Knebel na Bogurodzicę

"Lilla Weneda" - reż. Michał Zadara - Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

W jednym z wywiadów radiowych poprzedzających premierę "Lilli Wenedy" Juliusza Słowackiego reżyser Michał Zadara powiedział m.in., że Wenedzi są zabijani przez Lechitów, takich nowych Polaków. Jawi się zatem pytanie: kogo reżyser ma na myśli, mówiąc "nowi Polacy".

"Lillę Wenedę", tragedię o beznadziejnej walce z wrogiem, napisał Słowacki w 1839 roku, a więc osiem lat po klęsce Powstania Listopadowego. Słowacki umieszczając akcję dzieła w czasach prasłowiańskich i ustawiając na przeciwko siebie dwa walczące ze sobą mityczne plemiona naszych protoplastów - Lechitów i Wenedów - stawiał nieustannie dręczące go pytanie: Dlaczego powstanie poniosło klęskę. Czy winę ponosi Naród, bo może nie dość było ofiarności i bohaterstwa Polaków? Czy też przyczyną jest jakaś klątwa od wieków wisząca nad naszą Ojczyzną. "Lilla Weneda" jest także polemiką Słowackiego z "Dziadami" Mickiewicza. Słowacki wyraźnie nie godzi się z Mickiewiczowską wizją Polski jako "mesjasza narodów", uważa, że potrzebne jest działanie radykalne: walka.

W starciu dwóch plemion, Wenedów i Lechitów, ci pierwsi ponoszą dramatyczną klęskę. Ocalić ich może - należąca od pokoleń do Wenedów - królewska harfa (będąca tu wieloznaczeniową metaforą). Ale znalazła się w rękach wroga. Cała intryga polega na próbie odzyskania tego instrumentu. Michał Zadara - jak twierdzi - umieścił akcję w latach 40. i 50. XX wieku. Tyle że nic z tego nie wynika. Pojawiają się nawet sytuacje wręcz absurdalne, kiedy na przykład padają słowa dotyczące harfy, a my zamiast harfy widzimy radioodbiornik. Podobnie, gdy aktorzy mówią o toporach (tak jak jest w tekście), a w ręku trzymają pistolety. Rodzą się także inne pytania, na przykład dlaczego przyboczny Lecha nosi mundur z naszywkami niemieckimi SS, a Lech, król Lechitów (Arkadiusz Brykalski) i jego małżonka Gwinona (Paulina Holtz), ubrani są w polskie mundury. Wszyscy oni należą przecież do jednego obozu Lechitów. Ich przeciwnikami są Wenedzi. Czy to ma sugerować, że Polacy z Niemcami podczas wojny żyli sobie po przyjacielsku, "za pan brat"? Idąc dalej, można by powiedzieć o czymś w rodzaju kolaboracji. Co za absurd. Zresztą całe to przedstawienie jest absurdalne. Zarówno w swoim beznadziejnym kształcie inscenizacyjnym (tarzający się w błocie aktorzy), bełkotliwej interpretacji tekstu Słowackiego (wielowymiarowość wielkiej literatury zamieniona w pospolity, głupawy horror), jak i w fatalnym wykonaniu aktorskim. Tytułowa Lilla, księżniczka, córka króla Wenedów, grana przez Barbarę Wysocką, przypomina - najdelikatniej mówiąc - bazarową przekupkę. A skrzecząco-charczący basowy głos, stylizowany na wiedźmę, jest odrażający. Krótko mówiąc, tytułowa Lilla Wysockiej jest nie do słuchania i nie do oglądania. Toteż gdy Gwinona wreszcie dusi Lillę, oddychamy z ulgą.

Podobnie jak w innych spektaklach, na przykład w "Dziadach" Mickiewicza, "Fantazym" Słowackiego, tak i tutaj, w "Lilli Wenedzie", znalazła się scena z oddawaniem moczu na scenie przez aktora grającego króla Lecha (Arkadiusz Brykalski), a więc jedną z głównych postaci. Jedyna rola wybrzmiewająca wiarygodnie to postać króla Wenedów, Derwida (Edward Linde-Lubaszenko).

Farsowe gagi, celowe przerysowania postaci i sytuacji służą karykaturze utworu. Myślę, że to świadomy gest Michała Zadary, wszak wszystkie dzieła romantyczne, które wyreżyserował, zostały zinterpretowane z pozycji rewizjonistycznych. Zgodnie z ideologią poprawności politycznej. Pewnie dlatego w finale przedstawienia zabrakło ukazania się wizerunku Bogurodzicy, co u Słowackiego pointuje dramat. Na degradację arcydzieł narodowych jest przyzwolenie władz, dających pieniądze i nagrody.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
21 września 2015

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Malta Festival Poznań ...
Michał Merczyński
Dziś ogłaszamy kolejne wydarzenia, kt...