Kobieta jako siła nieczysta

Teatr jest miejscem, w którym powinno się mówić o rzeczach trudnych i ważnych.

Jednak jest to też przestrzeń, gdzie treści nie powinny być raczej podawane wprost, ale zmuszać widza do myślenia. Przynajmniej w moim pojęciu – wtedy jest to prawdziwy teatr. Symboliczny. Wymagający.

Przygotowany w krakowskim Teatrze Nowym Proxima spektakl „Czarownice. Wszystkich nas nie spalicie" w reż. Iwony Kempy odbiega od tego, wędrując formą w nieco inne rejony.

Scena jest prawie pusta. W jej lewym górnym rogu siedzi perkusistka za instrumentem. Pod ścianą horyzontalną stoją bębny (za chwilę będą na nich grać aktorki). Muzyka będzie tu wykonywana w dużej części na żywo. Z prawej strony widzimy część zmontowanego rusztowania, natomiast po lewej i prawej stronie są barierki – takie jak zwykle oddzielają publiczność od artystów, np. podczas koncertów. Aktorzy grają po kilka ról, a zespół aktorski jest zróżnicowany pod względem wieku, a także płci. Na scenie szczególnie wyróżniają się Martyna Krzysztofik oraz Sławomir Maciejewski. Ona jako jako ta najbardziej żywiołowa i spontaniczna kobieta, on jako ten władczy, demoniczny, a w gruncie rzeczy normalny mężczyzna.

Całość jest kompozycją luźnych scen, które mają mówić o kondycji kobiety jako nieczystej siły – niemal wiecznie uciemiężonej i piętnowanej (zwykle niesłusznie) za swój wygląd czy zachowanie. W gruncie rzeczy chodzi jednak o siłę kobiet i wręcz o to, że (trawestując Hemingwaya) „Kobietę można zniszczyć, ale nie pokonać". Zauważamy tu wyraźne nawiązanie do zeszłorocznych protestów kobiet przeciwko ograniczaniu ich wolności w kwestii restrykcyjnego prawa aborcyjnego: w jednej ze scen jako teksty zostały wykorzystane napisy widoczne wtedy na transparentach.

Nie chcę powiedzieć, że jest to widowisko złe. Jest to po prostu teatr, który kompletnie do mnie nie trafia. Rozumiem ideę powstania tego spektaklu, ale „Czarownice. Wszystkich nas nie spalicie" w reż. Iwony Kempy to dla mnie rzecz oscylująca na granicy performensu. Z dużą ilością słów. Całość właściwie opiera się na słowach. Działanie jest, ale takie, które je po prostu ilustruje. Owszem, jest żywiołowo i dynamicznie, artyści są bardzo zaangażowani w swoje role i nie można im odmówić szczerości w grze. Część widowni też reagowała np. śmiechem na rzeczy, które dla mnie raczej śmieszne nie były (przy całym dystansie do rzeczywistości), ale – może o to chodzi. O różny odbiór tych samych treści, podanych jednak tak bardzo wprost.

Czy ja chcę oglądać na scenie sceny z protestu kobiet, którego byłam uczestniczką? Czy ja chcę oglądać na scenie publicystykę? Czy ja chcę oglądać na scenie słowne omawianie stereotypów, dotyczących kobiet i mężczyzn? Czy ja chcę słuchać ze sceny opowieści o torturach, którym poddawane były kobiety w dawnych czasach?

Osobiście na te wszystkie pytania odpowiadam: nie. Ale na pewno będą widzowie, którzy odpowiedzą sobie twierdząco – ten spektakl jest właśnie dla nich.

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
16 października 2021
Portrety
Iwona Kempa

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...