Kolejna opowieść o miłości i śmierci

"Romeo i Julia" - reż. Marcin Hycnar - Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Na widowni, pomimo wakacji, sporo młodzieży w wieku szkolnym, ale jednak przewaga par. „Romeo i Julia" zawsze będzie sztuką, podczas której, niczym w katedrze, zakochani mogą celebrować swoją miłość. W Teatrze im. Juliusza Słowackiego gra się znowu Shakespeare'a, z tymi wszystkimi oklepanymi dialogami, które zna cały świat, z tymi nieszczęsnymi postaciami niedojrzałych kochanków, puszczającymi do nas oko z połowy dzieł sztuki tego świata. Kiedy coś tak silnie istnieje w kulturze i popkulturze, niezwykle trudno zaprezentować publiczności spektakl, który nie będzie kolejną schematyczną produkcją.

Na Dużą Scenę w półmroku wjeżdża ściana zbudowana ze szkła i luster. Z ukrytych w niej drzwi wyłania się kilka postaci w strojach stylizowanych na renesansowe – z powagą wykonują figury taneczne w rytm menueta. Nagle zmienia się muzyka: energetyczne dźwięki pozbawiają postaci epokowego charakteru; na parkiecie zaczyna się szaleństwo. Zaraz potem poznajemy Capulettich, Montekich, zostajemy wprowadzeni w konflikt pomiędzy tymi rodzinami i jesteśmy świadkami narodzin historii miłosnej. Jak to w „Romeo i Julii". Tekst został potraktowany z szacunkiem – aktorzy mówili strofami w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, tak dobrze znanym widzom, czasami tylko dodając od siebie kilka słów.

Dzięki znakomitej scenografii Julii Skrzyneckiej, Duża Scena, po raz kolejny pokazuje swoje możliwości: lustrzana ściana z oknami i drzwiczkami, w których od czasu do czasu pięknie konstruują się scenki mansjonowe, reguluje przestrzeń gry. Czasami wręcz sprawia, że czujemy się jak ludzie z ulicy podglądający co się dzieje w domu – z obserwatorów widzowie zmieniają się w podglądaczy, poznający sekrety mieszkańców: kłopoty małżeńskie Capulettich, samobójstwo matki Romea, flirt młodych kochanków. Gdy akcja dzieje się w celi ojca Laurentego, z prawej strony sceny wjeżdżają bokiem okrągłe schodki, niczym prowadzące na ambonę, natomiast pokój Julii przedstawiono jako łóżko wyłaniające się z owej ruchomej ściany. Monumentalny obraz widzimy podczas akcji w grobowcu: pogłębiona scena, spowita mrokiem, a w oddali katafalk z ciałem dziewczyny. Reżyseria świateł (Maciej Igielski) jest świetnie dopasowana, zarówno do scenografii jak i dramaturgii – jest bardzo plastyczna, momentami wręcz filmowa. Ważną rolę odegrał kostiumy przygotowane przez Martynę Kander: stylizowane na stroje z epoki mieszają się ze współczesnymi ubraniami rodem z sieciówek, przy czym to połączenie jest, paradoksalnie, płynne, jak u Baza Lurhmanna. Większy dysonans rodzi pomieszanie muzyki: dawnej i współczesnej, jednak ten rozdźwięk z kolei oddaje konflikt pomiędzy rodzinami oraz pomiędzy żywiołowością młodych kochanków i ich rodzicami.

Marcin Hycnar nie silił się na odkrycie „trzeciego dna" w sztuce, nie zamierzał rewolucyjnie poszukiwać niewydobytych jej sensów. Postaci są postaciami z Shakespeare'a, na scenę zostały przeniesione charaktery i napięcia pomiędzy nimi. Dosadnie pokazano wątki, które w sztuce nie zostały rozwinięte, a których czytelnik mógł się tylko domyślać: samobójstwo pani Monteki (Marta Konarska), konflikt Capulettich z dominującą rolą męża (Marcin Kuźmiński), zrezygnowaną w walce o małżeństwo panią Capuletti (Agnieszka Judycka). Z fantazją potraktowana jest Marta (Karolina Kamińska), romansująca na boku ze swoim chlebodawcą, przez co relacje w jego domu stają się bardziej mięsiste, natomiast Książę (Tomasz Wysocki) ukazany jest jako rozpustny włodarz, patrzący przez palce na wydarzenia w Weronie. Reżyser sięgnął po sprawdzone i silne indywidualności aktorskie: zwłaszcza Grzegorza Mielczarka, Marcina Sianko, Karolinę Kamińską i Marcina Kuźmińskiego. To właśnie ci aktorzy sprawili, że spektakl jest wyrazisty. W pamięć zapada zwłaszcza monolog Merkucja, który opowiadając o królowej Mab przetacza się po scenie, a kończy na widowni, vis a vis kobiecej twarzy (chyba każda dziewczyna czytająca z wypiekami na twarzy „Romea i Julię" marzy o tym monologu powiedzianym właśnie do niej), a także szalejący w gniewie ojciec Julii, budzący respekt. Bardzo silna w odbiorze jest nauka ojca Laurentego, krzyczącego na Romea i pouczającego go o powinności mężczyzny bycia twardym i zdecydowanym. Wypowiedziane przez niego słowa „bądź mężczyzną" szczególnie podkreślają niedojrzałość młodzieńca, którego romans z Julią tym bardziej staje się szaleństwem. Ewa Jakubowicz i Marcin Wojciechowski, wcielający się w tytułowe postaci, emanują świeżością, słodką infantylnością, wprowadzają na scenę oddech; są tak delikatni, że aż nierealni.

Gdy zaczynałam pisać tę recenzję, zanotowałam, że spodziewam się dużego zainteresowania spektaklem i długiej jego obecności na afiszach. Tak dobrze wyreżyserowana sztuka, w dodatku lektura szkolna, musi znaleźć wielu odbiorców. Po prostu „must see". Śmierć Marcina Kuźmińskiego, niecały tydzień po obejrzeniu spektaklu, jest szokiem, zwłaszcza wobec energii, którą oddawał podczas pracy. Zostanie zapamiętany przeze mnie jako Capuletti: dumny, żywiołowy, jedna z najlepszych postaci dzieła; utalentowany aktor, którego z przyjemnością oglądało się na scenie. Nie ma ludzi niezastąpionych, są za to niepowtarzalni. Do nich właśnie należy Marcin Kuźmiński.
Żegnaj, Capuletti.

Maria Piękoś-Konopnicka
Dziennik Teatralny Kraków
15 lipca 2016
Portrety
Marcin Hycnar

Książka tygodnia

Nekroperformans. Kulturowa rekonstrukcja teatru Wielkiej Wojny
Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
Dorota Sajewska

Trailer tygodnia

Słowo o Jakóbie Szeli
Michał Kmiecik
Buntownik z wyboru czy z przymusu? Bo...