Kliknięcie i nóż

"Mroczna gra albo historie dla chłopców" - reż: Iwona Kempa

Przed szklanym prostokątem - dzień w dzień, noc w noc nieprzeliczona masa ciał. Szklanym, ciekłokrystalicznym, diabli wiedzą, jakim jeszcze

Da ktoś głowę, że jutro na komputerowym rynku nie zrobi furory ekran z samego powietrza? Elektronika pędzi niepoczytalnie, internet - jeszcze szybciej. Cacka nasze zmieniają się nam na pstryknięcie... No proszę, pięć zdań - i pięć banałów. Dodam szósty - będzie parzyście, elegancko. Cacka się zmieniają, lecz ciała przed nimi - ani o jotę. Rzecz jasna, nie licząc tego, co wymuszone przez czas.

Te same, co zawsze, sny na jawie, niezmienne tęsknoty, namiętności jak mantra. I ta sama, co zawsze, samotność. Więc kogoś po drugiej stronie sieci znaleźć trzeba koniecznie i pokochać trzeba koniecznie, żeby raźniej było. Tak, pokochać go, albo podzielić się z nim lękami, radościami, czymkolwiek, albo ból mu sprawić ciężkim słowem, albo go pocieszyć, albo wyśmiać go, albo mu doradzić, albo szczerym być z nim w każdej sprawie, albo go okłamywać litera po literze. Właśnie - okłamywać. Grać? Owszem, grać z naiwnym w internetowego chowanego, maski zakładać, zmieniać płeć, osobowość, barwę oczu i włosów, grać, igrać, grać z nim tak, by nie domyślił się, że jest w teatrze. Jak małolat w wyreżyserowanym przez Iwonę Kempę dyplomie aktorskim "Mroczna gra, albo historie dla chłopców" Carlosa Murillo. Ten młody zagrał kiedyś, zagrał z drugim młodym po drugiej stronie sieci, który na jakimś tam czacie napisał, że pragnie poznać i pokochać dziewczynę o niebieskich oczach, metr sześćdziesiąt, góra sześćdziesiąt pięć, szczupłą. I młody odpowiedział. Zaczął być swoją nieistniejącą siostrą: niebieskość, średni wzrost, doskonała figura. Młody zagrał z drugim młodym o własne uczucie. Po nierealnym teatrze zostały mu realne blizny na brzuchu. I młody opowiada teraz konstrukcję tamtej niepojętej kładki pomiędzy kliknięciem a nożem.

W sumie - to wszystko. Tym jest "Mroczna gra..." - wspomnieniem. Półtoragodzinnym seansem wspominania, by zrozumieć ciemną kładkę. Odegraniem na realnej scenie niegdysiejszej gry w nieuchwytnej sieci. Jakby teatrzykiem w teatrzyku, gdzie dziewięcioro - Maciej Raniszewski, Izabela Warykiewicz, Antoni Paradowski, Ryszard Starosta, Maja Łukowska, Arkadiusz Walesiak, Łukasz Wójcik, Anna Kaszuba, Maurycy Popiel - rotacyjnie wcieli się we wszystkie postacie mrocznej historii miłosnej, gdzie się realność z iluzją na amen zapętliła, heteroseksualizm z homoseksualizmem zatańczył, a w finale było nieudane samobójstwo przy pomocy ręki drugiego młodego - tego, co do końca nie wiedział, że to gra.

Banał? Kolejna socjologiczna agitka sceniczna w kwestii narastającej samotności naszej młodzieży, w sprawie fatalnego wpływu internetu na zagubionych nieletnich, ku przestrodze - by rodzice uważali na klikanie swych pociech, albowiem sieć to siedlisko potworów, dewiantów, psychopatów i innych zboczeńców? Można tak rzec, tyle że banał ten już w pierwszej minucie kruszeje na scenie. Kruszeje od dotyku aktorstwa. Przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie uwiera, nie denerwuje, nie męczy. Powiem prosto - od wieków nie widziałem w krakowskiej szkole teatralnej takiej lekkości, tak czystych tonów, takiej klarowności gestów, twarzy, intonacji. Bóg mi świadkiem: wreszcie wszystko bez problemów zrozumiałem (nie tylko dykcję mam na myśli) i na końcu nie byłem umordowany jak stara kobyła po dniu mordęgi w kopalni sto lat temu.

Rzecz jasna nie jest tak, że każda studentka tego dyplomu już jest Ewą Lassek, a student każdy to Tadeusz Łomnicki, choć drugi mój ulubieniec - pierwszym jest Arkadiusz Walesiak - Ryszard Starosta ma coś z Łomnickiego i nie jest to wyłącznie nos. Nie. Na to trzeba bardzo dużo pracować, a i tak się nie uda. Z drugiej strony patrząc, jak dziewięcioro umie ze swych ciał i głosów już teraz ulepić tak subtelne półtorej godziny - przyszłość nie musi być smolista. Kolejny banał? Zawsze twierdziłem, że PWST jest sprawą kilku jasnych banałów, które trzeba chcieć uruchomić. Na przykład: w sprawie dyplomów nie należy filozofować, cudować, wydziwiać ani napinać się na lupizm, zadaryzm lub klatyzm. Należy dzwonić do Kempy. I tyle.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski online
10 listopada 2011
Teatry
PWST, Kraków

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...