Kokolobolo w Teatrze Nowym

"Kokolobolo..." - reż: J. Głomb - Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi,

"Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata", to jeden z najnowszych spektakli Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Nie jest to opowieść o tytułowym Maksie, a o ludziach i ich wyborach. Nie jest to również opowieść o Łodzi, a o ówczesnym świecie, w którym panowały dość specyficzne reguły.

Spektakl dość znacząco dzieli się na dwie części. W pierwszej z nich nie brak humoru, ciętych dialogów, zabawnych zwrotów akcji. Mamy spokojny rytm miasta, przedwojenne machlojki, dłużników, sprawy małe i jeszcze mniejsze. To tutaj na pierwszy plan wysuwa się Fajfel grany przez Michała Bielińskiego. Zabawia publiczność i jako jedyny sprawia wrażenie prawdziwego gościa Kokolobo. Są piosenki, jest bieganie po scenie, rzucanie krzesłami, czasem nie potrzebne, czasem zbyt przerysowane, ale wciąż jeszcze zabawne. Widz powoli aklimatyzuje się w tym specyficznym miejscu. 

Druga część to już inny świat. Wybucha wojna. Znika Maks. Ludzie czują się opuszczeni. Bez wyraźnego dowódcy nie wiedzą co robić. Ich codzienność, kłótnia z sąsiadem, obiad za zimny, wieczorna potańcówka odchodzą w niepamięć. Dramat dzieję się na naszych oczach, są wzruszenia, niesprawiedliwości, ciągłe wyczekiwanie. To czas popisu aktorskiego, który niestety nie nadchodzi. Jakby grający trochę nie wierzyli w to co grają, nie potrafili wcielić się w tamtejszy strach. Najbardziej barwną postacią w tej części jest Ericka grana przez Agnieszkę Korzeniowską. Wyrazista, przemyślana, wiarygodna. I choć druga część dotyka bardziej wrażliwego tematu, mniej dotyka widza, staję się tylko sucho odgrywanym widowiskiem.

Maks (Paweł Audykowski), tytułowy bohater przemyka się przez spektakl prawie niezauważalnie. Trudno odnaleźć w grającym go aktorze przywódcę. Człowieka, którego bała się znaczna część tamtejszego społeczeństwa. Pojawia się w głowie przewodnie pytanie, gdzie on jest, gdzie ta charyzma? Najbliżsi współtowarzysze przyćmiewają go wręcz niechcący. Bartosz Turzyński grający Szaje dojrzewa, ewoluuje na naszych oczach. Fajfel pozostaje w centrum wydarzeń i tylko Maks jest gdzieś zepchnięty w cień, jakby to nie on i jego historia były inspiracją do powstania sztuki. 

Muzyka jest idealnym tłem dla całego przedstawienia. Nie przeszkadza, nie zwraca też zbyt dużej uwagi. Komponuje się z klimatem, czasem podkręca napięcie, czasem uspokaja widza. Kostiumy i scenografia pozwalają uwierzyć, że jesteśmy jakby częścią przedwojennej Łodzi. Są dopracowane i zauważalne. 

Spektakl sam w sobie w jakiś sposób zachwyca. Mamy tutaj akcję, niebanalne dialogi, klimat - wyczuwalny - czasem wręcz namacalny, mamy ludzi wciąż pragnących czegoś więcej, zagubionych, postawionych przed faktem dokonanym, zdanych na samych siebie i choć gra aktorska czasem nie odurza, to przemawia prawda z Kokolobo. Przedstawienie ogląda się miło, czas się nie dłuży, a wręcz za szybko biegnie. Chciałoby się choć raz usiąść w tej spelunie, napić wódki i posłuchać ówczesnych rozmów. I pozostaję niedosyt, że z aktorami to nie to samo.

Widzowie dość entuzjastycznie nagrodzili "Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata". Czy brawa były zasłużone? Orzekną już tylko ci, którzy zdecydują się obejrzeć ten spektakl. Ja polecam.

"Kokolobolo w Teatrze Nowym - recenzja"
Natalia Wałkuska
19 października 2012

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia