Kobieta w każdym wieku zasługuje na miłość

Rozmowa ze Stanisławą Celińską

Stanisława Celińska - polska aktorka teatralna i filmowa. Zadebiutowała w teatrze w 1968 roku. Rok później ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie pod kierunkiem Ryszardy Hanin. Występowała w teatrach warszawskich: Współczesnym (1969-1974, 1981-1983), Nowym (1983-1988), Dramatycznym (1989-1990), Studio (od 1995) i Kwadrat, a także Teatrze Nowym w Poznaniu (1990-1991). Brała udział w programach muzycznych i spektaklach Studenckiego Teatru Satyryków. Obecnie pracuje na deskach Teatru Współczesnego w Warszawie oraz Nowego Teatru w Warszawie. Ma na koncie wiele ról filmowych i telewizyjnych.

Na Festiwal Książki Słuchanej przyjeżdżają aktorzy, którzy kochają książki. Czym dla pani są książki?

- Przyjemnością. Najwięcej książek czytałam w dzieciństwie. Wtedy sobie wyobrażałam różne postaci, sytuacje. Świat książek mnie wciągał. Teraz już nie mam tyle czasu, żeby czytać dla siebie. Czytam dużo, ale to są teksty głównie związane z moją pracą, teksty dramaturgiczne, scenariusze. Czytanie dla siebie to luksus, dlatego takie sytuacje jak ten festiwal, kiedy mogę też przeczytać dla innych, to dla mnie przyjemność.

Przeczytała pani "Papuszę". Sama wybrała pani tę książkę na festiwal?

- Zostałam zaproszona do przeczytania "Papuszy" w radiowej Trójce. To fascynująca i bardzo ciekawa opowieść. Pierwszy mój kontakt z Papuszą wyglądał tak, że w latach 70. grałam Cygankę Maszę i śpiewałam pieśń Papuszy. Ale ja też gdzieś w korzeniach jestem Cyganicha. Jak słyszę muzykę cygańską, to chętnie poszłabym w tany.

Czy świat książek, możliwość wyobrażania sobie, że się jest kimś innym, wpłynął na wybór pani zawodu?

- Aktorką chciałam być od dziecka. Zawsze fascynowało mnie jak to jest wcielić się w kogoś innego, zaangażować w to emocje, ciało, zmienić się. Właściwie przez cały czas myślałam o zawodzie aktora. Tylko przez chwilę, przed maturę miałam taki moment, kiedy jeszcze się nad tym zastanawiałam, ale zawsze czułam, że chcę to robić.

Równolegle z aktorstwem pani śpiewa. Nie chciała pani nigdy zostać piosenkarką zamiast aktorką?

- Zdecydowanie wolę śpiewać niż mówić. Może to niektórych zdziwi, ale kiedy wychodzę na scenę, wolę coś zaśpiewać niż recytować wiersze. Muzyka była we mnie zawsze. Uczyłam się śpiewu u znakomitych śpiewaczek, więc to była profesjonalna praca nad głosem, ale miałam ogromne kłopoty z gardłem. Co chwila dopadała mnie jakaś chrypka. Dopiero po urodzeniu dzieci to się ustabilizowało. Poza tym libretta operowe nie zawsze są dobrą literaturą. A ja lubię dobre teksty, dobrych autorów i takie mogę spotkać w teatrze dramatycznym. Postawiłam na teatr, a śpiew traktowałam jako coś dodatkowego. Ostatnio to śpiewanie jest coraz częstsze. Role, które gram, sprawiają mi dużo radości, ale często są trudne, tragiczne, zwłaszcza u Krzysztofa Warlikowskiego. Dlatego muzyka jest dla mnie odskocznią.

Współpraca z Krzysztofem Warlikowskim przyniosła pani drugą falę sukcesów zawodowych. Była pani chwalona za swoje role. Czy takie sukcesy mogą zawrócić aktorowi w głowie?

- Już raz mi się zawróciło w głowie, więc teraz jestem ostrożna. Jak byłam młoda, wydawało mi się, że zawsze tak będzie, że zawsze będzie zdrowie i uroda. Teraz wydaję się mocna i ludzie tak mnie postrzegają. Po spektaklu często całują mnie w rękę, ale ja myślę sobie, że to nie mnie całują w rękę, tylko temat, który im przedstawiam. Bardzo często jest to temat, który może budzić w ludziach emocje, wzruszać. I właśnie ten temat, a nie ja, budzi respekt i szacunek. Tak się dzieje na przykład kiedy gram "Księgę Hioba". Teraz, jak w moim życiu jest zbyt dobrze, jestem czujna i staram się skupić na tym, żeby się bardziej rozwijać zamiast osiadać na laurach. Ciągle staram się coś zrobić lepiej, prawdziwiej.

Pani podkreśla, że porażki kształtują nasz charakter, a sukcesy rozleniwiają. Ale często spotykam ludzi, których porażki załamują, a sukcesy sprawiają, że im się chce robić więcej. Więc jak to właściwie jest?

- Sukces jest bardzo niebezpieczny. Sprawia, że możemy osiągnąć pewien pułap i na nim się zatrzymać. Klęska sprawia, że musisz się podnieść i iść dalej i jeszcze raz spróbować zrobić to, co się nie udało. Czyli klęska jest bardziej twórcza, chociaż trudniejsza do przeżycia. Mówię o tym, że można upaść, ale trzeba się podnieść. To bardzo ważne. Chociaż nie każdy się podnosi. -W spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego grała pani role trudne, które wymagały przekraczania pewnych granic w emocjach, w pracy z ciałem. To dla aktora naturalne, że na scenie robi wszystko co trzeba, czy jednak musiała się pani przełamywać, pokonywać w sobie jakieś blokady?

Dla mnie to nie było naturalne. Miałam 51 lat jak pierwszy raz u niego zagrałam. Pokazywanie mojego ciała, które się zmieniło przez lata, nie było dla mnie proste. Pomyślałam sobie, że to ma jakiś cel i wtedy się otworzyłam. Bo jeżeli wiem, że coś ma jakieś znaczenie, że kobieta w każdym wieku zasługuje na miłość. To jest ważne.

Pani czasami przyjeżdża do Szczecina. Jak pani postrzega to miasto?

- Bardzo dobrze się tutaj czuję. Zawsze się zastanawiałam skąd u Krzysia (Warlikowskiego, który jest ze Szczecina - przyp red.) takie poczucie wolności i przestrzeni. I widzę, że to miasto ma taką naturalną przestrzeń i wolność. Poprzednim razem udało mi się trochę pochodzić po nim. Kiedy tu przyjeżdżam, lubię patrzeć na dźwigi stoczniowe. Są moją wielką miłością. Jak przyjeżdżam do Szczecina, to nie patrzę na zabytki, tylko na te dźwigi. Bardzo mi się podobają. Szczecin jest pięknym miastem.

Małgorzata Klimczak
Głos Szczeciński
24 maja 2014

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia