Kocioł polski

"Klub polski" - reż. Paweł Miśkiewicz - Klasyka Polska w Opolu

Żyjemy w Polsce, w centrum Europy, dekadę temu rozpoczęło się nowe tysiąclecie i większości z nas nawet nie przyszłoby do głowy, by doszukiwać się genezy własnych zachowań w XIX-wiecznych wydarzeniach. Przecież w czasach facebooka, MTV i youtube\'a o istnieniu romantycznej postawy nie może być mowy. Czy aby na pewno? Paweł Miśkiewicz postanowił sprawdzić, czy gdzieś na dnie naszej podświadomości nie czai się Gustaw, Konrad lub inny bohater, którego niedzisiejsza postawa zdyskredytuje naszą podstępną jaźń w oczach nas samych.

Reżyser „Klubu polskiego” rozegrał wszystko bardzo sprytnie. Przedstawienie rozpoczyna odegranie Mazurka Dąbrowskiego - na widowni nie ma ani jednej osoby, która automatycznie, bez chwili wahania nie poderwałaby się z miejsca stając na baczność. Już w pierwszej scenie reżyser udowodnił, jak głęboko zakorzenione są w nas pewne mechanizmy, jak elementy naszej tożsamości budują wspólnotę, łączą pozornie obcych sobie ludzi. Czy kiedy po scenie chodzić będzie natchniony przywódca mesjanistycznej sekty Andrzej Towiański (Krzysztof Dracz), a Adam Mickiewicz (Mariusz Benoit) zacznie z pełnym zaangażowaniem wygłaszać napisane przez siebie strofy nie zrobi nam się głupio, nie będziemy chcieli uciec zawstydzeni bolesną nieaktualnością wypowiadanych słów? Choć zapytani o to zapewne stwierdzilibyśmy, że tak właśnie się stanie, okazało się, że nic takiego nie miało miejsca. Znane ze szkolnych podręczników słowa nagle nabierają realnego kształtu, a umiejscowienie akcji na obczyźnie, w czasach Wielkiej Emigracji przestanie wydawać się absurdem. Komuż z nas nie zdarzyło się, słysząc frazy, które wydają się dziwnie znajome, pytać samego siebie, nieświadomie powtarzając słowa Rollisonowej (Teresa Budzisz-Krzyżanowska) - ”czyje to są słowa, czyje?”. Iluż z nas odczuwało satysfakcję na myśl, że Polacy ograli Niemców w piłkę nożna, nawet, jeśli był to tylko mecz towarzyski? W czasach Unii Europejskiej niewielu przyzna się do tego publicznie. Jednak czy w głębi ducha nie pozostaliśmy romantykami? Czy spoglądając wgłęb siebie nie odnajdziemy tamtych podziałów, wątpliwości i bolączek? 

Widownia została ustawiona na scenie, a właściwie wokół niej - aktorzy i publiczność znaleźli się w jednej przestrzeni, niewiele ich dzieli. Na podłodze widzimy drewniany parkiet, natomiast z lewej strony sceny stoi pianino, przy którym zasiądzie Chopin (Hiroaki Murakami). Z prawej natomiast znajdują się instrumenty - dźwięki kontrabasu, tuby, klarnetu i trąbki będą nam towarzyszyły przez cały spektakl. W przedstawieniu dużo jest muzyki, już pierwsza scena przeradza się w koncert patriotycznych pieśni w wykonaniu aktorów, z których większość siedziała na widowni. Chwilę potem przeniesiemy się do szkoły, bowiem znajdujący się z prawej strony sceny olbrzymi ekran początkowo posłuży za tablicę zapisaną faktami z życia Bogdana Teodora Jańskiego, przyjaciela naszego wieszcza (poznajemy etapy jego dojrzewania - droga, którą podążał prowadziła od irreligii, niewiary, materializmu i deizmu do spirytualizmu). Okaże się, że zmyślona opowieść Makryny Mieczysławskiej (Stanisława Celińska), która zjawiła się na emigracji podając się za ksienię klasztoru bazylianek w Mińsku, w równym stopniu przyczyniła się do tworzenia naszej narodowej tożsamości co fakty, realny przebieg powstań i kolejnych wojen. Uwielbiamy mity, a kłamstwa w dobrej wierze stawiamy na równi ze szlachetnymi porywami.

Drugą cześć spektaklu rozpoczyna półgodzinny monolog Jerzego Treli, którego zdradzany przez żonę bohater każde zdarzenie ze swego życia ocenia z perspektywy emigranta, patrioty, Polaka. Choć pozornie jest on postacią komiczną, bowiem jego naiwność w stosunku do małżonki, jego ślepa wiara w jej przemianę graniczy z głupotą, to właśnie ta postać stanowi najlepszą egzemplifikację naszych codziennych postaw. Ileż razy, wbrew logice i faktom, zdarza nam się wierzyć w zwycięstwo? Z kogo tak naprawdę śmiejemy się podczas tej opowieści? Kiedy w jednej z początkowych scen słyszymy słowa Księdza (Władysław Kowalski), którego moralizatorski ton wywołuje w nas nerwowe reakcje, jesteśmy gotowi zrobić wszystko, by przestał mówić. Jednak gdy chwilę potem młodzi chłopcy wkładają na głowę duchownego kosz na śmieci (nawiązanie do słynnego wydarzenia, które parę lat temu stało się pretekstem do dyskusji na temat „upadku obyczajów”) w jednej chwili nasza sympatia opowiada się po stronie ofiary. Tacy właśnie jesteśmy - nielogiczni, zmienni, kłamliwi. 

O ile w pierwszej części przedstawienia mamy do czynienia z interakcją pomiędzy bohaterami, druga to właściwie seria monologów. Prawda przeplata się z fikcją, mity pokojowo współistnieją obok historycznych faktów, nawet, gdy im przeczą. Wzniosły, ekskatedralny ton wywołuje w nas mdłości, by chwilę później wzruszyć. Narodowo-mesjanistyczny bełkot  denerwuje, ale nikomu nie pozwolimy go krytykować. Urojenia, chore wizje wycieńczonych chorobami wenerycznymi emigrantów urastają do rangi religii, kompleksy stają się motorem do działania. Religijne uniesienia nie wykluczają hulanek i erotycznych ekscesów, padanie krzyżem staje się preludium do walki na śmierć i życie. Czy naprawdę tak bardzo różnimy się od XIX-wiecznych romantyków?

Olga Ptak
Dziennik Teatralny
16 kwietnia 2011

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia