Klinek na spleenek...

czyli „Piosenka jest dobra na wszystko!" w „Teatrze Muzycznym" w Łodzi

Z tęsknoty za belle epoque

W okresie PRL, jeśli idzie o kulturę i rozrywkę, ulice pustoszały na czas „Kobry", czyli „Teatru Sensacji" nadawanego w czwartki i „Kabaretu Starszych Panów", kiedy to zmęczeni rodacy wraz z architektami humoru i elegancji, arbitrami wdzięku i stylu, koneserami języka mogli przenieść się w odległy świat elegancji, klasy i przedwojennego fasonu. Wieczory, gdy „Starszy Pan A" i „Starszy Pan B", czyli Jerzy Wasowski i Jeremi Przybora bawili, wzruszali i kreowali zupełnie inną rzeczywistość niż ta zza szyb domów i mieszkań przeszły do historii piosenki kabaretowej. Dżentelmeni na scenie i poza nią, autorzy utworów wybitnych, ikony rozrywki kulturalnej najwyższej próby.

Przybora w rozmowie z Walentyną Toczyską mówił o potrzebie swoistego odczarowania Polaków w tamtych czasach: „Chodziło nam o rozpogodzenie narodu, odbiorców" – w 1974 roku na antenie Programu III Polskiego Radia. Po wojnie panowie spotkali się w 1948 roku, gdy Przybora pracował nad cyklem audycji radiowych Teatr Uniwersalny „Eterek". Przybora zaproponował Wasowskiemu napisanie muzyki do słuchowiska. 10 lat później powtórzyli radiowy sukces i stworzyli autorski kabaret – „Kabaret Starszych Panów". Koncept został znakomicie przyjęty i emitowany był przez Telewizję Polską. „Wespół w zespół" powstała audycja radiowa. Wspomnieć trzeba, że władze w tamtym czasie, szczególnie I sekretarz, Władysław Gomułka, kapciem ciskał w telewizor, widząc roznegliżowaną Kalinę Jędrusik na ekranie. „[...] To był początek najważniejszego ośmioletniego okresu w naszym dorobku. Myślę o bliskiej jak nigdy przedtem i nigdy już potem współpracy" – wspominał Jeremi Przybora jak powiedział Wiesław Michnikowski: „Nazwa Kabaretu była wyrazem tęsknoty za minioną epoką, którą oni obaj silnie czuli".
Cykl programów telewizyjnych był nadawany od października 1958 do lipca 1966 r. Pierwszym odcinkiem było „Popołudnie starszych Panów". Odcinki to kolejne „wieczory"; ostatni – „XVI wieczór – Zaopiekujcie się Leonem". Kilku początkowych odcinków nie zarejestrowano, toteż zostały nagrane później.
Wśród znakomitych wykonawców, którzy w „Kabarecie..." występowali..." byli: Irena Kwiatkowska, Barbara Krafftówna, Wiesław Gołas, Bohdan Łazuka, Kalina Jędrusik, Wiesław Michnikowski, Mieczysław Czechowicz, Edward Dziewoński, Jarema Stępowski, Barbara Rylska, Zofia Kucówna, Bronisław Pawlik i inni.

Szczególne widowisko
„Piosenka jest dobra na wszystko!" to wyjątkowe widowisko muzyczne, jakim jest piosenka kabaretowa, oparte na utworach z repertuaru Wasowskiego i Przybory. A powstało za sprawą scenarzysty i reżysera, Jacka Bończyka. Autor libretta musicalu „Cyrano" nie po raz pierwszy sięga po twórczość „Kabaretu Starszych Panów". W 2016 można było zobaczyć „Walc kameralny, czyli Pan Wasowski mniej znany" w Teatrze Muzycznym w Toruniu. W 2018 zaś wyreżyserował „Nie tyko Starsi Panowie, czyli Wasowski do Kwadratu" w Teatrze Kwadrat w Warszawie. W Teatrze Muzycznym w Łodzi „Piosenka jest dobra na wszystko" zaś, miała premierę 26 lutego 2021 roku. 26 utworów, które wyszły spod pióra Jeremiego Przybory i zapisu nutowego Jerzego Wasowskiego wybrzmiewają w akompaniamencie artystów Teatru Muzycznego w Łodzi.

Klucz do drzwi Piosenki
Uważny, czujny widz zidentyfikuje fascynację reżysera twórczością i postaciami Starszych Panów. Bończyk, jak sam powiedział, utwory ułożył według klucza bardzo subiektywnego, co także wiele mówi o jego stosunku do piosenek Przybory i Wasowskiego. Z każdym utworem następuje swoista gradacja – od lekkości, aż po dramatyczne napięcie.
Reżyser wydobywa to, co jest esencją „Kabaretu...": słowo i dźwięk. Odbiorca zostaje wprowadzony w świat, w którym artyści tkają historie (niczym „dziecię tkaczy") z wdziękiem i doskonałym wyczuciem muzycznym. Pierwszy akord dźwięczy tuż po podniesieniu kurtyny i natychmiast urzeka swoją lekkością. Liryczne aluzje, wielopiętrowe metafory, wysublimowanie i artyzm to walory, których próżno szukać w kompozycjach kabaretowych (i nie tylko) aktualnie. To, co w spektaklu jest szczególnie cenne to wyjście poza konwencję, poza ramy, z którymi widz jest obeznany. Ukłon należy się także za zachowanie oryginalnych form językowych w tekstach.

Reinterpretacje liryczne – wśród kobiet
Przez jedno popołudnie w inny wymiar przenoszą publiczność znakomite kreacje artystów, którzy wykorzystują swoje partie, by zaprezentować własne umiejętności, ale i w pełnej krasie ukazać się jako zespół. I to zachwyca, przypieczętowuje wiarygodność sceniczną.
Wrażenie robią kobiece wykonania pełne sensualności, emocjonalnych zawirowań, całej palety uczuć: pragnienia, zazdrości, radości, zawodu, zdrady. „SOS dla miłości" wyśpiewane z wyczuciem, zrozumieniem, doskonale obrazuje kondycję kobiety, jej wrażliwość zobrazowaną w wyjątkowy muzyczny sposób. Podobnie porusza wykonanie „Dla ciebie jestem sobą". A bohaterka liryczna „Shimmy Szuja" wykreowana przez Klementynę Umer, łączy w sobie postać kobiety omamionej i zawiedzionej z pierwiastkiem drapieżnej mścicielki. Wybitne pełne ironii i czaru wykonanie aktorki na długo wkracza na wysokie miejsce prywatnej listy przebojów.
Interpretacja „Romeo" to jeden z najbardziej dramatycznych momentów wieczoru. „Scena balkonowa" ma w sobie nawet więcej sceniczności niż widz oczekuje, bowiem świeża jej realizacja i zaskakujący finał w dwugłosie sprawiają, że odbiorca odczuwa współczesny rodzaj katharsis. Liryczna Klementyna Umer sięga po środki wyrazu do głębi poruszające; jej głos przeszywa i rozdziera; „wybrzmiewa" obraz samotności, gasnącej nadziei, trudu codziennego i wspólnoty doświadczeń wielu pokoleń kobiet.
Kolejnym obrazem kobiety jest ten z „Przeklnij mnie". Scena z czerwoną włóczką to akcent celujący! Duet aktorów bawi i przestrasza, z najwyższą ciekawością oczekuje się finału. Emilia Klimczak krwistoczerwoną pajęczą siecią oplatająca nikczemnego kochanka w „Przeklnij mnie", wespół z Pawłem Płuską tworzą mieszankę iście wybuchową. Nie brak też wspaniale zagranego obrazu kobiety o wątpliwej konduicie (w wykonaniu Klimczak) w „Portugalczyku Osculati"; czy też feerycznego pejzażu z ułanem („Dziewczę i ułani") – niby uroczy figielek z podtekstem w wykonaniu Justyny Kopiszki ożywa krotochwilna konwencja ludowa.
Piosenka jest jak kobieta: zalotna, wdzięczna, zazdrosna, czasem tkliwa jak powiększone węzły chłonne. Muzyczne historyjki z pozoru są leciutką anegdotką z refrenkiem. Lecz tak autorzy, jak i artyści je wykonujący, zwodzą na manowce, zaskakują, a spodziewany ogień namiętności zamienia się w pełne zachwytu salwy śmiechu lub... kaskadę łez.

Milusińscy
Rodzinne epizodziki jak „Rodzina", czy „Dziecię tkaczy" wprowadzają utwory ściśle związane z akcentowaną tematyką. W najwyższym stopniu bawią piegi, rude warkocze i ... kuksańce. Nieco wyrośnięci milusińscy w wykonaniu „W czasie deszczu dzieci się nudzą" – widownię bawią i zachwycają. Szczególnie intensywny, soczysty bas, którym posługuje się „wyrostek". Kostiumy pełnią rolę nie do przecenienia – stają się tłem oszczędnej w formie scenografii. Rozległa tematyka i poetyka twórczości Starszych Panów wykorzystana z klasą w aranżacjach i interpretacjach solistów i muzyków „Teatru Muzycznego", pozwala czerpać przyjemność widzom o różnej wrażliwości.

Bez ciebie, bez ciebie, bez ciebie...
„Inwokacja" wykonana przez Piotra Płuskę ilustruje w głowie odbiorcy „konwój w deszczu pod wiatr", a w oddali unosi się oddana wiernie tęsknota. W ten głos po prostu się wierzy. Jedna z najbardziej wzruszających chwil spektaklu, gdy artysta swoim wykonaniem przywodzi na myśl zarówno nieśmiertelną kreację Wiesława Michnikowskiego, jak i tworzy opus magnum tego wieczoru. I na wyśpiewane wezwanie: „[...]włóż na siebie coś i rusz!" chce się odpowiedzieć! I iść! Za głosem artysty. To napięcie w wykonaniu statycznym przydaje dramaturgii. Płuska gra na najczulszych strunach emocji. Tu słychać kunszt, pełne oddanie się we władanie słów i muzyki. Wykonanie brawurowe: ujmujące i czarujące. I niech by każdy mężczyzna dla kobiety zechciał być jak „woń łubinu wśród pól"!

„Ty kąp się!"
Starsi Panowie pochylili się także nad tematem mężczyzny porzuconego, bez maski – mięso, ból i gorycz, i żal. „Już kąpiesz się nie dla mnie" to jeden z tych utworów, jakich dziś nie ma wśród tendencyjno-smutno-bezbarwnych, sztucznie brzmiących piosenek pisanych przez panów. A oto właśnie jeden z wybitnie zagranych i zaśpiewanych utworów dla panów. To nie pocieszanka, to prawdziwy dramat, tak doskonale zrealizowany przez aktora. Paweł Erdman w „Już kąpiesz się nie dla mnie" – nonszalancki, z całą paletą emocji targających mężczyzną opuszczonym. Znakomicie wykreowana gorycz, która przykuwa uwagę na długo: „Lecz choć w otchłań ból pcha mnie, / Ty kąp się kąp!". Męska skarga i ból – wybornie, pysznie podane w oparach dymu papierosowego. I tylko wanny brak..., a byłby to rekwizyt niewątpliwie rozkoszny, chwyt zaskakujący. Przymyka się oczy i pragnie otworzyć tak, by wanna była.
Utwory zostały potraktowane zgodnie z oryginalną koncepcją, ukłonem w stronę oryginału, a jednocześnie w nowej koncepcji ze świeżymi, zadziornymi, nostalgicznymi, czy też romantycznymi nutami. Aranżacje nie burzą tego, co „Panowie" odbiorcom dali. Artyści nie zawodzą widzów obeznanych z repertuarem „Teatru..." i jego obsadą , nie sprawią też zawodu nowym odbiorcom.

„Bo we mnie jest seks" i ... mężczyzna na co dzień!
Wspaniałe w spektaklu jest to, że nie musimy porównywać występu aktorek z półprzytomną, omdlewającą Kaliną Jędrusik, bowiem reżyser zadbał o to, by spektakl odczytać na nowo.
Męskie „Bo we mnie jest seks" w stylistyce cudnie przejaskrawionej staje się w jednej chwili zupełnie inną opowieścią niż ta z boską Jędrusik. Historia snuta wkracza w inną poetykę i estetykę. Owszem, zabieg to znany, ale dzięki głosowi Pawła Erdmana przemienia utwór w fantazję na temat zmysłowości męskiej. I zjednuje każdego: konesera ciała i duszy; wielbiciela sztuki, piękna. Gęste powietrze podszyte erotyzmem rozładowują komiczne chwyty. Trzeba przyznać, że prochowiec późną nocą w parku karze albo usiąść na ławeczce, albo uciekać. Kostiumy i znakomita choreografia przełamują ładunek seksualności na rzecz ... komizmu.

W tomacie
Urocze „Addio, pomidory" to jedyne w swoim rodzaju pożegnanie. I pomidory w tle – miniatura jednocześnie rozczulająca i pobudzająca. Smak i zapach tomaty, szczególnie u schyłku października sprawia, że chłoniemy wszystkimi zmysłami utwory i ich perliste wykonania.
Męskie trio zamiast duetu w „Na ryby" w odróżnieniu od oryginału, uposażone w sprzęt wędkarski – bardzo udane. Właśnie takie przełamania, inny kąt pozwalają zobaczyć i usłyszeć utwór na świeżo. Zamykającym spektakl utworem jest „Już czas na sen", spinający niczym klamrą obraz z otwarcia, gdy znów pojawiają się na scenie wszyscy artyści.
W czasie spektaklu zaś oko szkliło się na wspaniale wyśpiewanym i wytańczonym „Upiornym twiście", który inscenizował w „Kabarecie..." niezapomniany Wiesław Gołas, a w „Teatrze Muzycznym" brawurowo zawirował Marek Prusisz, wykonując utwór niczym na rasowym upiornym dancingu.

Oprawa
Odpowiedzialność za aranżacje szczęśliwie spoczęła na Konradzie Wantrychu, z grupy Kult, współpracującym i koncertującym z Jackiem Bończykiem, np. przy „Wasowski do Kwadratu".
Kierownictwo muzyczne powierzono Michałowi Zarysze. O muzykę zadbali muzycy „Teatru Muzycznego". Choreografia pozostała w gestii Ingi Pilchowskiej. Grzegorz Policiński zajął się scenografią – dość oszczędną w wyrazie, pozostawiającą miejsce dla wyobraźni, a kostiumy przygotowała Ewa Posmyk. Twory to wyjątkowo udane, już one same wprowadzają w realia epoki: garnitury, golfy każą przejrzeć choć kilka numerów „Mody Polskiej". Kroje sukien, kolorystyka, bogata zdobna biżuteria, czy też białe długie rękawiczki pań znakomicie ilustrują dbałość o szczegóły i ukłon w stronę epoki.
Pełen gracji sześcioosobowy balet dopełnia widowisko. Tancerze niczym podczas uroczych bachanaliów władają sceną. Ruch sceniczny koresponduje z utworami. Przyznać trzeba, że zmysły absolutnie nie prysły, wręcz zostały rozbudzone i podsycane przez zespół artystów.

Kontrabas
Niepodzielnie na scenie, choć w oddali, króluje kontrabas. Niczym partner wykonawców pełni niebagatelną rolę, rzec by – pierwsze skrzypce. Niskie tony, elegancja i humor składają się na brzmienie instrumentu; właściwie współbrzmienie z artystami. Szlachetne towarzystwo dla frywolnego, kuszącego saksofonu i swingująco-jazzujących aranżacji podkreśla aurę spektaklu.

Uniwersalizm Starszych Panów
Siermiężna, szara, brutalna niejednokrotnie rzeczywistość , która nagle podporządkowuje się lekkości, przymrużeniom oka, puszczeniem oka współbraciom szukającym rozrywki odmiennej od tej serwowanej przez tubę propagandową; czemuś co lśni, mieni się zalotnym spojrzeniem. Nic dziwnego, że Przybora często wzywany był przez Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, by tłumaczyć się ze swoich tekstów.
Brak wskazania miejsca akcji może być sygnałem o pewnej uniwersalizacji tych piosenek – przestrzennej i czasowej, humoru. Treści nie są obciążone ideologią polityczną, naznaczone momentem dziejowym; dzięki temu nie mogą przebrzmieć. Niczym archetypy – są niezmienne. Zmienia się świat, a wraz z nim dekoracje, ale nie zmienia się ludzka potrzeba obcowania z tym, co piękne, radosne.

Radość o przedłużonym uwalnianiu
W „Dekameronie" Giovanni Boccacciego widmo dżumy oddala w pewnym sensie kultura i rozrywka, odmiana i ucieczka od chwil wymagających trudów. Klinek na splinnek trwa 1,5 godziny, ale jest najlepszym antidotum na zgryzotę, niepogodę, duże i małe smuteczki. Ot, tabletka na radość o przedłużonym uwalnianiu!
Podłe czasy wymagają eleganckiej, wysublimowanej rozrywki bardziej niż kiedykolwiek. Sukienka i marynarka, oręż jakim jest piosenka – działa ku pokrzepieniu serc z wiarą, że zawsze jest dobry moment na nucenie, słuchanie, nawet gdy czas okrutny, bowiem czar, lekkość, powab to wartości nieprzemijające.

Powroty
Twórczość Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego to kosmos powstały z poczucia obowiązku wobec literatury, muzyki, czasów, gdy mężczyźni wiedzieli, czym jest adoracja, a największą sztuką był język. Inteligencja, kunszt słowa i obyczajów to świat, który warto odwiedzać, zachwycać się nim, i kultywować jego tradycje. Ze smakiem i klasą. Te piosenki trzeba przypominać i strzec, bo to skarb narodowy. Szczęśliwie, co i rusz kolejni artyści sięgają po repertuar Starszych Panów. Śpiewali także: Maciej Maleńczuk i Paweł Kukiz, Justyna Steczkowska, Joanna Kulik, Maciej Stuhr. Tej twórczości patyna nie pokryje.
Po spektaklu trudno nie zgodzić się z myślą przewodnią z tytułu. Piosenka jest dobra, bez względu na czas i okoliczności. Te zaś piosenki trzeba przypominać i strzec, bo to skarb narodowy. Spektakl wystawiany był lub jest przez teatry w całej Polsce. Płytę ze znakomitym utworem wiodącym „Lubię być szczęśliwa" wydała Dorota Miśkiewicz („Wasowski odnaleziony") w 2013 roku i trwa ten piękny kurs. W nieodległym czasie Klementyna Umer wydała album „Bardowie i poeci: Jeremi Przybora" (2019).
W tych piosenkach zamknięta jest: afirmacja życia i (u)śmiechu, finezja, odwrotność aktualnej rzeczywistości. Zgodnie z rokokową filozofią ulotności wszystko ma swój finał, ale to właśnie powroty upewniają, że warto czekać.
„Całe życie to szaleństwo, a największe szaleństwo to teatr" – rzecze Fred Kampinos, czyli największy kasiarz kina w finałowej scenie w „Halo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy". Z tą myślą szepczę: już czas na sen...

Magda Górowska-Mitrus
Dziennik Teatralny Łódź
17 listopada 2021
Portrety
Jacek Bończyk

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia