Kobiecość w skali XL

"Klimakterium i już" - reż Cezary Domagała - Teatr Rampa w Warszawie

Podobno popkultura uznaje tylko nastolatki. A jednak kiedy aktorki sławne od dziesięcioleci śpiewają w takt Międzynarodówki: "Bój to jest nasz ostatni, teraz skończy się trud, tyrania hormonów, młodości wiecznej głód..." publiczność szaleje. Aplauz kończy się owacją na stojąco w przypadku 49 przedstawień na 50. Tak było też w Lublinie, gdzie spektakl Teatru RAMPA o paniach kategorii wagowej i wiekowej (plus, minus) XL rozbawił do łez widzów starych i młodych.

Eżbieta jodłowska określa swoją sztukę "Klimakterium... i już" jako coś między kabaretem, musicalem a farsą. Doświadczyła pierwowzoru swego dzieła na własnej skórze i zapragnęła, aby ten temat przestał być tabu. Żywiołem spektaklu jest humor. Tak jak kiedyś z Maćkiem Zembatym straszyła nas wampirycznym dowcipem w "Dreszczowiskach", tak teraz straszy radośnie fizjologią menopauzy która - uwaga - dotyczy tylko w naszym kraju 8 milionów kobiet! 

Jest dobrze ale nie beznadziejnie 

Iga Cembrzyńska, Krystyna Sienkiewicz, Elżbieta Jodłowska i Grażyna Zielińska śpiewają, że są dojrzałe jak wino i... cierpkie jak wino. Istotnie, spektakl rejestruje ich gorzkie żale z powodu uciekającego czasu, sił i urody, artykułuje bez ogródek listę uciążliwych dolegliwości, jakie wiążą się z przekwitaniem. Ale jak to jest podane! Szampańsko! Wspaniałe aktorzyce wyśpiewują to wszystko do melodii znanych hitów. Płomienny protest song w miejsce słynnego "Testosteronu": "Oskarżam cię, o nadciśnienie, o złe krążenie, cholesterol..." albo dziarska czołówka z "Czterech pancernych": "Noce niespokojne... i wiadomo jaka to wojna powoduje babską bezsenność. Podśpiewują: "Hej, idę w las, przedsionek mi się migoce", a publiczność pęka ze śmiechu. Cóż dopiero, gdy rapują hymn klimakterium w rytmie Tuwimowskiej "Lokomotywy": "Puff, jak gorąco, puff, jak gorąco", albo wykonują tropikalny taniec z kastanietami ze sztucznych szczęk! Ciało masują, zmarszczki prostują, odrosty farbują, walczą z depresją z pomocą serotoniny w czekoladzie. Odsysają, wygładzają, podnoszą, podciągają. Jest efekt! Niestety, jo-jo. Więc znowu zaczyna się lament: "Nie dopinam się, chociaż wciągnęłam brzuch, nie dopinam się, nie mieszczę w żaden ciuch". 

Terapia w second handzie 

Elżbieta Jodłowska, zapytana, czy odważyłaby się napisać taką sztukę, gdyby nie obejrzała podobnego przedstawienia w Ameryce przyznaje: - Chyba nie. Dopiero tam zobaczyłam jak wiele kobiet czegoś takiego potrzebuje. W Ameryce zadziwiło mnie to, jakie tabuny ludzi chodziły na sztukę o babskim klimakterium. Nie obawiałam się więc przed własną premierą odbioru naszego przedstawienia. Wiedziałam, że będzie sukces. Przyznaję, że namówić aktorki do zagrania w takiej sztuce nie było łatwo. Ale udało się. Gramy! Mąż pani Elżbiety, Tomasz, opowiada, że jako autorka żona przygotowywała się do tematu niezwykle solidnie. Przekopała tony fachowej literatury i dlatego "Klimakterium... i już" jest lepsze niż fachowy poradnik. Panie zachęcone sztuką piszą wciąż o własnych doświadczeniach na stronie internetowej www.klimakterium.art.pl 

Anioły mają nogi 

Przystosowując amerykańską historię do polskich realiów Jodłowska umieściła akcję w second handzie. To zabieg niezwykle udany formalnie, bo pozwalający na grę wieloma kostiumami, ale i symboliczny. Kobiety, które tu się spotkały z okazji urodzin przyjaciółki są jak te ciuchy. Linia nie najnowsza, materiał odrobinę przechodzony, ale gatunek i marka doskonałe. A fason i fantazja niepowtarzalne. 

Grażyna Zielińska jest etatową kobietą-aniołem polskiego serialu. W "Na dobre i na złe" to sama dobroć, wyrozumiałość, bezgraniczne poświęcenie dla bliskich, w oparach pysznych potraw, które serwuje wszystkim naokoło. Dopiero rola w "Klimakterium..." pokazała, że aktorka ma temperament i bardzo zgrabne nóżki, które z przyjemnością eksponuje. 

- Miałam już trochę dosyć wizerunku wiecznej mamuśki - zwierzyła się śmiejąc "mama Mareczka". - Mam diabła za skórą i nareszcie mogę to pokazać. Podobnie jak nogi. Lubię żyć swobodnie jak ptak. Jestem wdzięczna autorce i realizatorom, że mogę to grać. Tylko mój mąż miał do roli zastrzeżenia. Mówił mi: - Szkoda, że musisz odmówić. Ja na to: - A dlaczego!? A on: - No bo ty nie umiesz śpiewać. No to ja mu wygarnęłam, że przecież nie wybieram się do Opola i nie zamierzam konkurować z Demarczyk. Po premierze wszystko odszczekał. 

Natomiast sceniczny marudny mąż Grażyny Zielińskiej uosabia wszystkie symptomy męskiego przekwitu, nazwanego tu trafnie MEN-DOpauzą. Inni faceci, partnerzy, o których opowiadają sobie przyjaciółki, też nie są z bajki. Albo szukają po 40. oparcia w laskach - niekoniecznie drewnianych, albo, co gorsza, ujawniają tę samą, co panie słabość. Do młodych mężczyzn. I jak tu walczyć z taką konkurencją... 

Wamp nie ma wieku 

Iga Cembrzyńska, niezapomniana Adela, od "Kochasia, co odszedł w siną dal" postrzegana była zawsze jako seksowny wamp. Czy seksbombie łatwo jest się starzeć, grać ofiarę klimakterium? 

- Są dwie różne sprawy: miłość i seks - mówi artystka. - Seks, niezależnie od tego, co o mnie mówiono, nigdy nie był jakąś ważną rzeczą w moim życiu. Najważniejsze było w związku uczucie, więź duchowa, podobne widzenie rzeczywistości. 

Grałam już starą babę, czy czarownicę w filmach Kondratiuka. Nigdy nie robiłam nic, żeby być piękną. Raz w życiu byłam u kosmetyczki. Owszem chodziłam na gimnastykę, występowałam w cyrku w programie "Aktorzy - dzieciom", ale robiłam to, bo mnie to interesowało. 

W przypadku pani Igi wydaje się, że seksowność może być bezterminowa. Z latami nie ucierpiała ani jej kocia figura, ani zmysłowy głos. Można jej wierzyć, gdy mówi: - Ratowanie urody, to nie mój problem. Rolę w "Klimakterium" wzięłam z entuzjazmem. Uważam, że jest jak napisana dla mnie. Trochę od siebie dodałam. 

Sztuka nie oszukuje na temat seksualnych rozkoszy po 40. Łóżkowe igraszki po viagrze, "jeśli trwają dłużej, kończą się na ostrym dyżurze". Panie wolą już osiągać błogostan medytując, śpiewając mantry, ćwicząc jogę i oddając się niekonwecjonalnym terapiom. 

Lek bez skutków ubocznych 

Istnieje taki tylko jeden. To uśmiech. Jedyny sposób, w jaki panie w pewnym wieku mogą się bronić przed depresją, inwazją młodych ślicznych i zepchnięciem w damski "pozagatunek" to dystans, autoironia i śmiech. Mówi o tym Krystyna Sienkiewicz, która niezależnie od metryki uosabia wieczne dziecko: - Przedłużeniem dzieciństwa jest dla mnie praca. Trzeba nie mieć czasu, by się na cokolwiek skarżyć. Ja jestem osobą, która choruje na nieuleczalne dzieciństwo. Starzeję się pogodnie, bez katastrof, radując się wszystkim. Uśmiech jest tańszy od elektryczności, a daje więcej światła. I jest za darmo. Mój ukochany poeta Tuwim mówił: żyj tak, żeby, gdy cię zabraknie, ludziom było nudno. Więc ja przejęłam rolę błazna w tym narodzie. To prawda, że od śmiechu robią się kurze łapki. Ale może ja je lubię? 

Płytę z piosenkami z "Klimakterium... i już", niełatwo dostać. Po prezentacji sztuki na na warszawskim zjeździe medycznym "Szkoła menopauzy" ginekolodzy wykupili wszystkie 350 egzemplarzy kompaktów, co do jednego. Kto wie, może zaczną nią leczyć?
(zs)

Małgorzata Gnot
Kurier Lubelski
2 maja 2007

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia