnie wygląda wśród galerii młodych mężczyzn o gładkich, rumianych twarzach.

Publiczność rozbudza z marazmu scena walki Konrada o swoje wartości. Spod ziemi wyłania się ogromny kontener z nagimi i powyginanymi ciałami młodych ludzi. Pojawiające się ku przerażeniu Konrada Widomo Ojca (Roman Komassa) to Charon, który próbuje zagarnąć naszego bohatera, to Kompromis, którego bohater nie chce, to Przeznaczenie, do którego nie dążył. Na nic teraz mądre tyrady jego młodzieńczego umysłu, na nic wizje i profetyczne rozprawy. Konrad (w tej scenie Hubert Jarczak) po długiej i wyczerpującej walce podzieli los swoich martwych poprzedników. Konotacje tej wizji są różne: od Holokaustu po śmierć głównego bohatera z "Popiołu i diamentu". Ale przed śmiercią Konrad przejdzie jeszcze inicjację, dojrzeje, pojmie: teatr jest ułudą, a aktorzy mają swoje osobiste życie. Niestety, swojej woli Konrad nie zamieni u Zawodzińskiego w czyn.

"Wyzwoleniem" przekraczamy półmetek tegorocznych konfrontacji. Sądząc po opadających na piersiach głowach i spojrzeniach na zegarki, spektakl bardziej znudził widzów i wyczerpał, niż dał bodziec do interpretacji czy re-interpretacji klasyki. Szkoda także, że planowana dyskusja po przedstawieniu, została odwołana. Poprzednia, 33. edycja, gromadziła w foyer takie nazwiska, jak: Klata, Englert, Fiedor, Augustynowicz, Zawodziński. Dotychczas pospektaklowa usankcjonowana tradycją rozmowa, ze względu na przedstawienia wyjazdowe, plenerowe bądź losowe wypadki, odbyła się jedynie dwa razy. Mam wrażenie, że przez odejście od tych kameralnych spotkań zatraca się dawny charakter festiwalu. Było o czym mówić, prowadzono dialog. Teraz tego dialogu, zarówno widz-twórca, jak i klasyka-współczesność zdecydowanie brakuje.
(mi)

Monika Leonowicz
Nowa Siła Krytyczna
25 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...