Kochanek mojej żony

"Kochanek" - reż: Józef Opalski - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Małżeństwo jest związkiem dwóch dusz... albo placem rozgrywek. Na każdy dzień wspólnego życia konieczna jest dobra strategia. Wydawałoby się, że całkowita szczerość zwalnia z konieczności udawania. Sytuacja komplikuje się, jeżeli owa "szczerość" jest pochodną gry. A kochanka mojego męża jest żoną mego kochanka. W Teatrze im. Juliusza Słowackiego prezentowany jest spektakl "Kochanek" autorstwa Harolda Pintera

Z mroku wyłania się pokój. Jego granice wyznaczają „ściany” złożone z zasłon z migotającymi koralikami. Klaustrofobiczna przestrzeń mieści w sobie tylko dwa krzesła i tylko dwoje ludzi. Wydaje się, że to i tak zanadto. Kobieta i mężczyzna – ubrani w białe bluzki i ciemne spodnie – siedzą naprzeciw siebie, otuleni światłem dwóch lamp, płynącym na nich z góry. Rozmawiają o Jej kochanku, który ma się zjawić w domu. Otwartość tych dwojga wprawia nas w konsternację, zwłaszcza, że są małżeństwem. Ale oni bynajmniej się tym nie przejmują. Tańczą – mechanicznie, hipnotycznie, nie przekraczając okręgów światła. Nadal z dala od siebie.

Mąż wychodzi, zdaje się wracać po coś – ale kobieta wita go jako swojego miłośnika. Podwójna rola aktora czy podwójna rola bohatera? Kochanek przynosi ze sobą bongo, na którym wybija rytm fizycznych doznań. Gdy odchodzi, wraca mąż. Od swej kochanki. Małżeństwo szczerze opisuje swoje uczucia względem siebie i relacje z „przyjaciółmi”. W ten sposób konstruuje się skomplikowany obraz dwóch trójkątów, lub lepiej: czworokąta, którego dwie przekątne ukazują dziwny układ. Przestrzeń, w której światła rozgrywają rolę tresera, sznury koralików sprawiające wrażenie prętów w klatce, natrętnie ograniczają świat do tych dwóch osób. Gdy zazdrość zaczyna przejmować kontrolę, idealny dla tej pary plan zaczyna niszczeć, zmuszając małżeństwo do poniżających gestów. Szczera gra w udawanie staje się paranoidalnym kłamstwem, dzięki któremu udaje im się rozbić dzielącą ich szybę. Tylko czy skutek będzie na pewno pozytywny?

Spektakl Józefa Opalskiego „brudzi” widza. Może czuć się zmieszany takim wtargnięciem w czyjąś prywatność, w środek konfrontacji dwojga ludzi, którzy nie chcą powiedzieć sobie całej prawdy. Zabawa w kotka i myszkę – bez skojarzeń, jakie mimo wszystko bardziej pasują do klimatu przedstawienia – staje się równie klaustrofobiczna, co scena. Wydawało mi się, iż również aktorzy byli nią zmęczeni. „Brudzi” także erotyzm spektaklu, prowokująca nagość Dominiki Bednarczyk, która staje się dla jej bohaterki znakiem największego poniżenia. Ona i On, nazwani przez siebie tylko na chwilę, dla utrzymania pozorów realności, pozostają anonimowi, stają się niczym „face in hole” – wielu ludzi mogłoby wstawić swoją twarz w puste miejsca makiet tych dwóch postaci.

Dominika Bednarczyk i Grzegorz Mielczarek mieli trudne zadanie – zagrać w TEJ przestrzeni TE role. Ona była jednocześnie łagodna i bezkompromisowa, On – uległy i okrutny. Dwoje ludzi, dwie natury, cztery role – czy tu zmieści się jeszcze miłość?

Maria Anna Piękoś
Dziennik Teatralny Kraków
31 marca 2012

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...