Kogo nienawidzimy, kogo kochamy

"Dzień Walentego" - reż. Łukasz Witt-Michałowski - Teatr im. Cypriana Kamila Norwida

Jeleniogórski Teatr Norwida zaprezentował 15 czerwca premierę tragikomedii Iwana Wyrypajewa pt. "Dzień Walentego", w reżyserii Łukasza Witta Michałowskiego. To była ostatnia premiera Norwida na tymczasowej scenie w kinie Grand. Kolejna zapowiadana jest na wrzesień, już w warunkach wyremontowanej, macierzystej sceny teatru.

Iwana Wyrypajewa doskonale zna polska publiczność - jego teksty tłumaczone są i wystawiane w wielu teatrach, jest też laureatem Paszportu Polityki w dziedzinie "teatr" (2012). Cechuje go umiejętność pisania o sprawach ważnych dowcipnie, z ironią, żywym, prostym, barwnym językiem.

Kiedy piszę, zawsze pamiętam, że spektakl przygotowuje się z myślą o widzu i trzeba brać pod uwagę, co jest on zdolny usłyszeć, a czego nie. Nie wstydzę się tego rodzaju szlachetnego, twórczego kłamstwa, które sprawia, że ludzie mnie słuchają - przekonuje Wyrypajew, który nazywany jest współczesnym Czechowem, bowiem w swoich sztukach dotyka spraw ważnych, subtelnie opisuje życie codzienne, miłość, małżeństwo, zdradę czy śmierć.

Napisany w 2002 "Dzień Walentego" można uznać za swoistą kontynuację popularnego w latach siedemdziesiątych dramatu miłosnego Michaiła Roszczyna pt. "Walentyn i Walentyna", jednak nie znajdziemy tu żadnych cytatów bądź fragmentów tamtego tekstu - raczej jest to kontynuacja 20 lat później... Ciekawe, że w innym tłumaczeniu sztuka Wyrypajewa nosi tytuł "Walentynki", a autorem przekładu jest Andrzej Bubień, który w połowie lat dziewięćdziesiątych był dyrektorem Teatru Norwida i wyreżyserował tu między innymi pamiętny spektakl pt. "Stara kobieta wysiaduje", z niezapomnianą kreacją tytułową Irminy Babińskiej.

"Dzień Walentego" to ostatnia część "rosyjskiego tryptyku" (po "Gąsce", "Niedźwiedziu" i "Oświadczynach"), który był realizowany w Teatrze im. CK. Norwida w latach 2018-2019.

"Dzień Walentego" jest sztuką o miłości. O miłości dwóch kobiet - Walentyny (Iwona Lach) i Katji (Elżbieta Kosecka) do jednego mężczyzny. Ten mężczyzna nie żyje już od dwudziestu lat, ale to nie przeszkadza obu kobietom wspominać go podczas urodzinowego "przyjęcia". Obie są na siebie skazane - znają się właściwie od zawsze, teraz mieszkają w jednym mieszkaniu i od lat celebrują co roku urodziny Walentyny według tego samego scenariusza: w gości przychodzi Katja, przynosi wódkę, tort z blinów i gra na harmonii jakąś melodię własnej kompozycji do tekstu Brodskiego albo innego znanego poety. Walentyna jest elegancka, zimna, pozornie spokojna. Z grymasem niezadowolenia na twarzy stara się panować nad emocjami. Katia przeciwnie - w obszarpanym płaszczu, nieuczesana, niechlujna - jest właściwie bez przerwy pijana i w ciągłym ruchu. Dzień urodzin Walentyny jest jednocześnie dniem śmierci ukochanego Walentego, więc jest to dla niej najgorszy dzień w życiu, a dla Katji - tamten dzień był początkiem pijaństwa. Przed 20 laty Walenty miał proroczy sen (który się sprawdził), że umrze na zawał serca w dzień urodzin Walentyny. Historię obu kobiet poznajemy z ich opowieści, wspomnień i projekcji wydarzeń z przeszłości, swoistych załamań czasoprzestrzeni. Poznajemy Katję, kiedy była młodsza, miała 18-20 lat (Anna Maria Sieklucka), była piękna, żywiołowa, romantyczna i zakochała się w Walentym. Kiedy jest już starsza (35-40 lat - Marta Kędziora) rozpacza, bowiem ostatecznie przekonała się, że Walenty jej nie kocha i zdradza z Walentyną. Ale to Katja okaże się silniejsza od Walentego i przygarnie go do siebie, układając na kolanach jak dziecko, kiedy on będzie bezradny zarówno wobec jej zaborczości, jak i swojej miłości do Walentyny. Walentych też jest dwóch: młodszy (18-20 lat - Filip Toroński) i starszy (35-40 lat - Robert Mania). Ubrani w złote garnitury, niby złoci chłopcy ze snu zakochanych w nim/nich kobiet. Spektakl ma zmienne tempo - postaci zwielokrotnione w lustrzanych ścianach, niby cienie z przeszłości, poruszają się w zwolnionym tempie, odrealnione, na przemian z całkiem realistyczną i gwałtowną kłótnią kobiet, która zakończy się strzałami, kiedy Walentyna strzela do Katji ze starej strzelby. Katja przeżyje, bo na szczęście przed laty Walenty naładował tę strzelbę ślepakami. W kolejnej sennej wizji obie zapewniają, że mimo wszystko się kochają i są sobie bliskie, ale kiedy sen się skończy, w "realu" Katja ostatecznie odchodzi od Walentyny.

"Dzień Walentego" w reżyserii Łukasza Witta Michałowskiego jest spójnym i konsekwentnie poprowadzonym przedstawieniem. Reżyser znakomicie wydobywa niuanse językowe autora, oddziela teraźniejszość od przeszłości, sen od jawy, a kostiumy czy choreografia pozwalają widzowi odnaleźć się w retrospekcjach-wspomnieniach - tych wędrówkach bohaterów przez mijające lata. Przestrzeń sceny, ograniczona do rozmiarów małego pokoju złoto lśniącymi, lustrzanym taflami, nagle powiększa się, kiedy owe lustrzane ściany rozsuwają się na boki, przenosząc akcję poza teraźniejszość, aż do sceny finałowej, kiedy mamy wrażenie, że bohaterowie są gdzieś ponad... No i muzyka - znakomita kompozycja Maxa Kowalskiego - nostalgiczna, ale też dynamiczna, fantastycznie budująca nastrój przedstawienia, jest jeszcze jednym bohaterem spektaklu.

Urszula Liksztet
Nowiny Jeleniogórskie
28 czerwca 2019

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia